Prolog (czyli kilka nowelek średnio powiązanych z resztą dziennika)
Środa 02.07.2008
Godz. 16.19
Płock.
[Piotr]
- No dobrze, zdecydowałeś się na nie ?
[Bartek (w dalszej części opowiastki zamiennie nazywany panem Dropsem)]
- Wezmę mniejszy rozmiar, ta facetka, która sprzedaje mnie zna i zawsze daje mi rabaty albo jakieś bonusowe gadżety, zaraz z nią zagadam...
<do pani sprzedającej> <przymilny uśmiech 2008>
-Dzień dobry, czy może jest eMka tych spodenek ?
[pani sprzedająca]
- O, cześć! Czekaj chwilkę... Ych, tamten koleś właśnie wziął do przymiarki Twój rozmiar... Poczekaj, doradzę mu.
<do kolesia-podpieprzającemu Bartkowi spodenki>
- I ?
[koleś-podpieprzający Bartkowi spodenki]
- Są dobre. Biorę je.
<konsternacja na sali>
[pani sprzedająca]
- Yyyyy... A może przyciasne, coooo ?
Środa 02.07.2008
Godz. 18.49
Płock. Biedronka. Stoisko z prasą.
[Piotruś]
- Ty, zobacz! Do 'Filipinki' dodali paczkę drażetek Orbit... (Ciekawe po kij ja przeglądałem dział z gazetkami dla trzynastoletnich dziewczątek... o_0 - przyp. autora)
- No tak się dziwnie składa, że w tym 'CD Action' jest maszynka do golenia. Niedługo dojdzie do tego, że do 'Playboya' dołączą pół kilo pasztetowej...
Czwartek 03.07.2008
Godz. 19.06
Gadu-Gadu.
[...]
[Pjotruś pan alias victor-1989]
-Więc co radzisz mój drogi ?
[Nr. xxxxxxx]
-hmmmm... no nie wiem... To na ile w końcu jedziecie ?
[Pjotruś pan alias victor-1989]
- Pewnie we wtorek wrócimy więc 5 dni.
[Nr. xxxxxxx]
- Tak. Jestem pewien. Definitywnie. Weź 2 pary. Nie zmarnują się przecież. Skarpetek nigdy za wiele :)
[...]
Piątek 04.07.2008
Godz. 7.10
Płock. Dworzec PKS.
[Emilka (w dalszej części opowiastki nazywana zamiennie Emilką)]
- Kupiłam dla nas trzy bilety, muszę je tylko przerwać... <dzieli wydruk biletowy na trzy części>
(Ych... czy w ogóle jest potrzeba dalszego kontynuowania tej 'biletowej' opowiastki ? I tak czytelniku domyślasz się, że bilecik został przerwany w złym miejscu co niewątpliwie spowodowało utratę jego ważności... A najgorsze jest to, że niemiłych przygód z biletami miało być w ten weekend więcej, ale o tym później - przyp. piotrusiowy)
Piątek 04.07.2008
Godz. 17-ileśtam
Gdynia. Ul. Admirała Dickmanna. (elo młodzi historycy! mam nadzieję że zdajecie sobie sprawę któż to był i w jakiej bitwie zginął ;) - przyp. hist-e/o-rycznego maniaka)
[Drops]
- No ty w ogóle już uświadomiłeś sobie, że pomieszkujemy sobie za free w wielkiej hacjendzie ze stołem bilardowym położonej nad brzegiem morza, dwa kroki od terenu festiwalu ?
[Piotruś]
- Yhy. ^^ Dobrze, chodź zaniesiemy te zakupy i migusiem na Muchy, dobry polski zespół, no wiesz, puszczałem Ci przecież ich...
[Drops]
- Hmmm... Czy to ten gówniany zespół śpiewający 'Mamo, mój komputer jest zepsuty' ?
[Piotruś]
- Taaaaaaa.... Lepiej otwórz tego Desperadosa...
Więc ?
Ekhm...
