• Best of 2008 - "Dwie panie od Dylana"

    Ago 14 2008, 11h58

    Adele - 19 (28/01/2008) ****/6
    Beth Rowley - Little Dreamer (19/05/2008) ***/6



    Obecny rok był bardzo płodny w interesujące debiuty, szczególnie wokalistek młodego pokolenia. Zaliczają się do nich Adele i Beth Rowley. Obie tworzą muzykę w nurcie, który podobno nazywa się nu soul, jednak ich inspiracje sięgają dużo głębiej. Chętnie odwołują się bowiem do muzyki lat '60, bluesa i rock'n'rolla okraszając te szlachetne gatunki nowoczesnymi, soulowymi aranżacjami. Obie panie zdecydowały się również na covery piosenek, które oryginalnie wykonywał Bob Dylan. Pomimo podobieństw, Adele odniosła znaczny sukes, głównie w UK, zaś o Beth Rowley mało kto słyszał, pomimo, że jej album spędził kilka tygodni w brytyjskim top40 (co wbrew pozorom jest sukcesem).
    Różnica pomiędzy twórczością obu pań zdaje się leżeć w nowatorskim podejściu do muzyki Adele i konserwatywnym odtwarzaniu, tego co już było przez Beth. Pierwsza pani nie tylko zaskakuje dobrymi kompozycjami i tekstem, ale swoje piosenki potrafi również dobrze zaaranżować (czy też znaleźć osoby, które zrobią to za nią - produkcją albumu zajął się m.in. Mark Ronson) i zaśpiewać w niezwykle charyzmatyczny sposób. Zadaje się, że mamy do czynienia z narodzinami wielkiej artystki. Jej piosenki takie jak TocarChasing Pavements czy TocarHometown Glory z miejsca stały się klasykami, za które Adele zbiera pochwały nie tylko od fanów, ale również od krytyków i kolegów po fachu. Rowley nagrała przyzwoity album, jednak brakuje mu "tego czegoś". Na Little Dreamer nie znajdziemy wybijających się tracków, a raczej zbiór piosenek, z których można by zrobić fajną EPkę, gdyby odrzucić odrobinę męczące zapychacze. Beth ponad Adele z pewnością będą stawiać osoby, które lubią zakurzone klimaty z pogranicza bluesa i gospelu. Amatorzy nowych brzmień nie znajdą w jej twórczości wielu interesujących momentów. Warto jednak przekonać się na własnej skórze co proponuje Beth, bo i w jej albumie można się zakochać.
    Walkę dwóch debiutantek niebieskookiego soulu zdecydowanie wygrywa Adele. Warto zapoznać się z jej płytą, żeby przekonać się w jakim kierunku podąża obecnie muzyka pop. Beth Rowley będzie z kolei idealnym wyborem na samotny, nostalgiczny wieczór. Który album Ty wybierzesz? :)

    Esencja albumu 19 :
    01. TocarHometown Glory
    02. TocarCold Shoulder
    03. TocarMake You Feel My Love

    Esencja albumu Little Dreamer :
    01. TocarNobody's Fault But Mine
    02. TocarOh My Life
    03. I Shall Be Released
  • 2007 Albums (Part 14) Alicia Keys - As I Am

    Nov 27 2007, 10h25

    Alicia Keys - As I Am (12/11/2007)



