Recomendar
Koncert z okazji XX-lecia wolnych wyborów w Polsce - Plac Teatralny, 6_04_2009
Jun 5 2009, 22h48
20 lat temu, 4. czerwca 1989, na placu Tian'anmen w Chinach, tysiące uczestników demonstracji na rzecz demokracji (głównie studentów) zostało rozstrzelanych przez wojsko. Jak na ironię, tego samego dnia odbyły się w Polsce pierwsze po II wojnie światowej częściowo wolne wybory do Sejmu i całkowicie wolne do Senatu, co przypieczętowało odzyskanie niepodległości ziem piastowskich i koniec komunizmu. To właśnie z powodu tego drugiego wydarzenia wczoraj na warszawskim Placu Teatralnym zebrały się dzikie tłumy i miał miejsce koncert, który moim zdaniem był jednym z największych wydarzeń na polskiej scenie rockowej ostatnich lat.
4. czerwca 2009 okazał się niepowtarzalną okazją, by zobaczyć na żywo najważniejsze kapele rockowe, jakie kiedykolwiek grały w Polsce. I to również te, których, zdawało się, już nigdy na koncercie nie zobaczymy. Specjalnie z okazji obchodów dwudziestolecia upadku komunizmu reaktywowały się na jeden występ takie legendy polskiej muzyki, jak Republika, Klaus Mitffoch, czy Aya RL. Wiele zespołów wystąpiło w oryginalnych składach z lat osiemdziesiątych. Całą imprezę poprowadził Marek Niedźwiecki - nie wyobrażam sobie nikogo, kto sprawdziłby się na tym miejscu lepiej. Chwała transmitującej całość telewizji Polsat, że nie przywaliła któregoś ze swoich głupkowatych prezenterów, którzy doszczętnie położyliby cały event swoimi idiotycznymi żartami, a o muzyce i występujących zespołach nie mieliby najmniejszego pojęcia.
Ze względu na wspomnianą już transmisję live w Polsacie, koncert rozpoczął się zaskakująco punktualnie i nie obfitował w żadne opóźnienia czy problemy techniczne. Brawo, udało się to zorganizować naprawdę sprawnie. Nawet pogoda dostosowała się do okazji i postanowiła, że oszczędzi nam deszczu, który przez cały dzień pojawiał się w najmniej oczekiwanym momencie. Punkt dwudziesta występ rozpoczęło nabijanie perkusji, puszczony z taśmy fragment przemówienia Jana Pawła II i swój występ rozpoczęło combo punkowej klasyki: Dezerter + Kryzys.
Wspomniany już Dezerter+ Kryzys otworzył koncert kultową "Centralą" Brygady Kryzys. Zaraz potem poleciała dezerterowa "Poroniona Generacja", a na zakończenie setu "Nie Ma Nic". Mimo że publiczność wtedy się jeszcze zbierała i nie wykorzystano w pełni energetycznego potencjału tych punk rockowych klasyków, był to zdecydowanie mocny wstęp w klimat następnych dwóch godzin. Dopiero gdy Robert Brylewski z kumplami opuścili scenę, pojawił się na niej po raz pierwszy Marek Niedźwiecki i przywitał wszystkich obecnych. Kolejne występy, oprócz jego doskonałej konferansjerki, w której przypominał okoliczności początków kariery każdej z kapel, przerywały krótkie wstawki historyczne, przedstawiające kluczowe dla danego okresu wydarzenia w kraju.
Krótkie przemówienie Pani Hanny Gronkiewicz-Waltz litościwie przemilczę. Zaraz potem na scenę wyszedł Perfect - nie zachwycił mnie i też bym jego występ najchętniej przemilczał. Ot, wyszli, odegrali swą zakatowaną już przez tyle lat na śmierć "Autobiografię" i równie ograne do bólu "Chcemy Być Sobą". Przyszli, poszli.
Turbo wystąpiło w oryginalnym składzie, to jest z Grzegorzem Kupczykiem na wokalu (aczkolwiek obecny wokalista zespołu, Tomek Stryszczyk, również pojawił się na scenie). Myślę, że była to najbardziej pokrzywdzona kapela tego wieczora - w odróżnieniu od większości pozostałych występów, Turbo zaprezentowali tylko jeden utwór: swój największy przebój i zarazem swego rodzaju hymn pokolenia, "Dorosłe Dzieci". Trochę nie fair było to zagranie ze strony organizatorów.
