• Niech Czesław dalej śpiewa!

    Nov 23 2008, 14h53

    Pia 21 XI – Czesław Śpiewa

    Na wstępie – nie spodziewałam się tak wielkiej popularności Czesława. Bilety kupiłam tydzień przed koncertem, ale i wtedy już były problemy – w Strefie Biletów i w Ale Jazz okazały się już być nieosiągalne. Całe szczęście mamy jeszcze CIK... Bilet dostał się w moje łapki i chwała niebiosom.

    Nie wiedziałam, czego spodziewać się po tym koncercie. Nie jestem super-ekstra zakochana w Czesławie, choć szalenie lubię jego muzykę, a przywykłam do skakania na koncertach, a jakoś jego utwory nie wydawałyby mi się adekwatne do tego typu zabawy. Szłam jednak z nastawieniem pozytywnym.

    Nie jestem z Łodzi, nie znam tego miasta i, przyznam szczerze, gdyby nie moi znajomi, z którymi się wybrałam, Luki bym chyba nie znalazła, chociaż spora kolejka do wejścia mogła być znakiem rozpoznawczym. No właśnie, kolejka – z jednej strony stanie w zimnie powinno być liczone jako WIELKI minus, z drugiej – sama nie wiem, jakbym to rozwiązała, biorąc pod uwagę rozmiary klubu i umiejscowienie szatni. Właśnie, szatnia – z jednej strony wielki napis „szatnia obowiązkowa!”, z drugiej płatność w wysokości 1 zł. To tak jakby trochę ukryte koszta, jeśli chodzi o koncert. Nie podoba mi się takie wymuszanie dodatkowej opłaty, ale cóż człowiek poradzi. BTW – w szatni w cudowny sposób z mojej kurtki się wysunęła arafatka i gdybym się nie upomniała, odbierając moje rzeczy, o ten brakujący fragment garderoby... Mam nadzieję, że to istotnie pomyłka.

    Sam klub nie zrobił na mnie ani dobrego, ani złego wrażenia, chociaż te słupy przed samą sceną były mocno irytujące i raczej nikomu do niczego niepotrzebne. Dało się doczłapać niemal pod samą scenę bez problemu, wydawało się, że dziczy nie ma... Koncert zaczął się z godzinnym opóźnieniem (sic!).

    Przejdźmy do meritum, zanim zacznę narzekać. Na scenie pojawił się Czesław, zagrała muzyka i... Zaczął czarować, muszę przyznać. Nie mam ochoty rozpisywać się na temat setlisty, wspomnę jedynie, że miło mnie fakt, iż oprócz utworów znanych mi z płyty „Debiut” pojawiły się kawałki nagrane z Tesco Value, których nie znałam. Ale nie o samych piosenkach chciałam napisać – cały koncert był swego rodzaju pokazem. Czesław popisał się nie tylko umiejętnościami muzycznymi (których nikt odmówić mu wszak nie może), ale też konferansjerką, poczuciem humoru, dystansem do całego wydarzenia i po prostu wykonał kawał dobrej roboty. Musiał jakoś poradzić sobie z niesforną łódzką publiką, albo raczej z jej częścią, czego absolutnie mu nie zazdroszczę, choć miło było posłuchać tych, nieco szyderczych, złośliwych uwag na temat zachowania co poniektórych osób. Wypowiedź na temat tego, dlaczego w Polsce koncerty zaczynają się wcześnie – mistrzostwo świata, ukłony, Czesławie. Dygresje na temat tonacji, żarty i świetny kontakt z publiką – majstersztyk.

    Jednak każdy, kto był na koncercie, zwrócił zapewne uwagę na coś, albo raczej na kogoś innego. Towarzysząca Czesławowi Karen to najwyraźniej cud natury – grała nie tylko na tradycyjnych instrumentach, ale też na łyżkach czy z pomocą własnego ciała – cud, miód i orzeszki. Do tego te niesamowite wokalizy, po prostu padam na kolana przed talentem tej pani i mam nadzieję, że kiedyś mi jeszcze przyjdzie podziwiać ją w towarzystwie Czesława. Oczywiście, nie można zapomnieć o Martinie, dzielnie akompaniującym na akordeonie i klawiszach.

    I to mnie właśnie poruszyło w tym koncercie- całe instrumentarium użyte w jego trakcie. Ta muzyka naprawdę jest inna, niż grana na co dzień w popularnych stacjach radiowych. Ta muzyka, w trakcie koncertu, była naprawdę żywa. Prawdziwa.