Dzień pierwszy! (czyli Smith-pantera i namiotowa-indie-rozpierducha)
Droga od wejścia na teren festiwalu razem z tysiącami innych spóźnionych, regulaminowe zaobrączkowanie, 'gruntowne' zmacanie przez pana ochroniarza ('ych... masz aparat fotograficzny? Dobrze, wciągnij tylko dragi i możesz wejść') nie stanęło na przeszkodzie, coby na Muchach stanąć w drugim rzędzie. Występ na głównej scenie, poprawny ale bez rewelacji, stosunkowo chłodno przyjęty przez publiczność zważywszy na fakt, że po nich mieli grać Editors czyli zespół o dość podobnej grupie odbiorców... Żywiołowiej w tłumie zrobiło się dopiero podczas 'Miasta Doznań' i 'Najważniejszego Dnia'. No i oczywiście 'Galanterii', ale to chyba było oczywiste. W piotrusiowej główce najbardziej zostały chyba wykonania '21 dni' i 'Górnego Tarasu' czyli te znajbardziej 'udramatyzowane' na płycie. A co tam, cytując Ostrowskiego z drugiego dnia: 'Jesteśmy wszyscy bardzo emo'. Z drugiej strony cytując pana Dropsa i jego opinię na temat koncertu Much - 'Mówiłeś, że są spoko ale jak dla mnie po całości obsysają'. Nie, no nie po całości Bartku, brak im jeszcze piosenek (sami przyznali że nie mają co zagrać na bis). Więc
Muchy na malutki plusik, pomijając niedociągnięcia wykonawcze, które nadrobili sympatyczną postawą na scenie ('Baliśmy się że przyjdzie nam zagrać dla pierwszego i jedynego rzędu').
Muchy odleciały, przyszedł czas na
Editors. Tak w sumie to nawet pomimo kapitalnej miejscówki spisałem ich na straty, w połowie koncertu postanowiłem zmienić lokal - w namiocie miał zagrać najbardziej niedoceniony w Polsce indierockowy brytyjski zespół czyli The Cribs. Ale... Wyszło na to, że zostałem do końca. Kto był, wie dlaczego... Weszli na scenę punktualnie i uderzyli w nas 'Bones' z nowej płyty. Tłum, który podczas koncertu Much conajwyżej potupywał nóżkami/kręcił główką tu bez wyjątku rozpoczął trwający niemal cały set opętańczy taniec. To, że wokalista jest niezwykłą postacią sceniczną nie było tajemnicą, przecież 'youtube nie gryzie', ale rzeczywistość koncertowa a ta telewizyjna to rzeczy tak skrajnie różne jak podpaski i wkładki higieniczne. Smith-Pantera to miszcz, bezsprzecznie należy mu się tytuł najbardziej charyzmatycznej osobowości tegorocznej edycji festiwalu. Set był bezbłędny, wszystko co najbardziej porywające z debiutu i emocjonalnego z drugiej płyty zostało zagrane. Pomimo wyśmienitego przyjęcia, publiczność nie odśpiewała chóralnie wstępu do 'Munich' i to akurat wielka szkoda, bo byłoby co pokazać w dwójkowej relacji z festiwalu... A! i jeszcze warto wspomnieć, że gitarzysta Chris Urbanowicz zagadał naszym (i troszkę jego tyż) rodzimym językiem bez cienia obcego akcentu (chociaż to już pewnie moja idealizacja całej sytuacji ^^). Skończyły się 'Smokers' i 'Fingers in Factories' na 3 minutki przed 22.00. Liczyć na bis ? Zostanę a tam Cribs zaraz zaczną... :( Dobrze, lecę, pędzę! Rozbijam się o przechodniów i festiwalowiczów leżących na trawie. W tle słyszę głos Ziółkowskiego, mówiący, że Editorsi już nie wyjdą. Wbiegam do namiotu i słyszę...