Koncert Republiki był dla mnie spełnieniem jednego z dwóch największych marzeń koncertowych. Zawsze wielce żałowałem, że nie zdążyłem zobaczyć tego zespołu na żywo. Wiadomo, że na usłyszenie Ciechowskiego już nie ma szans, ale udało mi się chociaż zobaczyć to, co zostało z Republiki. Na wokalu gościnnie pojawił się Tomek "Lipa" Lipnicki. Nie mam pojęcia, czemu akurat taki wybór.. Ale narzekać nie zamierzam. Nie starał się w żaden sposób naśladować Obywatela GC, "Kombinat" i "Białą Flagę" zaśpiewał po swojemu - mogło być zdecydowanie gorzej (zresztą, później było - ale do tego jeszcze wrócimy). Warto też wspomnieć, że - pomijając oczywiście "Lipę" - Republika zagrała w składzie z lat osiemdziesiątych, czyli z Pawłem Kuczyńskim na basie. To był pierwszy z wielkich momentów tego koncertu.
Oddział Zamknięty zaprezentował swoje trzy największe szlagiery: "Andzia i Ja", "Obudź Się" i "Ten Wasz Świat". Wszystkie wprowadziły publiczność w stan totalnego szaleństwa - dziwnym nie jest, doskonale się do tego nadają. Ciekawym wydarzeniem było pojawienie się na scenie.. Roberta Janowskiego. Dobrze, że Niedźwiecki przypomniał, iż prowadzący "Jaka to melodia" przez moment był wokalistą tej warszawskiej kapeli. W roli wokalisty pojawił się też gościnnie Krzysztof Jaryczewski.
Kolejnym wielkim momentem tego wieczora był występ Klausa Mitffocha. Pierwszy raz od 25 lat! Reaktywacja, nawet na jeden krótki występ, tej niewątpliwie jednej z najważniejszych grup polskiego rocka, była dla mnie wydarzeniem historycznym. Lech Janerka w świetnej formie po ostatniej przerwie w koncertowaniu. Najsamprzód poszły janerkowe "Rewolucje", następnie - co było łatwe do przewidzenia - szlagier "Jezu jak się cieszę". Ten ostatni porwał całą publikę. I słusznie, w końcu dane nam było obcować z legendą. Szkoda, że tak krótko..
Ale żal przeminął zaraz po tym, jak Niedźwiedź ogłosił, że teraz zagra niesłusznie już dziś nieco zapomniana formacja Aya RL. Zgodnie z formułą koncertu, zespół wystąpił w pierwotnej konfiguracji personalnej czyli z Pawłem Kukizem na wokalu. Najpierw wykonali "Naszą Ścianę" - i było to wykonanie fenomenalne, ciary maszerowały mi podczas niego po karku. Zespół zdecydował się też zagrać swój największy przebój, czyli "Skórę". Widać było jednak wyraźnie, że zrobił to tylko z "przymusu", gdyż urwał piosenkę po pierwszym refrenie. Klasa sama w sobie, znów wielka szkoda, że tak krótko.
W obliczu tak rewelacyjnych zespołów, występ Lady Pank mogę określić tylko jako bardzo słaby. Zespół wykonał ograne do obrzygania "Zamki Na Piasku" i "Mniej Niż Zero". Tu nawet nie chodzi o to, że nie lubię tej kapeli, ani o kiepski wokal Panasa i rzężące gitary - po prostu te głupkowate "o-o-o-o" popsuło cały nastrój koncertu.
Złe wrażenie po Lady Pank zatarł zaraz występ T.Love. Muniek z kolegami pokazali klasę, a ich "To Wychowanie" pasowało do profilu imprezy jak mało który utwór. Oprócz tego zagrane zostały "Autobusy i Tramwaje". Muniek też skorzystał z okazji, by wyrazić swoje zdanie na temat współczesnych polityków, którzy - mimo że już niekomunistyczni - wciąż zupełnie nie mają pomysłu na sprawne rządzenie tym krajem.
Kukiz pojawił się na scenie raz jeszcze: tym razem z Piersiami. Ciurkiem zagrane zostały "Kongres Pokoju", "W Poroninie" i "Milicjant", wyśmiewające socrealistyczną poezję. Mocny, punkowy występ - grono pogujących miało powody do radości.