    Alicia nie raczy nas nowym albumem co roku, jednak za każdym razem okazuje się, że warto było czekać na nowe dzieło młodej artystki.
    Tak stało się i tym razem. Wokalistka i pianistka zarazem oczarowała nas swoim najbardziej osobistym i najbogatszym muzycznie albumem. Prym na płycie w dalszym ciągu wiodą fortepian i głos, jednak pani Keys coraz chętniej sięga po inne instrumenty. Na "As I Am" w tle będziemy więc słyszeć zarówno komputerowe basy, jak i gitarę. Aranżacje i pomoc genialnych kompozytorów sprawiły, że krążek jest wręcz anielsko melodyjny i harmonijny. Zdecydowanie spokojniejszy i bardziej jednolity niż poprzednie albumy Keys.
    Linda Perry zapewniła zaś słuchaczom powrót do przeszłości. Niezależnie od tego czy piosenki, w których maczała palce przypominają "Stripped" (Christina Aguilera) czy klasyków jazzu, nadają albumowi niezwykłego klimatu. Z jednej strony może się wydawać, że już to gdzieś słyszeliśmy, z drugiej mamy pewność, że jest to dużo lepsze.
    Jeśli więc chcesz umilić sobie zimowe wieczory dobrą, nowoczesną muzyką soulową, potrzeba Ci tylko tego albumu. Jego wykonawca przejdzie do historii i zapewne ponownie wróci z gali rozdania Grammy z pełnymi rękoma.

    01. As I Am (Intro)
    02. Go Ahead [6,5/10]
    03. Superwoman [8,5/10]
    04. No One [10/10]
    05. Like You'll Never See Me Again [9/10]
    06. Lesson Learned featuring John Mayer [9,5/10]
    07. Wreckless Love [8/10]
    08. The Thing About Love [7,5/10]
    09. Teenage Love Affair [6/10]
    10. I Need You [5/10]
    11. Where Do We Go From Here [8,5/10]
    12. Prelude To A Kiss [9/10]
    13. Tell You Something (Nana's Reprise) [9/10]
    14. Sure Looks Good To Me [8/10]


    ŚREDNIA: [8,04/10]
  • 2007 Albums (Part 13) Girls Aloud - Tangled Up

    Nov 27 2007, 10h05

    Girls Aloud - Tangled Up (19/11/2007)



    Ekspresowa kariera Girls Aloud na Wyspach Brytyjskich zaczęła się pod koniec 2002 roku dzięki telewizyjnemu show Popstars: The Rivals. Kto by pomyślał, że 5 lat później dziewczyny będą się cieszyć niesłabnącą popularnością, a na koncie będą miały cztery albumy studyjne, komplikację największych przebojów i niezliczone wydawnictwa poboczne, dzięki którym są niezłą maszynką do zarabiania pieniędzy.
    Ciężko odmówić talentów wokalnych dziewczętom, w końcu nie trafiły do zespołu z przypadku. Gorzej było z wyczuciem stylu. Panie przerobiły już srebrne stroje astronautek, coverowanie takich wątpliwych przebojów jak "Jump (For My Love)" Pointer Sisters czy "I'll Stand By You" Pretenders, śpiewanie o Eskimosach (patrz: "Love Machine"), promowanie singla w strojach plażowych (patrz: "Long Hot Summer") etc.
    W tym roku coś w nich jednak pękło. Po raz pierwszy bez cienia wątliwości można powiedzieć, że stały się popowym girlsbandem bez obciachu. Nagrały album bez ballad i coverów z lat 70. Za to z niezłym electro-popowym zacięciem i odrobiną rockowego pazura. Jest przebojowo, chwilami wręcz klubowo, i drapieżnie zarazem. Momentami odrobinę monotonnie, ale ciągle na niezłym poziomie. Produkcją płyty ponownie zajęła się grupa Xenomania, która odpowiada za wszystkie dotychczasowe przeboje zespołu. Całe szczęście potrafią oni jeszcze zaskoczyć słuchacza zachowująć przy okazji to, z czego są znani - charakterystyczne beaty i gitarowe wstawki.
    Spice Girls to już przeszłość, The Pussycat Dolls są przereklamowane, Monrose zupełnie się nie liczą, zaś obecne królowe Girls Bandów - Sugababes - nie mogą spać spokojnie, bo Girls Aloud niezmiennie prą do przodu i, o zgrozo, nagrały bardziej przebojowy i przy okazji całkiem stylowy album.

