Pia 21 XI – Czesław Śpiewa
Na wstępie – nie spodziewałam się tak wielkiej popularności Czesława. Bilety kupiłam tydzień przed koncertem, ale i wtedy już były problemy – w Strefie Biletów i w Ale Jazz okazały się już być nieosiągalne. Całe szczęście mamy jeszcze CIK... Bilet dostał się w moje łapki i chwała niebiosom.
Nie wiedziałam, czego spodziewać się po tym koncercie. Nie jestem super-ekstra zakochana w Czesławie, choć szalenie lubię jego muzykę, a przywykłam do skakania na koncertach, a jakoś jego utwory nie wydawałyby mi się adekwatne do tego typu zabawy. Szłam jednak z nastawieniem pozytywnym.
Nie jestem z Łodzi, nie znam tego miasta i, przyznam szczerze, gdyby nie moi znajomi, z którymi się wybrałam, Luki bym chyba nie znalazła, chociaż spora kolejka do wejścia mogła być znakiem rozpoznawczym. No właśnie, kolejka – z jednej strony stanie w zimnie powinno być liczone jako WIELKI minus, z drugiej – sama nie wiem, jakbym to rozwiązała, biorąc pod uwagę rozmiary klubu i umiejscowienie szatni. Właśnie, szatnia – z jednej strony wielki napis „szatnia obowiązkowa!”, z drugiej płatność w wysokości 1 zł. To tak jakby trochę ukryte koszta, jeśli chodzi o koncert. Nie podoba mi się takie wymuszanie dodatkowej opłaty, ale cóż człowiek poradzi. BTW – w szatni w cudowny sposób z mojej kurtki się wysunęła arafatka i gdybym się nie upomniała, odbierając moje rzeczy, o ten brakujący fragment garderoby... Mam nadzieję, że to istotnie pomyłka.
Sam klub nie zrobił na mnie ani dobrego, ani złego wrażenia, chociaż te słupy przed samą sceną były mocno irytujące i raczej nikomu do niczego niepotrzebne. Dało się doczłapać niemal pod samą scenę bez problemu, wydawało się, że dziczy nie ma... Koncert zaczął się z godzinnym opóźnieniem (sic!).
Przejdźmy do meritum, zanim zacznę narzekać. Na scenie pojawił się Czesław, zagrała muzyka i... Zaczął czarować, muszę przyznać. Nie mam ochoty rozpisywać się na temat setlisty, wspomnę jedynie, że miło mnie fakt, iż oprócz utworów znanych mi z płyty „Debiut” pojawiły się kawałki nagrane z Tesco Value, których nie znałam. Ale nie o samych piosenkach chciałam napisać – cały koncert był swego rodzaju pokazem. Czesław popisał się nie tylko umiejętnościami muzycznymi (których nikt odmówić mu wszak nie może), ale też konferansjerką, poczuciem humoru, dystansem do całego wydarzenia i po prostu wykonał kawał dobrej roboty. Musiał jakoś poradzić sobie z niesforną łódzką publiką, albo raczej z jej częścią, czego absolutnie mu nie zazdroszczę, choć miło było posłuchać tych, nieco szyderczych, złośliwych uwag na temat zachowania co poniektórych osób. Wypowiedź na temat tego, dlaczego w Polsce koncerty zaczynają się wcześnie – mistrzostwo świata, ukłony, Czesławie. Dygresje na temat tonacji, żarty i świetny kontakt z publiką – majstersztyk.
Jednak każdy, kto był na koncercie, zwrócił zapewne uwagę na coś, albo raczej na kogoś innego. Towarzysząca Czesławowi Karen to najwyraźniej cud natury – grała nie tylko na tradycyjnych instrumentach, ale też na łyżkach czy z pomocą własnego ciała – cud, miód i orzeszki. Do tego te niesamowite wokalizy, po prostu padam na kolana przed talentem tej pani i mam nadzieję, że kiedyś mi jeszcze przyjdzie podziwiać ją w towarzystwie Czesława. Oczywiście, nie można zapomnieć o Martinie, dzielnie akompaniującym na akordeonie i klawiszach.
I to mnie właśnie poruszyło w tym koncercie- całe instrumentarium użyte w jego trakcie. Ta muzyka naprawdę jest inna, niż grana na co dzień w popularnych stacjach radiowych. Ta muzyka, w trakcie koncertu, była naprawdę żywa. Prawdziwa.