Voo Voo i Sztywny Pal Azji zagrały najkrótsze, obok Turbo, jednopiosenkowe sety. Zespoły te wykonały (odpowiednio): "Nim Stanie Sie Tak Jak Gdyby Nigdy Nic" i "Wieżę Radości, Wieżę Samotności". Oba występy zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie: Voo Voo swoim otwarciem stylistycznym (łojona końcówka utworu była chyba specjalnie dla tych, co zaczęli przy tej balladzie pogować), a Sztywny Pal Azji - klimatem.
Dżem się nie popisał. Mimo że zagrali jeden ze swoich najlepszych utworów, "W Życiu Piękne Są Tylko Chwile", obsadzenie na stanowisku wokalisty młodego Riedla obok Maćka Balcara zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. Występ co najwyżej na przeciętnym poziomie.
Lepsze wrażenie zrobiła Kobranocka, zwłaszcza, że przypomniała, iż ma na swoim koncie jeszcze inny przebój, niż "Kocham Cię Jak Irlandię" - "I Nikomu Nie Wolno Się z Tego Śmiać". Oba kawałki ze sobą połączono, ten drugi na szczęście został skrócony. Swoją drogą, jak słusznie zauważył Marek Niedźwiecki, to naprawdę zastanawiające, skąd Kobranocka wiedziała już dwie dekady temu o tej polskiej miłości do Irlandii..
Potem na scenie pojawiła się Joanna Szczepkowska i jako że sama już powiedziała o zakończeniu komunizmu 150 razy, tym razem kazała powtórzyć swoje słynne słowa publice. Tym samym nastąpił wielki finał koncertu, który podobno telewizja w swojej transmisji już pominęła - nie umiem tego nazwać inaczej, niż wielkim skurwysyństwem.
Bowiem na zakończenie puszczona została najpiękniejsza piosenka o miłości do ojczyzny (i nie tylko), jaka powstała w tym dziwnym kraju: "Nie Pytaj o Polskę" Obywatela GC. W fortepianowej wersji, poleciała z playbacku na telebimie w wykonaniu Grzegorza Ciechowskiego. I można było przy tym zostać - późniejsze przejęcie partii wokalnej przez znanego z formacji Raz, Dwa, Trzy Adama Nowaka było zupełnie zbędne. Zwłaszcza, że towarzyszyć postanowiła mu Kayah. Ja naprawdę szanuję tę artystkę i jestem świadom, ile zawdzięcza Ciechowskiemu, ale gdy postanowiła wyjść z roli czystego tła wokalnego, wyszła do publiki na ustawioną pośród niej część sceny i zachęcała, byśmy wszyscy "podnieśli ręce do góry, aż po chmury", chciałem już tylko, żeby ktoś ją stamtąd zrzucił.
To nie było jednak zakończenie koncertu. Po pożegnaniu Niedźwieckiego, na scenę wyszli wszyscy grający tego dnia muzycy. Muniek Staszczyk odśpiewał wraz z Wojtkiem Waglewskim i Pawłem Kukizem "Jest Super". Idealna puenta.
Koncert z okazji XX-lecia wolnych wyborów w Polsce był nie tylko wielkim wydarzeniem muzycznym. Skłonił też do refleksji. Pośród rozchodzącego się tłumu ludzi słyszałem wiele dyskusji o komunizmie. Czy naprawdę można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że dziś jest lepiej? Jestem jak najdalej od gloryfikacji komuny, ale nie sposób nie zadać sobie pytania: o co tak naprawdę walczyli nasi ojcowie i dziadkowie? O wolność, tak. O wolne wybory - mamy dziś niekomunistyczny rząd, który sami sobie wybraliśmy. Politycy jednak dalej skupiają się bardziej na sobie, niż na swoich obowiązkach, dają się wykorzystywać innym państwom i nie wykorzystują w pełni szans, jakie dostają dla swojego kraju na arenie międzynarodowej. Popełniają dokładnie te same błędy, co przez ostatnie kilkaset lat. Mamy wolne media - w których każdy może sobie poczytać plotki z życia Dody, posłuchać w radiu najnowszego hitu Feela i mieć pewność, że bez mocnego samozaparcia, dobrej polskiej muzyki nigdzie nie znajdziemy. Mamy wszystkie nowości z Zachodu, możemy sobie kupić iPhone'a i pogować w arafatce na koncertach największych, światowych sław (chociaż dalej wszyscy narzekamy, że nikt do nas nie przyjeżdża na koncerty - ale przecież narzekanie mamy we krwi). Domyślam się, jak okropnie musiało być w trakcie stanu wojennego i jak ciężkie było życie przeciętnego Kowalskiego w czasach komuny. Odczuwam jednak, że straciłem coś bardzo ważnego, skoro nie dane mi było pożyć nawet jeden dzień w rzeczywistości PRLu. iPhone'a i arafatki i tak nie mam, a może chociaż bym trafił na koncert Republiki. Z Ciechowskim.