    01. Call The Shots [9/10]
    02. Close To Love [3,5/10]
    03. Sexy! No No No... [6/10]
    04. Girl Overboard [7/10]
    05. Can't Speak French [7,5/10]
    06. Black Jacks [4,5/10]
    07. Control Of The Knife [8/10]
    08. Fling [7,5/10]
    09. What You Crying For [5/10]
    10. I'm Falling [3,5/10]
    11. Damn [6/10]
    12. Crocodile Tears [4/10]


    ŚREDNIA: [5,96/10]
  • 2007 Albums (Part 12) Sugababes - Change

    Nov 9 2007, 11h31

    Sugababes - Change (08/10/2007)



    Bardzo ciężko było mi obiektywnie ocenić tą płytę. Nie tylko ze względu na to, że od ponad 5 lat nałogowo słucham Sugababes. Również nie dlatego, że miesiąc przed premierą w końcu udało mi się zobaczyć dziewczyny na żywo. To chyba przez fakt, że Sugababes co album idą o krok do przodu, zmieniają się i pozostają takie same zarazem. Pierwszy pełny studyjny album z udziałem Amelle okazał się najbardziej popowym krążkiem w karierze grupy. Całe szczęście nie zabrakło na nim eksperymentów.
    Pierwszy track na "Change" to już tradycyjnie pierwszy singiel promujący płytę. Kawałek wyprodukował Dr. Luke i pewnie stąd liczne porównania "About You Now" do "Since U Been Gone" Kelly Clarkson. Podobieństwo faktycznie jest wyczuwalne, jednak dziewczyny z Sugababes powstawiły na electro-rockowy break-up-song z akcentem na electro, nie na rock. Przeprodukowane wokale mogą początkowo irytować, ale nie tak jak w kolejnych piosenkach. Następne na spisie utworów znalazły się równie taneczne "Never Gonna Dance Again" (dosyć typowa, przebojowa produkcja grupy Xenomania; gorsza wersja "Ace Reject" z poprzedniego albumu z wiecznie modnymi gitarami), "Denial" (pop-rockowy majstersztyk z tajemniczym intro i hiperchwytliwym refrenem, jeden z moich faworytów na albumie) oraz "My Love Is Pink" (nowu kłania się Xenomania, tym razem w bardziej klubowych, dosyć nietypowych dla Sugababes, klimatach). Zaskakuje brak ballady wśród pierwszych trzech utworów, jednak dziewczyny nadrabiają braki w dalszej części płyty. Wyciskacz łez, tytułowe "Change", zostało świątecznym singlem. Osobiście nie wróżę tej piosence świetlanej przyszłości. W konwencję skocznej ballady wpisuje się również "Back When" z nieznośnie prostym refrenem i naiwnymi zwrotkami. Najwyraźniej Dallas Austin (wyprodukował między innymi "Left Outside Alone" - Anastacia, "Trick Me" - Kelis, "Secret" - Madonna) się starzeje, bo już nawet jego produkacja nie jest w stanie uratować tak mdłej piosenki. Kolejnym wolnym trackiem jest "Mended By You", który z powodzeniem można nazwać młodszą siostrą "Stronger", "Caught In A Moment" i "Follow Me Home". Honor ballad tego albumu ratuje fantastyczne "Undignified" (czy tylko ja wyczuwam podobieństwo do "Melody Of A Fallen Tree" Windsor for the Derby?). Pozytywnie wyróżniają się również "Back Down" i "Open The Door" utrzymane w konwencji ska/r'n'b. Te piosenki również brzmią znajomo - współautorem i producentem "Back Down" jest Novel, odpowiedzialny za sporą część dyskografii Joss Stone. Zapewne pani Stone nie pogardziłaby tą piosenką. Słuchając "Open The Door" przychodzi mi na myśl twórczość The Fugees, ale jeszcze nie zidentyfikowałem konkretnej piosenki. Wydaje mi się jednak, że takie porównanie jest jak najbardziej pochlebne. Poza tym na albumie znalazły się "Surprise (Goodbye)" (piosenka zachwalana w press release okazała się banalna i przeprodukowana, posłuchajcie bridge'a Heidi!) oraz brytyjski bonus track "3 Spoons Of Suga" (niezła piosenka z sugestywnym tekstem).
    Koniec końców, pomimo, iż jest to prawdopodobnie najgorszy album grupy, Sugababes po raz kolejny potwierdziły swoją klasę i udowodniły, że niezależnie od składu trzymają wysoki poziom i są wierne swojemu stylowi. Akcenty electro-rockowe zdecydowanie podziałały na ich korzyść, a inspiracje dźwiękami ulicy znane z poprzednich albumów sprawdziły się i tym razem urozmaicając słodki pop z najwyższej półki. Dziewczynom i sobie życzę dalszych sukcesów na listach przebojów i mam nadzieję, że szósty (!) album nie zostanie przesłodzony "trzema łyżkami cukru". Łyżeczki do herbaty sprawdziłyby się lepiej.