'Hi! We are
The Cribs from Wakefield. D'you think I'd have to choose? D'you think I'd wear brown shoes?' O Boże! Takiej rozpierduchy nie widziałem jeszcze nigdy, obok mnie chyba ze cztery autokary Brytyjczyków, jakieś dziewczątko bez przerwy napieprza mi po piętach, koleś obok ma minę jakby chciał zaraz zwymiotować ale mimo to bez chwili wytchnienia skacze. Tak czy owak, przemieszczam się mimowolnie w rejon jeszcze większej rozpierduchy na wprost sceny, Zaczynają grać 'Hey Scenesters!', dziki krzyk wyrażający piotrusiową radość został brautalnie przerwany przez pana brytyjczyka (co oni tak wszyscy z tymi flagami ? :D) który łokciem zmiótł mu okulary z buzi. No pięknie. Miliard myśli w jednej chwili. Jest ciemno, -3 dioptrie, czyli słaaaaabo widzę, tłum szaleje więc w najlepszym wypadku rozwalą mi okularki, wariant mniej optymistyczny, ukucnę i zostanę stratowany. Dobrze ryzyk-fizyk, jedno przeczesanie trawy wokoło i nic, drugie - ufff... są! I znów zgrzyt gdy ten sam chłopczyk miażdży mi dłoń, ale ja nie czuję bólu, zakładam je z powrotem i znów szaleństwo ^^ A! dziękuję dziewczynce, która się zainteresowała Piotrusiem i pomagała mu szukać zguby *: Kolejne trzy pieśni i przechodzę w mniej oblegany rejon, za to na mocy przetasowań podscenicznych pod samą barierkę. Piosenki z nowej płyty dużo lepiej wypadają na koncercie ('Girls like mystery' ach!<rozkosz>). Co więcej ? Największe owacje zebrał 'Mirror kissers' wykonany z jeszcze większą pasją niż reszta i tak niesamowicie ekspresyjnego występu. W 'Be Safe' na telebimie pojawił się Lee Ranaldo, recytujący swoje partie, podczas kolejnej piosenki Ryan próbował za wszelką cenę wciągnąć na scenę fana, który przedarł się przez ochronę, niestety bezskutecznie. W zamian za gorące przyjęcie przez publiczność wykonał ((zapewne precedensowy na Open'erze) skok w publiczność. Zakończyli świetnym 'Another Number' z pierwszej płyty, której zapewne większość polskiej indie populacji nie zna. Szacunek bracia!
Gdy wyszedłem na głównej grali już
The Raconteurs. Wycieńczony po Cribs, postanowiłem pokręcić się po miasteczku w celu zakupu pożywnej strawy. Z tego co wyłapałem to zagrane gdzieś pod koniec 'Broken Boy Soldier' wypadło miażdżąco. Pozytywne recenzje znajomych i fakt, że lubię ten zespół nie spowodował bynajmniej najmniejszego powodu do żałowania decyzji o odpuszeniu występu ekipy ponoć brzydszej połowy Whie Stripes. Frytki z sosem kanapkowym i jazda do namiotu!
Oj. i tu się przeliczyłem.
Fischerspooner szczelnie wypełnił namiot, a bynajmniej przestrzeń u jego wejścia tak więc nie było mowy o wepchnięciu się do środka. Przycupnąłem sobie pod boczną ścianą i wsłuchiwałem się w porywające do tańca dźwięki. Tyle, że byłem wykończony... Dopiero gdzieś pod koniec koncertu postanowiłęm zerknąć jak to 'wygląda od środka'. No i cóż... widzę jakieś kobitki wykonujące synchrony i pana w pedalskim wdzianku. Mały wstrząs? Chyba tak :D Mniejsza o to, nie oglądałem całości show więc ciężko oceniać obiektywnie wizualia. Muzycznie kapitalnie, zdaniem kolegi Bartka był to nawet najlepszy koncert festiwalu...
O ile nie żal mi Raconteurs, tak nie mogę sobie wybaczyć faktu, że po połowie koncertu
Róisín Murphy moi towarzysze postanowili wracać a ja słabo znając topografię Gdyni musiałem wracać z nimi ;( Ale to co zdążyłem zobaczyć było niesamowicie porywające... Może za rok ?