Ale przecież czwartkowa impreza była super, więc o co mi chodzi?
Czw 4 VI – XX-lecie wolnych wyborów w Polsce
4. czerwca 2009 okazał się niepowtarzalną okazją, by zobaczyć na żywo najważniejsze kapele rockowe, jakie kiedykolwiek grały w Polsce. I to również te, których, zdawało się, już nigdy na koncercie nie zobaczymy. Specjalnie z okazji obchodów dwudziestolecia upadku komunizmu reaktywowały się na jeden występ takie legendy polskiej muzyki, jak Republika, Klaus Mitffoch, czy Aya RL. Wiele zespołów wystąpiło w oryginalnych składach z lat osiemdziesiątych. Całą imprezę poprowadził Marek Niedźwiecki - nie wyobrażam sobie nikogo, kto sprawdziłby się na tym miejscu lepiej. Chwała transmitującej całość telewizji Polsat, że nie przywaliła któregoś ze swoich głupkowatych prezenterów, którzy doszczętnie położyliby cały event swoimi idiotycznymi żartami, a o muzyce i występujących zespołach nie mieliby najmniejszego pojęcia.
Ze względu na wspomnianą już transmisję live w Polsacie, koncert rozpoczął się zaskakująco punktualnie i nie obfitował w żadne opóźnienia czy problemy techniczne. Brawo, udało się to zorganizować naprawdę sprawnie. Nawet pogoda dostosowała się do okazji i postanowiła, że oszczędzi nam deszczu, który przez cały dzień pojawiał się w najmniej oczekiwanym momencie. Punkt dwudziesta występ rozpoczęło nabijanie perkusji, puszczony z taśmy fragment przemówienia Jana Pawła II i swój występ rozpoczęło combo punkowej klasyki: Dezerter + Kryzys.
Wspomniany już Dezerter+ Kryzys otworzył koncert kultową "Centralą" Brygady Kryzys. Zaraz potem poleciała dezerterowa "Poroniona Generacja", a na zakończenie setu "Nie Ma Nic". Mimo że publiczność wtedy się jeszcze zbierała i nie wykorzystano w pełni energetycznego potencjału tych punk rockowych klasyków, był to zdecydowanie mocny wstęp w klimat następnych dwóch godzin. Dopiero gdy Robert Brylewski z kumplami opuścili scenę, pojawił się na niej po raz pierwszy Marek Niedźwiecki i przywitał wszystkich obecnych. Kolejne występy, oprócz jego doskonałej konferansjerki, w której przypominał okoliczności początków kariery każdej z kapel, przerywały krótkie wstawki historyczne, przedstawiające kluczowe dla danego okresu wydarzenia w kraju.
Krótkie przemówienie Pani Hanny Gronkiewicz-Waltz litościwie przemilczę. Zaraz potem na scenę wyszedł Perfect - nie zachwycił mnie i też bym jego występ najchętniej przemilczał. Ot, wyszli, odegrali swą zakatowaną już przez tyle lat na śmierć "Autobiografię" i równie ograne do bólu "Chcemy Być Sobą". Przyszli, poszli.
Turbo wystąpiło w oryginalnym składzie, to jest z Grzegorzem Kupczykiem na wokalu (aczkolwiek obecny wokalista zespołu, Tomek Stryszczyk, również pojawił się na scenie). Myślę, że była to najbardziej pokrzywdzona kapela tego wieczora - w odróżnieniu od większości pozostałych występów, Turbo zaprezentowali tylko jeden utwór: swój największy przebój i zarazem swego rodzaju hymn pokolenia, "Dorosłe Dzieci". Trochę nie fair było to zagranie ze strony organizatorów.