    01. About You Now [9,5/10]
    02. Never Gonna Dance Again [8/10]
    03. Denial [9/10]
    04. My Love Is Pink [8/10]
    05. Change [6,5/10]
    06. Back When [4/10]
    07. Surprise [5/10]
    08. Back Down [8,5/10]
    09. Mended By You [6/10]
    10. 3 Spoons Of Suga [7,5/10]
    11. Open The Door [9/10]
    12. Undignified [9,5/10]


    ŚREDNIA: [7,54/10]
  • 2007 Albums (Part 11) Natalie Imbruglia - Glorious: The Singles 97-07

    Nov 8 2007, 13h23

    Natalie Imbruglia - Glorious: The Singles 97 To 07 (10/09/2007)



    Ciężko uwierzyć, że minęło już 10 lat odkąd młodziutka Natalie śpiewała nam "Torn" po raz pierwszy. Zdawałoby się, że to świetny moment na podsumowanie jej dotychczasowej kariery muzycznej, jednak nie da się ukryć, że jej dorobek artystyczny z ostatniej dekady nie jest imponujący. Dziewięć singli wokalistki wspiera więc pięć nowych kompozycji, w tym tytułowe "Glorious", które zostało pierwszym, i jak na razie jedynym, singlem promującym komplikację.
    Pop-rockowe hity pięknej wokalistki całe szczęście nie zostały ułożone chronologicznie. Postawiono chyba na rozpoznawalność - o ile pierwszą połowę albumu zna prawie każdy, o tyle druga może się okazać zaskoczeniem, nie tylko ze względu na skumulowane cztery nowe piosenki.
    I właśnie na owych nowych piosenkach chciałbym się skupić, bo genialne "Torn", "Smoke", "Wrong Impression" czy "Shiver" już powstały, a w niedalekiej przyszłości ma się ukazać czwarty studyjny album Natalie, na który podobno były przeznaczone wszystkie nowe kompozycje. Jak głosi plotka - nie uzyskały one jednak aprobaty wytwórni, więc skończyły jedynie jako dodatek do hitów. Jakie są nowe piosenki? "Glorious" to typowy pop-rockowy hit, z bardzo chwytliwym refrenem i głośnymi, ale łagodnymi gitarami. "Be With You" jest z kolei bardziej elektroniczne, szybko się rozkręca, ale po drodze traci werwę i staje się irytująco przewidywalne. "Amelie" jest w klimacie mroczniejszych fragmentów "White Lilies Island" i zdecydowanie nie powala na kolana. "Againts The Wall" ma całkiem fajne rockowe zacięcie, ale znowu brakuje "tego czegoś". Ostatnia kompozycja, "Stuck On The Moon" prezentuje się całkiem nieźle na tle pozostałych. To bardzo przyjemna, melodyjna piosenka mid-tempo, podobnie jak "Amelie" najbliższa stylistyce drugiego albumu artystki.
    Podsumowując - to JEST płyta, którą trzeba mieć. Szczególnie polecam wersję z DARMOWYM DVD (tak, cena naprawdę nie jest wyższa!), bo przebojów Natalie słucha się jeszcze lepiej oglądając jej (w większości) bardzo dobre wideoklipy. Dodatkowym atutem DVD jest brak ostatnich czterech utworów, które znajdują się na CD. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wytwórnia nie bez przyczyny wyrzuciła te piosenki z nowego studyjnego projektu, a czwarty album pobije na łeb "Left of The Middle", moją ulubioną płytę Natalie.