Gdy minęliśmy strefę dźwięku, zacząłem odczuwać skutki piekielnie głośnego koncertu The Cribs. Szum, Szum, Szum. I wcale nie chodzi mi o Bałtyk...
-------------------------------------------------------
Gdynia 05.07.2008
Godz. jakoś tak rano (dla festiwalowicza około 14.00)
Hacjenda.
[Drops]
- Słyszysz już coś ?
[Piotrek]
- Co? Jak do mnie mówisz to patrz na mnie, z ruchu ust nieźle się wnioskuje o co chodzi.
[Drops]
- Boże. Nie krzycz. Jedziemy do Jastrzębiej Góry, wybierasz się ?
[Piotrek]
- Eeeee. Dziś Interpol. Muszę być pod sceną. Zostaję.
-------------------------------------------------------
Dzień drugi! (czyli kulki w malinach, Inter-Paul na helu a gil na buzi)
Od początku coś nie grało. Dzień wcześniej wyświetlano na telebimach rozkład koncertów i nie wiadomo czemu
Cool Kids of Death było w tej rozpisce umieszczone na początku, bez podanej godziny...
O 18.00 stałem już pod sceną, czekając na, jak sądziłem Erykę Badu. 15 minut przed jej występem, gdy techniczni ustawili sprzęt a bawili się nim akustycy wyświetlono komunikat o zmianie godzin koncertów. Na pierwszy ogień miały pójść Kulki (co zresztą od razu powinno być ustalone). No i na scenie zaczęło się zamieszanie. Jeden sprzęt wnoszono, drugi wynoszono. Wandachowicz sam zajął się rozklejaniem setlist obok stanowisk poszczególnych muzyków. Perkusję, umiejscowiono z boku. Nie zrobiono porządnej próby dźwięku... Ale nie to było najgorsze. Fani Eryki (przez któryc byłem niemal otoczony) postanowili czekać pod sceną do jej występu. Nie widzę w tym w sumie nic złego o ile dla występującego artysty, czegokolwiek by nie grał zostaje zachowany minimalny szacunek. Teksty typu 'Boże, niech stąd wypierdalają' to dla mnie szczyt żenady -_- Ale wracając do samego koncertu...
'Cześć nazywamy się Erykah Badu' wypalił ironicznie Krzysiek na powitanie. Poprzedzony długim elektronicznym rzężeniem 'Mamo, mój komputer jest zepsuty' (tak, tak, wiem Bartku...) wypadł jeszcze bardziej szalenie niż na 'Afterparty'. Na ostatniej płycie oparli w zasadzie set uzupełniając go debiutem i rodzynkami z '2' i '2006'. Miłym zaskoczeniem było dla mnie, że 'Joy', które na płycie ssie, tu zabrzmiało powalająco. A Ostry popadał momentami w tak zeschizowane partie wokalne, że z miejsca pokój bez klamek (ach ten 'Bal Sobowtórów')(; Przy 'TV Panice' publiczność została zachęcona do odśpiewania refrenu (Wandachowicz: 'to jest prosty tekst, bo ja go napisałem') niestety bez skutku. Zagrane na koniec 'Butelki' były tym razem wymierzone nie w prezenterów MTV czy menadżerów a w organizatorów festiwalu.
Zeszli i gdy jeszcze miałem nadzieję, że wyjdą na bis ('Znam Cię na pamięć', 'dwadzieścia kilka lat' ??!) to już publiczność domagała się Interpolu. 'Ych, no toć chyba wam nie wyjdą wcześniej, idioci' -_- Dobrze, mam miejscówkę w pierwszym rzędzie, mniej więcej na wysokości stanowiska pana Kesslera (no chyba lepiej być nie mogło *_*). Czekam. Czekam na
Interpol...