Koncert Republiki był dla mnie spełnieniem jednego z dwóch największych marzeń koncertowych. Zawsze wielce żałowałem, że nie zdążyłem zobaczyć tego zespołu na żywo. Wiadomo, że na usłyszenie Ciechowskiego już nie ma szans, ale udało mi się chociaż zobaczyć to, co zostało z Republiki. Na wokalu gościnnie pojawił się Tomek "Lipa" Lipnicki. Nie mam pojęcia, czemu akurat taki wybór.. Ale narzekać nie zamierzam. Nie starał się w żaden sposób naśladować Obywatela GC, "Kombinat" i "Białą Flagę" zaśpiewał po swojemu - mogło być zdecydowanie gorzej (zresztą, później było - ale do tego jeszcze wrócimy). Warto też wspomnieć, że - pomijając oczywiście "Lipę" - Republika zagrała w składzie z lat osiemdziesiątych, czyli z Pawłem Kuczyńskim na basie. To był pierwszy z wielkich momentów tego koncertu.
Oddział Zamknięty zaprezentował swoje trzy największe szlagiery: "Andzia i Ja", "Obudź Się" i "Ten Wasz Świat". Wszystkie wprowadziły publiczność w stan totalnego szaleństwa - dziwnym nie jest, doskonale się do tego nadają. Ciekawym wydarzeniem było pojawienie się na scenie.. Roberta Janowskiego. Dobrze, że Niedźwiecki przypomniał, iż prowadzący "Jaka to melodia" przez moment był wokalistą tej warszawskiej kapeli. W roli wokalisty pojawił się też gościnnie Krzysztof Jaryczewski.
Kolejnym wielkim momentem tego wieczora był występ Klausa Mitffocha. Pierwszy raz od 25 lat! Reaktywacja, nawet na jeden krótki występ, tej niewątpliwie jednej z najważniejszych grup polskiego rocka, była dla mnie wydarzeniem historycznym. Lech Janerka w świetnej formie po ostatniej przerwie w koncertowaniu. Najsamprzód poszły janerkowe "Rewolucje", następnie - co było łatwe do przewidzenia - szlagier "Jezu jak się cieszę". Ten ostatni porwał całą publikę. I słusznie, w końcu dane nam było obcować z legendą. Szkoda, że tak krótko..
Ale żal przeminął zaraz po tym, jak Niedźwiedź ogłosił, że teraz zagra niesłusznie już dziś nieco zapomniana formacja Aya RL. Zgodnie z formułą koncertu, zespół wystąpił w pierwotnej konfiguracji personalnej czyli z Pawłem Kukizem na wokalu. Najpierw wykonali "Naszą Ścianę" - i było to wykonanie fenomenalne, ciary maszerowały mi podczas niego po karku. Zespół zdecydował się też zagrać swój największy przebój, czyli "Skórę". Widać było jednak wyraźnie, że zrobił to tylko z "przymusu", gdyż urwał piosenkę po pierwszym refrenie. Klasa sama w sobie, znów wielka szkoda, że tak krótko.
W obliczu tak rewelacyjnych zespołów, występ Lady Pank mogę określić tylko jako bardzo słaby. Zespół wykonał ograne do obrzygania "Zamki Na Piasku" i "Mniej Niż Zero". Tu nawet nie chodzi o to, że nie lubię tej kapeli, ani o kiepski wokal Panasa i rzężące gitary - po prostu te głupkowate "o-o-o-o" popsuło cały nastrój koncertu.
Złe wrażenie po Lady Pank zatarł zaraz występ T.Love. Muniek z kolegami pokazali klasę, a ich "To Wychowanie" pasowało do profilu imprezy jak mało który utwór. Oprócz tego zagrane zostały "Autobusy i Tramwaje". Muniek też skorzystał z okazji, by wyrazić swoje zdanie na temat współczesnych polityków, którzy - mimo że już niekomunistyczni - wciąż zupełnie nie mają pomysłu na sprawne rządzenie tym krajem.
Kukiz pojawił się na scenie raz jeszcze: tym razem z Piersiami. Ciurkiem zagrane zostały "Kongres Pokoju", "W Poroninie" i "Milicjant", wyśmiewające socrealistyczną poezję. Mocny, punkowy występ - grono pogujących miało powody do radości.
Voo Voo i Sztywny Pal Azji zagrały najkrótsze, obok Turbo, jednopiosenkowe sety. Zespoły te wykonały (odpowiednio): "Nim Stanie Sie Tak Jak Gdyby Nigdy Nic" i "Wieżę Radości, Wieżę Samotności". Oba występy zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie: Voo Voo swoim otwarciem stylistycznym (łojona końcówka utworu była chyba specjalnie dla tych, co zaczęli przy tej balladzie pogować), a Sztywny Pal Azji - klimatem.