    01. Glorious [8/10]
    02. Counting Down The Days [7/10]
    03. Torn [10/10]
    04. Wrong Impression [8/10]
    05. Smoke [9/10]
    06. Shiver [9/10]
    07. Wishing I Was There [8/10]
    08. That Day [7/10]
    09. Big Mistake [9/10]
    10. Beauty On The Fire [6,5/10]
    11. Be With You [6/10]
    12. Amelia [5/10]
    13. Against The Wall [6/10]
    14. Stuck On The Moon [7/10]


    ŚREDNIA: [7,53/10]
  • 2007 Albums (Part 10) Andrea Corr - Ten Feet High

    Nov 8 2007, 12h45

    Andrea Corr - Ten Feet High (25/06/2007)



    Główna wokalistka rodzinnej grupy The Corrs przeżyła w tym roku smutną konfrontację z rzeczywistością. Zdawać by się mogło, że jeśli twój album produkuje Nellee Hooper (patrz: Madonna, Björk, Gwen Stefani), zaś producentem wykonawczym jest Bono z U2, sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny masz w kieszeni. A jednak...
    Płyta "Ten Feet High" nie sprzedała się dobrze nawet w Irlandii, ojczyźnie wokalistki. Recenzenci również nie szczędzili jej gorzkich słów.
    Problem polegał chyba na tym, że Andrea zupełnie nie wiedziała jak poskładać puzzle, z których miała złożyć swój album. Albo nikt jej nie powiedział, że umiar jest w cenie i nie musi wykorzystywać wszystkich części układanki naraz.
    Corr przyzwyczaiła nas do lekkich, pop-rockowych piosenek z nutą folku, a nie odważnych i mrocznych eksperymentów. Nie dziwi mnie niechęć zrywania z dotychczasowym wizerunkiem, jednak słuchaczom nie przypadło do gustu niezgrabne połączenie electro-akustycznych (to nietypowe, ale chyba najbardziej trafne określenie) piosenek pokroju "Hello Boys" czy "Take Me I'm Yours" z "I Do" czy "Champagne From A Straw", które brzmią gorzej niż najmniej udane kompozycje rodzimej grupy panny Corr.
    Gromy w stronę wokalistki zaczęły zresztą spadać zanim album się ukazał. Wystarczyło dobry taneczny singiel "Shame On You", inspirowany kompozycjami pop/dance z lat 90. połączyć z teledyskiem, w którym głodujące afrykańskie dzieci stanowią tło dla iście dyskotekowej dekoracji.
    Niefortunne połączenia sprawiły, że potencjalnie dobry album stał się jedną z największych katastrof tego roku. Pomimo, iż płyta jest bardzo nierówna i niespójna, warto się z nią zapoznać i wyrzucić z tracklisty nieodpowiadające nam utwory. Okaże się, że na "Ten Feet High" jest kilka prawdziwych skarbów, od których łatwo się uzależnić.