Dobrze. Przyjechałem przede wszystkim na nich. Gdy wyszli mało nie wyplułem płuc (; 'Pioneer to the Falls' najlepszy kawałek z ostatniej płyty, w sumie jedyny trzymający poziom debiutu. Daniel zaczyna swój monotonny, neurotyczny taniec. Wszyscy stylowo ubrani. Paul w okularkach i kapeluszu. Podchodzi do mikrofonu i zgrzyt. Czy to jest ten głos, który hipnotyzował w 'Leif Erikson'? Ja rozumiem przeciążenie trasą i w ogóle ale pan Paul chyba stał przy butli z pewnym gazem szlachetnym, którym pompowano baloniki (oczywiście to ogromna hiperbolizacja ale zawsze myślałem, że jego głos brzmi na żywo dużo niżej...). A może to ja stałem w takim miejscu, że dźwięk jakoś dziwnie się 'mutował'? Nie ważne. Śpiewał bez częstych dla niego fałszy co mu się chwali akurat. I było cudownie... 'Pioneer' jeszcze wybrzmiewał i od razu myśl - co teraz? Obstawiałem raczej 'C'mere' bo to taki utwór w sam raz na rozgrzewkę. a tu haps. I 'Slow Hands' a potem 'PDA'. Noooo panowie, trzeba być bardzo pewnym siebie żeby zacząć od swoich najmocniejszych petard a potem utrzymać ten poziom... Co zagrali jeszcze ? Z debiutu 'Obstacle 1' i 'Rolanda'(no to chyba było jasne - tekst) na zakończenie podstawowej części setu. Z 'Antics' pofrunął 'Evil', 'NARC', świetne 'C'mere' (pomyśleć, że nie lubiłem tej piosenki...) i chyba niepotrzebnie chołubiony na koncertach 'Not Even Jail'. Ostatnia prawie w całości, co ciekawe te słabsze kawałki z 'OLTA' świecą nowym blaskiem ('Rest My Chemistry' - tak wiem, że wielu uważa to za najlepszą piosenkę Interpolu w ogóle ale to już ich niewinne zboczenie :P). 'The Lighthouse' był owiany tajemniczą aurą niepokoju i chyba ten moment zapamiętam najbardziej... <ciarki> Na bis poszło 'NYC' i 'Heinrich' a gdy było wiadomo, że już nie wyjdą doszła do mnie myśl, że zabrakło 'Stelli', 'Obstacle 2', 'Take You on a Cruise' no i przede wszystkim 'Leif Erikson' :( Zawiedziony ? Raczej nie, przecież zagrali pięknie ale lekki niedosyt po niefortunnej trackliście pozostaje...
Coco Rosie? Jestem i tak spóźniony ale pędzę. Namiot pełny, trudno, obejrzę na telebimie. No i kolejny haps. Tak fatalnie nagłośnionego koncertu nie bardzo mogłem słuchać. Od razu podkreślę - stałem na zewnątrz - być może w środku dźwięk był ok. 'Idę se stond' mówię.
Czas się pożywić. Na przyszłość - jeśli chcecie się rozgrzać przy zachowaniu płynności finansowo/kuponowej to 'Lunch Dnia' (rosół/pomidorówka z '5 minut') jest w sam raz. Nie, nie dostałem za tą reklamę pieniędzy, po prostu jestem zbulwersowany ceną porcji karkówki z grilla i takich tam. O piwie to już nie wspomnę. Bo, że w Biblii była zamiana wody w wino to wiemy ale żeby piwo w drugą stronę ? O nie panowie, tak się nie będziemy bawić. Poproszę jeszcze jednego Desperadoska.
Jem zupkę i słucham co robi
Jay-Z. No i jestem zaskoczony. Bsrdzo pozytywne wrażenie, '99 problems' wbijało mi się razem z rosołkiem do krwi/nerek/mózgu (niepotrzebne skreślić). Umbrella-ela-ela-e-e-e (: Rispekt Myster Amerikan Gangsta!