    Niestety, część publiczności, zabawiała się pijąc i rozmawiając, zamiast słuchać. Smutne, że przez takich ludzi zabrakło biletów dla tych, którzy naprawdę chcieli zobaczyć i usłyszeć Czesława. Zwłaszcza grupa mocno wstawionych, tudzież nawet pijanych, osób robiła złe wrażenie i przeszkadzała w odbiorze. Smutne i denerwujące zarazem.

    Sama jednak występ oceniam zdecydowanie na plus i nie żałuję tych paru złotych (dwa obiady!!!) wydanych na ten koncert ;)
  • Czyżby "anty" mieli rację?

    Out 18 2008, 12h58

    Pia 17 X – długa droga tour HAPPYSAD

    Ha! To mój pierwszy żurnal, więc się stresuję ^^

    Nie planowałam „recenzować” koncertu, ale jednak wrażeń (niestety, niekoniecznie pozytywnych) tyle pozostawił, że nie mogę inaczej.

    Od czego zacząć? Najlepiej od początku, czyli od supportu. Prawdę mówiąc, nie miałam zielonego pojęcia, czym ów Lostenfound jest. Określenie „chrześcijański rock” mnie trochę przeraziło, a na koncercie... No cóż, doszliśmy wspólnie do wniosku, że jest to jednak „chrześcijański nu-metal”, oczywiście z przymrużeniem oka. Po zrozumieniu fragmentu tekstu stwierdziliśmy, że łatwiej będzie nam rozmawiać na schodach. Muzyki słuchałam tak połowicznie (na schodach było słychać, ale nie zwracałam na to szczególnej uwagi). Czy mi się podobało – nie stwierdzę. Raczej do mnie nie przemówili.

    A potem happysad. Po „owacji” (czyli piskach dziesiątek napalonych gimnazjalistek – ale o tym w dalszej części) pierwsze co usłyszałam, to stwierdzenie Quki, że jest chory i lekarz kazał mu siedzieć w domu. Czy był to chwyt marketingowy, mający wzruszyć owe gimnazjalistki, czy też prawda – nie wiem, choć sądzę, że zespół taki jak hs chwytów marketingowych stosować nie musi. W każdym razie – dał radę ze śpiewaniem, zresztą przy koncertach na żywo bardziej skupiam się na przetrwaniu w pogo niż na czystości wokalu ;). Co do setlisty – miło było usłyszeć „Jeszcze, jeszcze”, którego zabrakło mi na łódzkich juwenaliach, zabrakło mi przede wszystkim „Manewrów szczęścia”. I pojawiło się coś, czego nie znam, miłe zaskoczenie. Z uwag różnych – w tym roku był to mój drugi koncert hs i po raz kolejny zauważyłam coś, czego nie słyszałam na poprzednich koncertach – inna linia wokalu, niż na albumach. Trochę jakby zmiana melodii, trochę zmiana sposobu śpiewania – wiem, że to naturalne w koncertach na żywo, ale z drugiej strony –wcześniej u nich tego nie spotykałam. Fajnie, że chłopaki się rozwijają, próbują czegoś nowego, bo zaczęli mi się wydawać monotonni. Co było na minus – przedłużanie zakończenia podwójnym przedstawianiem zespołu. Zamiast tego można było spokojnie zagrać jeszcze jakiś kawałek ;). I zdecydowanie na minus było to, co zrobili też na juwe – na koniec zagrali „Ludzie chcą usłyszeć wieści złe”. Nie mam nic do tego utworu, ale jak na koniec koncertu ma on za mało energii w sobie i we mnie pozostawił niedosyt, choć to odczucie subiektywne. Zdecydowany plus za świetny kontakt z publiką, dystans do owej młodzieży („Ta... Ja też cię kocham”) i dużo energii w tym, co grali (zdecydowanie lepsi są na koncertach niż na płytach). Ogólnie sam występ oceniam na plus, choć to już nie te emocje, co dwa, trzy lata temu (ja urosłam czy co?).

    Na plus też lokal, spodobała mi się sama Dekompresja (nie jestem z Łodzi, więc byłam tam pierwszy raz) i bardzo spodobało mi się to, że niewiele osób pomyślało, żeby pójść do drugiej szatni.