    01. Hello Boys [9/10]
    02. Anybody There [8,5/10]
    03. Shame On You (To Keep My Love From Me) [9/10]
    04. I Do [3/10]
    05. Ten Feet High [8/10]
    06. Champagne From A Straw [3/10]
    07. 24 Hours [6,5/10]
    08. This Is What It's All About [6/10]
    09. Take Me I'm Yours [8,5/10]
    10. Stupidest Girl In The World [9/10]
    11. Ideal World [6/10]


    ŚREDNIA: [6,95/10]
  • 2007 Albums (Part 9) Hard-Fi - Once Upon A Time In The West

    Nov 8 2007, 12h29

    Hard-Fi - Once Upon A Time In The West (03/09/2007)



    W tym roku stosunkowo niewielu artystów musiało się zmierzyć ze swoim drugim albumem. Wśród nich znaleźli się chłopcy z Hard-Fi, którzy od debiutu wzbudzali skrajne emocje w brytyjskiej prasie.
    Jedni pisali, że grupa balansuje na granicy dobrego smaku, jej piosenki są wtórne i "efekciarskie", zaś inni widzieli w Hard-Fi rewolucję indie-rocka, swojego rodzaju romans tego gatunku z melodyjnymi popowymi refrenami.
    Tak było wcześniej. Tym razem zespół zdecydował sie na nieco ostrzejsze, aczkolwiek wciąż melodyjne i przebojowe granie. Na "Once Upon A Time In The West" nie znajdziemy "wakacyjnych" hitów takich jak "Living For The Weekend" czy "Hard To Beat" z debiutanckiego krążka. Znajdziemy za to mnóstwo nowych inspiracji (ska, garage, rock lat 70. i 80. ubiegłego stulecia), mocno zaakcentowane chórki i, moim zdaniem, pierwszą w pełni udaną balladę w wykonaniu Richarda Archera - "Tonight", która sprawia, że Hard-Fi bardziej niż Franz Ferdinand zaczyna przypominać Coldplay. Warto też zwrócić uwagę na piosenki takie jak "I Shall Overcome" (niesamowite gitarowe riffy i uwielbiana przez Richarda harmonijka ustna), "Little Angel" (z również uwielbianymi przez zespół instrumentami dętymi oraz jednym z najmocniejszych refrenów tego roku). Z kolei w "I Close My Eyes" słychać, że chłopaki nałogowo słuchają The White Stripes i wychodzi im to na zdrowie. Innymi słowy - stare dobre Hard-Fi zrobiło się jeszcze lepsze.
    Niestety nie obyło się bez "odgrzewanych kotletów". Wśród 11 kompozycji, jakie trafiły na album, znalazła się również piosenka "Help Me Please" ze składanki "Help: A Day In The Life" z 2005 roku. Z kolei "You And Me" wykonywane podczas trasy "In Operation" i zapowiadane jako przyszły singiel zostało jedynie bonusem na klientów iTunes.
    Jednak bardziej niż muzyka, uwagę mediów przyciągnęła okładka płyty z ogromnym napisem "NO COVER ART". Przez złośliwych odebrana jako oszczędność na projekcie okładki, przez zwolenników jako krok w XXI wiek - po co okładka, skoro nikt już nie kupuje płyt, tylko ściąga pliki z Internetu? Dla członków zespołu był to żart i bunt przeciwko wytwórni, która nalegała, żeby album zdobiło zdjęcie muzyków wyskakujących z helikoptera.
    Całe szczęście niektórzy wciąż potrafią postawić na swoim.

    01. Suburban Knights [6,5/10]
    02. I Shall Overcome [8/10]
    03. Tonight [9/10]
    04. Watch Me Fall Apart [6/10]
    05. I Close My Eyes [7/10]
    06. Television [6,5/10]
    07. Help Me Please [5/10]
    08. Can't Get Along (Without You) [8/10]
    09. We Need Love [7/10]
    10. Little Angel [9/10]
    11. The King [7,5/10]


    ŚREDNIA: [7,23/10]
  • 2007 Albums (Part 8) Jennifer Lopez - Como Ama Una Mujer

    Ago 20 2007, 13h41

    Jennifer Lopez - Como Ama Una Mujer (26/03/2007)