No i idę na
Sex Pistols. Nie spodziewałem się po nich wiele. 'Tak z ciekawości sprawdzam tylko czy jeszcze pamiętają akordy' mówiłem sobie w duchu (o ile kiedykolwiek przekroczyli magiczną barierę wtajemniczenia poznając 3 podstawowe). 'Pretty Vacant'. Dopiero podczas refrenu zorientowałem się, że jestem świadkiem czegoś wyjątkowego: Zjawiska pt. Sex Pistols. Tak wspaniałego przyjęcia nie miał na festiwalu nikt. Namiot wypełniony po brzegi i tłum przed nim oglądający występ na telebimie (Piotruś tyż). Wszystko odśpiewane, publiczność w ekstazie. Staruszkowie całkiem nieźle się trzymają jak na swój wiek (bo ile oni mają lat ? 90 ? 120 ?). Johny pozdrawiał fanów w dość niebanalny sposób, ale taki już widocznie jest ('Co u was gwałciciele?'). Charakterystyczne było też jego oczyszczanie nozdrzy w prawie każdej piosence (nie pytajcie jak to robił xD) i płukanie ust jakimś alkoholem (: Wyszli na dwa bisy, przed pierwszym rzucając w publiczność upominkami - to były koszulki, prawda ? :D Sex Pistols na megaplus. Niech tylko nie nagrywają płyty...
Na głównej ta nieszczęsna dla Cool kids
Erykah Badu. Odpuszczam. Szkoda mi za to koncertu
Everything Is Made in China. Ale postanowiłem wypocząć przed trzecim powszechnie uznawanym za najbardziej masakryczny dzień, gdy miała dominować elektronika...
-------------------------------------------------------
Niedziela 06.07.2008
Godz. 13.35
Gdynia, Ul. Zielona
[Emilka]
Autobus! Zaraz odjedzie, biegnijmy!
[...]
<7 minut później>
[Piotrek]
- Ale jak to 'bileciki do kontroli' proszę pana ? Mamy chyba opaski, nie ?
<15 minut później>
[Piotrek]
- No to leżę, skąd ja wezmę kasę na 'gapowe' ? Miałem jechać na Nelly do Poznania... ;(
-------------------------------------------------------
Dzień trzeci! (czyli siedmiogodzinny muzyczny orgazm)
Lao Che. Czyli patriotyzm lokalny. Zdecydowanie najlepszy polski koncert na głównej scenie. Chłopcy zamietli po prostu, chociaż nadal wydaje mi się dziwnym pomysłem wystawienie ich przed Goldfrapp. Numery z najnowszej płyty, były równie dobrze znane przez publiczność jak te z kultowego już 'Powstania warszawskiego'. Świetny kontakt z publicznością i niesamowita precyzja wykonawcza spowodowały, że z pewnością na kolejnej edycji Open'era zostaną również zaproszeni na scenę główną...
Goldfrapp zaczął spokojnie od numerów w których dominującą rolę odgrywała harfa. Taka była mniej więcej połowa setu. Potem rozpoczęła się dyskoteka zapoczątkowana przez 'Ooh La La'. W sumie to nie wiem, w którym momencie podniosłem się z trawy i zacząłem tańczyć, to było coś tak odruchowego jak odwrócenie się za mijającą Cię dziewczyną w sukience czy niekontrolowany ślinotok nad talerzem chrupiących, złocistych frytek z majonezem. Mniam! Absolutna czołówka festiwalowa. (:
Potem był wodnisty browar (tak, wiem, że Heineken ma to do siebie nawet w wersji butelkowej i dlatego wyżej cenię Carlsberga ale to co serwowano na festiwalu wołało o pomstę do nieba :/) i nieco spóźniony wpadłem na drugą piosenkę
Massive Attack. Słabo ich znam, (no może poza 'Mezzanine' którą ostatnio zasysałem na odtwarzaczu) ale to właśnie fakt, że pomimo nieznajomości muzyki, czyli w warunkach mocno niesprzyjających pochłanianiu dźwięków na koncercie potrafili mnie wprawić w neurotyczny trans jest chyba najlepszą miarą jakości ich występu. I jeszcze jedna refleksja. Smutna taka dość. Bo gdy wybrzmiewał 'Teardrop' to nie miał Piotrusia kto przytulić (nie, nie liczyłem na tego spoconego pana po mej prawicy, tak, żeby nie było dodatkowych domysłów). Pewnie zabrzmię jak ckliwa psitka ale samotność w tłumie jest straszna... Dobrze, koniec czułości. Co to bylo ? Massive! no więc przed koncertem zbluźniłem myśląc, że może być nudno. Rozwiewwając wszelkie wątpliwości - nie było. Ciekawa oprawa sceniczna - z tyłu sceny wyświetlano (a raczej przewijano) różne napisy, bardzo często całkowicie nietrzymające się kupy. Było cudownie. Przy 'Angel' chyba najpiękniej... Tylko, odpowiedzcie mi: czemu tak krótko ?