    No i tu dochodzimy do negatywów. Nie wiem, czy ja już jestem za stara, czy takie czasy po prostu nadeszły, że średnia wieku na koncercie nie przekroczyła chyba 16 lat. Być może antyfani mają rację, twierdząc, że publika hs to głównie gimnazjalistki w trampkach i arafatkach. Kiedy jechałam na koncert, dostałam esemesa od kumpla o treści mniej więcej „przyjeżdżaj szybko, nie wytrzymam, tu są dziewczynki z pierwszej liceum!), a następnie „pierwsza liceum to max!”. Myślałam, że to żart, przyjeżdżam... I to żart nie był.
    Nie, żebym była malkontentem, ja też kiedyś byłam w gimnazjum, choć wtedy chyba jeszcze nie chodziłam na koncerty, nie wiem, nie pamiętam (a to było stosunkowo nie tak dawno Oo). Nigdy jednak nie miałam tendencji do piszczenia i sikania w gacie na widok zespołu, który lubię. A już na pewno nie krzyczałam „kocham cię!” do wokalisty. Co gorsza, to nie musiała być gimnazjalistka (młody wiek by ją tłumaczył), ale mogła to być też licealistka (w liceum już na pewno chodziłam na koncerty i na 100% taka nie byłam), co wydaje mi się przerażające. Może jestem za stara już na tę zabawę?
    W każdym razie, młodzież przybyła tłumnie w trampkach i arafatkach [sic!]. Z jednej strony szacun, że podejmują takie ryzyko, z drugiej strony na pusty śmiech mi się zbierało, kiedy czułam czyjeś stopy pod swoimi glanami. Nie, nie staram się szpanować butami, noszę je na koncerty głównie dlatego, że szkoda byłoby moich biednych palców, a w porządnym obuwiu czuję się jakoś bezpiecznie. Co do arafatek – czy biednym dziewczętom (i chłopiętom, choć w liczbie mniejszej) nie było czasem za gorąco? No cóż, kwestia gustu, niektórzy cenią sobie masochizm. Ja nie mam takich zboczeń ;).
    Pomijam już kwestię pisku. Bardziej rozwaliło mnie to, że owa młodzież w dużej części była już po jednym piwku. Przeraża mnie ta degeneracja. I nie chodzi mi o picie alkoholu – ale o to, że na koncercie bawią się już w tylko taki sposób (okej, na poprzednim nie bawiłam się w inny, ale to był wyjątek, nie reguła ;P). I młodzież owa była już wstawiona. Gdyby tylko tak od nich nie śmierdziało... Auć. Z ciekawostek różnych – to, co się tam działo, to nie było pogo. To była jakaś rzeź. Zwykle bywało tak, że na pogo była pewna przestrzeń, gdzie ci, co chcieli, rozbijali się, jak się tylko dało, zaś z boku tłum równo tudzież nierówno podskakiwał, bawił się i takie tam, generalnie też rzeź, ale z jakimiś zasadami. Na wczorajszym koncercie tłum natomiast głównie falował i leżał na podłodze. Nawet na ostrzejszych koncertach tego nie widziałam, żeby tak dużo ludzi non stop niemal leżało. Może jednak naprawdę jestem za stara? Z innej beczki – wiem, że fajnie jest nosić ludzi na rękach, tylko to też trzeba umieć. Tłum wczorajszy nie potrafił. Dodam do tego, że polała się w jednym momencie krew, ale to już standard.
    Z ciekawostek najciekawszych – w trakcie koncertu jakaś parka, wiek gimnazjalno – licealny, lizała się przez całe „Wszystko jedno”. Nie mam nic przeciwko okazywaniu sobie uczuć, ale przez parę minut bez przerwy w pogującym tłumie, gdzie nad głową latają czyjeś glany... Na dodatek chłopię było sporo wyższe od dziewczęcia więc się jakoś dziwnie skurczyło i pochyliło... I generalnie wyglądało to żenująco i komicznie. Szydera.
    Poza tym, kurwa, nigdy na normalnym koncercie nie było tak, że dwóch chłopaków łapało się za ręce i wywijało kółka na środku. Żenada.

    No dobrze, ponarzekałam sobie. Stara jestem, malkontent jestem, nie nadaję się na koncerty. Albo może już takie koncerty nie są dla mnie? Bawiłam się nieźle, ale pewien niesmak pozostał.

    Z ciekawostek różnych – pod stopami pogującego tłumu znalazłam telefon w częściach. Jakoś go skleciłam i oddałam w barze, do odebrania właśnie tam, jeśli ktoś zgubił.