Dżem się nie popisał. Mimo że zagrali jeden ze swoich najlepszych utworów, "W Życiu Piękne Są Tylko Chwile", obsadzenie na stanowisku wokalisty młodego Riedla obok Maćka Balcara zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. Występ co najwyżej na przeciętnym poziomie.
Lepsze wrażenie zrobiła Kobranocka, zwłaszcza, że przypomniała, iż ma na swoim koncie jeszcze inny przebój, niż "Kocham Cię Jak Irlandię" - "I Nikomu Nie Wolno Się z Tego Śmiać". Oba kawałki ze sobą połączono, ten drugi na szczęście został skrócony. Swoją drogą, jak słusznie zauważył Marek Niedźwiecki, to naprawdę zastanawiające, skąd Kobranocka wiedziała już dwie dekady temu o tej polskiej miłości do Irlandii..
Potem na scenie pojawiła się Joanna Szczepkowska i jako że sama już powiedziała o zakończeniu komunizmu 150 razy, tym razem kazała powtórzyć swoje słynne słowa publice. Tym samym nastąpił wielki finał koncertu, który podobno telewizja w swojej transmisji już pominęła - nie umiem tego nazwać inaczej, niż wielkim skurwysyństwem.
Bowiem na zakończenie puszczona została najpiękniejsza piosenka o miłości do ojczyzny (i nie tylko), jaka powstała w tym dziwnym kraju: "Nie Pytaj o Polskę" Obywatela GC. W fortepianowej wersji, poleciała z playbacku na telebimie w wykonaniu Grzegorza Ciechowskiego. I można było przy tym zostać - późniejsze przejęcie partii wokalnej przez znanego z formacji Raz, Dwa, Trzy Adama Nowaka było zupełnie zbędne. Zwłaszcza, że towarzyszyć postanowiła mu Kayah. Ja naprawdę szanuję tę artystkę i jestem świadom, ile zawdzięcza Ciechowskiemu, ale gdy postanowiła wyjść z roli czystego tła wokalnego, wyszła do publiki na ustawioną pośród niej część sceny i zachęcała, byśmy wszyscy "podnieśli ręce do góry, aż po chmury", chciałem już tylko, żeby ktoś ją stamtąd zrzucił.
To nie było jednak zakończenie koncertu. Po pożegnaniu Niedźwieckiego, na scenę wyszli wszyscy grający tego dnia muzycy. Muniek Staszczyk odśpiewał wraz z Wojtkiem Waglewskim i Pawłem Kukizem "Jest Super". Idealna puenta.
Koncert z okazji XX-lecia wolnych wyborów w Polsce był nie tylko wielkim wydarzeniem muzycznym. Skłonił też do refleksji. Pośród rozchodzącego się tłumu ludzi słyszałem wiele dyskusji o komunizmie. Czy naprawdę można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że dziś jest lepiej? Jestem jak najdalej od gloryfikacji komuny, ale nie sposób nie zadać sobie pytania: o co tak naprawdę walczyli nasi ojcowie i dziadkowie? O wolność, tak. O wolne wybory - mamy dziś niekomunistyczny rząd, który sami sobie wybraliśmy. Politycy jednak dalej skupiają się bardziej na sobie, niż na swoich obowiązkach, dają się wykorzystywać innym państwom i nie wykorzystują w pełni szans, jakie dostają dla swojego kraju na arenie międzynarodowej. Popełniają dokładnie te same błędy, co przez ostatnie kilkaset lat. Mamy wolne media - w których każdy może sobie poczytać plotki z życia Dody, posłuchać w radiu najnowszego hitu Feela i mieć pewność, że bez mocnego samozaparcia, dobrej polskiej muzyki nigdzie nie znajdziemy. Mamy wszystkie nowości z Zachodu, możemy sobie kupić iPhone'a i pogować w arafatce na koncertach największych, światowych sław (chociaż dalej wszyscy narzekamy, że nikt do nas nie przyjeżdża na koncerty - ale przecież narzekanie mamy we krwi). Domyślam się, jak okropnie musiało być w trakcie stanu wojennego i jak ciężkie było życie przeciętnego Kowalskiego w czasach komuny. Odczuwam jednak, że straciłem coś bardzo ważnego, skoro nie dane mi było pożyć nawet jeden dzień w rzeczywistości PRLu. iPhone'a i arafatki i tak nie mam, a może chociaż bym trafił na koncert Republiki. Z Ciechowskim.
Ale przecież czwartkowa impreza była super, więc o co mi chodzi?
Czw 4 VI – XX-lecie wolnych wyborów w Polsce