Frytki na bis. I Chemical na zakończenie.
Chemical Brothers wielki headliner tegorocznego Open'era. Nieco spóźnieni ale efekt, który uzyskali poprzez brawurowe połączenie świetnie dobranych wizualizacji i porywających przejść pomiędzy utworami warta była półgodzinnego oczekiwania. 'Galvanize' poszło na otwarcie. Całość zamykał, najbardziej ekstatycznie przyjęty (choć pod sceną się już wyraźnie przerzedzało) 'Block Rockin' Beats' zagrany na bis. Pomiędzy tym było swoiste greatest hits czyli zostało zagrane i 'Star Guitar' i 'Do it Again' i 'Believe' i najbardziej porywające do tańca - 'Hey Boy Hey Girl'. Wszystko poparte wizualizacjami. Niesamowitymi wizualizacjami jeśli chodzi o ścisłość. Fragment z robotami 'wychodzącymi' zza sceny czy z rozpryskującymi się piłeczkami to mistrzostwo świata. No i nakręcony kamerą - epizod 'leśny', naaaaprawdę robił wrażenie.
I dyskoteka się skończyła - od połowy koncertu Goldfrapp do samego końca Chemical Bros, Piotruś tańczył. Nie, nie chodzi mi o ruszanie główką czy tupanie nóżką, jak to się robiło na imprezie studniówkowej. To był regularny taniec, trzeba było tam być, nakręcić mnie a potem szantażować, a tak - żałujcie! :P
Małe podsumowanko ? Czemu nie (:
naj naj koncerty Heineken Open'er Festival Anno Domini 2008 spośród tego co widział Piotruś:
1. The Chemical Brothers
2. Editors
3. The Cribs
4. Goldfrapp
5. Massive Attack
6. Interpol
7. Lao Che
8. Fischerspooner
9. Sex Pistols
10.CKOD
Żałuję że nie byłem na całej Roisin Murphy i nie odwiedziłem sceny World, że nikt mnie nie wykorzystał za sceną młodych talentów a przede wszystkim że nikt mnie nie przytulił przy 'Teardrop'...
Cóż... Do zobaczenia za rok! *:
PS. A opaski, nie zdejmę chyba nigdy!
Epilog (czyli kolejna opowiastka średnio związana z tematem)
Niedziela 06.07.2008
Godz. 17.05
Gdynia
<rozmowa poprzedzona Desperadosowaniem się>
[Piotrek]
- kurcze no, a zauważyłeś jak dużo Brytoli było przez te dwa dni ? A na Cribs to chyba cały Londyn zjechał...
[Drops]
- Bez kitu, kiedyś nawet taki program oglądałem na Dwójce o Anglikach, którzy przyjeżdżają do Polski z trzech powodów: na wódę, na dziwki no i do Gdańska...
-------------------------------------------------------
Jeśli doczytałeś do tego momentu to lepiej zgłoś się do najbliższego neurologa. Joł. (:
Pia 4 VII – Heineken Open'er Festival 2008