    Od początku byłem niezwykle podniecony pomysłem Jennifer, aby nagrać album po hiszpańsku. Podniecenie nie minęło kiedy wyciekł pierwszy singiel - "Qué Hiciste". Zderzenie ze smutną rzeczywistością nastąpiło, kiedy dane mi było usłyszeć całość długo oczekiwanego krążka.
    To już nie była dawna Jennifer! Zabrakło raperów i tanecznych beatów, ale w zamian otrzymaliśmy coś zupełnie nowego. Latynoskie, w większości wolne piosenki, wprowadzają w przyjemny, błogi nastrój. Sama wokalistka również brzmi na tej płycie zupełnie inaczej, jakby wzięła kilka lekcji śpiewu. Skończyła z nienaturalnymi jękami i przeciąganiem, a zaczęła wydawać z siebie iście anielskie dźwięki. Podobno duży wpływ na muzykę J.Lo mają jej partnerzy. Całe szczęście Marc Anthony działa na nią bez porównania lepiej niż Ben Affleck. Nawet jego wokalna obecność na płycie nie przeszkadza. Zdawałoby się, że Jennifer w końcu osiągnęła artystyczny sukces (bo tym razem nie-komercyjny - "zaledwie" milion sprzedanych egzemplarzy). Niestety na nowej płycie obok rewelacyjnego "Apresúrate" czy bardzo dobrych ballad "Por Qué Te Marchas" i "Sola" znalazły się również kompozycje, które ani nie grzeją, ani nie chłodzą. W przypadku pani Lopez to i tak spory sukces, ale mogło być tak pięknie...
    Spośród wszystkich sześciu albumów piosenkarki ciężko ustawić "Como Ama Una Mujer" na jakiejkolwiek pozycji. To mógł być bardzo dobry album, ale nie jest. Nie można jednak nie zgodzić się z tym, że hiszpańskojęzyczny debiut Lopez jest godny uwagi. Może też okazać się przydatny podczas romantycznego wieczoru we dwoje. Czy będziemy do niego wracać? Czas pokaże. Ja im dłużej go słucham, tym bardziej mi się podoba. I już zacieram ręce na kolejną płytę Jennifer, która ukaże się jesienią.

    01. Qué Hiciste [8/10]
    02. Me Haces Falta [6,5/10]
    03. Como Ama Una Mujer [7/10]
    04. Te Voy A Querer [7/10]
    05. Por Qué Te Marchas [7/10]
    06. Por Arriesgarnos Con Marc Anthony [6,5/10]
    07. Tú [6/10]
    08. Amarte Es Todo [6/10]
    09. Apresúrate [9/10]
    10. Sola [7/10]
    11. Adiós [5/10]


    ŚREDNIA: [6,81/10]
  • 2007 Albums (Part 7) Kate Nash - Made of Bricks

    Ago 20 2007, 13h29

    Kate Nash - Made of Bricks (06/08/2007)



    Zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby poezja śpiewana i piosenka kabaretowa weszły na listy przebojów? Ja też nie. Jednak w Wielkiej Brytanii wszystko jest możliwe. Po sukcesie Lily Allen, która ni to śpiewała, ni to mówiła, ni to rapowała do podkładów, które też ciężko zdefiniować, przyszedł czas Kate Nash, która poszła o krok dalej.
    Do swoich wierszy napisała niebanalną muzykę, którą najczęściej opisuje się po prostu jako pop. Momentami jest ona akustyczna, czasami doprawiona szczyptą elektroniki i Allenowskich beatów. Zawsze jednak chwytliwa i przyjemna do ucha. Dużo ciekawsze są zresztą same teksty Nash. Artystka twardo stąpa po ziemi, a jej komentarze dotyczące życia są rozbrajająco bezpośrednie i... praktyczne! Kate chce edukować społeczeństwo i wie jak to robić. Swoje "mądrości" życiowe ubiera w przystępną formę i często traktuje z przymrużeniem oka. Piosenki służą jej też przekazywaniu nie do końca ukrytych wiadomości. Krótko mówiąc - wokalistka dobrze się bawi śpiewając swoje piosenki, a słuchacz przy odrobinie dobrej woli może się dobrze bawić słuchając ich. Flagowymi utworami Kate Nash są oczywiście "Foundations" (dowód na to, że single mogą się sprzedawać przez długie tygodnie w oszołamiających ilościach nie osiągając nigdy #1, no i na to, że z fatalnych doświadczeń może wyjść niezła piosenka) oraz "Mouthwash" (stworzony po to, by zostać hitem, wystarczy posłuchać refrenu). Z kolei "Mariella" najlepiej obrazuje tendencję artystki do zabawy głosem i melodią. Na "Made of Bricks" nic nie jest zresztą standardowe, każda piosenka ma w sobie coś z szaleńczej improwizacji.
    Kate Nash to chodzący artyzm XXI wieku. Jest prekursorką zupełnie nowej jakości w brytyjskiej muzyce. Nie da się jej zaszufladkować w nurt indie, nie jest przedstawicielką czarnej muzyki, ze słowem pop łączy ją głównie pop-ularność. Jednak każdy z tych komponentów składa się po trosze na jej niepowtarzalny styl. Chociażby dla tego warto sprawdzić co "wybudowała z cegieł" Kate.

    01. Play (Intro)
    02. Foundations [9/10]
    03. Mouthwash [8/10]
    04. Dickhead [6,5/10]
    05. Birds [6/10]
    06. We Get On [7,5/10]
    07. Mariella [8,5/10]
    08. Shit Song [7/10]
    09. Pumpkin Soup [6/10]
    10. Skeleton Song [7/10]
    11. Nicest Thing [6,5/10]
    12. Merry Happy [6/10]


    ŚREDNIA: [7,09/10]
  • 2007 Albums (Part 6) The Fray - How to Save a Life

    Ago 20 2007, 12h21

    The Fray - How To Save A Life (19/02/2007)



    Po osiągnięciu ogromnego sukcesu w Stanach Zjednoczonych, Australii i Oceanii zespół The Fray zadebiutował w Europie albumem "How to Save a Life" z 2005 roku.
    Krążek ten przez miesiące torował Amerykanom drogę do sukcesu. Dziś The Fary stawiani są w jednym szeregu z młodymi klasykami indie-rocka: Coldplay, Oasis, Keane czy Snow Patrol. Czym sobie na to zasłużyli? Piosenkami, które napisało życie (czytaj: Isaac Slade). Każdy utwór na tej płycie ma swoją historię i opowiada o przeżyciach wokalisty grupy, który jest jednocześnie autorem wszystkich kompozycji. Chwytliwe, gitarowe melodie i przejmujące teksty podbiły serca publiczności i telewizji. Piosenki The Fray z zatrważającą regularnością pojawiają się w amerykańskich i australijskich serialach TV. Zespół mistrzowsko opanował umiejętność wywoływania pożądanych emocji u słuchaczy. Już dawno żadna płyta nie działała tak mocno. Jej najmocniejszymi punktami są według mnie singlowe "Over My Head" oraz "Little House". Godne uwagi są również "How to Save a Life" (tylko 8, bo piosenka zbrzydła mi przez gigantyczny airplay), "She Is" oraz zachwycające "Hundred" i "Dead Wrong".
    Pozostaje tylko życzyć dalszych sukcesów i równie udanych kompozycji, jak te, które znalazły się na długo oczekiwanym przez Europejczyków "How to Save a Life". Ameryka już czeka na równie surowe i szorstkie, a zarazem pełne ciepła piosenki z powstającego właśnie drugiego krążka grupy.

    01. She Is [8/10]
    02. Over My Head (Cable Car) [9/10]
    03. How To Save A Life [8/10]
    04. All At Once [7/10]
    05. Fall Away [7,5/10]
    06. Heaven Forbid [7/10]
    07. Look After You [7/10]
    08. Hundred [8/10]
    09. Vienna [6/10]
    10. Dead Wrong [8/10]
    11. Little House [8,5/10]
    12. Trust Me [6/10]
    13. Unsaid [6/10]


    ŚREDNIA: [7,38/10]