Niestety, część publiczności, zabawiała się pijąc i rozmawiając, zamiast słuchać. Smutne, że przez takich ludzi zabrakło biletów dla tych, którzy naprawdę chcieli zobaczyć i usłyszeć Czesława. Zwłaszcza grupa mocno wstawionych, tudzież nawet pijanych, osób robiła złe wrażenie i przeszkadzała w odbiorze. Smutne i denerwujące zarazem.
Sama jednak występ oceniam zdecydowanie na plus i nie żałuję tych paru złotych (dwa obiady!!!) wydanych na ten koncert ;)
Na wstępie – nie spodziewałam się tak wielkiej popularności Czesława. Bilety kupiłam tydzień przed koncertem, ale i wtedy już były problemy – w Strefie Biletów i w Ale Jazz okazały się już być nieosiągalne. Całe szczęście mamy jeszcze CIK... Bilet dostał się w moje łapki i chwała niebiosom.
Nie wiedziałam, czego spodziewać się po tym koncercie. Nie jestem super-ekstra zakochana w Czesławie, choć szalenie lubię jego muzykę, a przywykłam do skakania na koncertach, a jakoś jego utwory nie wydawałyby mi się adekwatne do tego typu zabawy. Szłam jednak z nastawieniem pozytywnym.
Nie jestem z Łodzi, nie znam tego miasta i, przyznam szczerze, gdyby nie moi znajomi, z którymi się wybrałam, Luki bym chyba nie znalazła, chociaż spora kolejka do wejścia mogła być znakiem rozpoznawczym. No właśnie, kolejka – z jednej strony stanie w zimnie powinno być liczone jako WIELKI minus, z drugiej – sama nie wiem, jakbym to rozwiązała, biorąc pod uwagę rozmiary klubu i umiejscowienie szatni. Właśnie, szatnia – z jednej strony wielki napis „szatnia obowiązkowa!”, z drugiej płatność w wysokości 1 zł. To tak jakby trochę ukryte koszta, jeśli chodzi o koncert. Nie podoba mi się takie wymuszanie dodatkowej opłaty, ale cóż człowiek poradzi. BTW – w szatni w cudowny sposób z mojej kurtki się wysunęła arafatka i gdybym się nie upomniała, odbierając moje rzeczy, o ten brakujący fragment garderoby... Mam nadzieję, że to istotnie pomyłka.
Sam klub nie zrobił na mnie ani dobrego, ani złego wrażenia, chociaż te słupy przed samą sceną były mocno irytujące i raczej nikomu do niczego niepotrzebne. Dało się doczłapać niemal pod samą scenę bez problemu, wydawało się, że dziczy nie ma... Koncert zaczął się z godzinnym opóźnieniem (sic!).
Przejdźmy do meritum, zanim zacznę narzekać. Na scenie pojawił się Czesław, zagrała muzyka i... Zaczął czarować, muszę przyznać. Nie mam ochoty rozpisywać się na temat setlisty, wspomnę jedynie, że miło mnie fakt, iż oprócz utworów znanych mi z płyty „Debiut” pojawiły się kawałki nagrane z Tesco Value, których nie znałam. Ale nie o samych piosenkach chciałam napisać – cały koncert był swego rodzaju pokazem. Czesław popisał się nie tylko umiejętnościami muzycznymi (których nikt odmówić mu wszak nie może), ale też konferansjerką, poczuciem humoru, dystansem do całego wydarzenia i po prostu wykonał kawał dobrej roboty. Musiał jakoś poradzić sobie z niesforną łódzką publiką, albo raczej z jej częścią, czego absolutnie mu nie zazdroszczę, choć miło było posłuchać tych, nieco szyderczych, złośliwych uwag na temat zachowania co poniektórych osób. Wypowiedź na temat tego, dlaczego w Polsce koncerty zaczynają się wcześnie – mistrzostwo świata, ukłony, Czesławie. Dygresje na temat tonacji, żarty i świetny kontakt z publiką – majstersztyk.
Jednak każdy, kto był na koncercie, zwrócił zapewne uwagę na coś, albo raczej na kogoś innego. Towarzysząca Czesławowi Karen to najwyraźniej cud natury – grała nie tylko na tradycyjnych instrumentach, ale też na łyżkach czy z pomocą własnego ciała – cud, miód i orzeszki. Do tego te niesamowite wokalizy, po prostu padam na kolana przed talentem tej pani i mam nadzieję, że kiedyś mi jeszcze przyjdzie podziwiać ją w towarzystwie Czesława. Oczywiście, nie można zapomnieć o Martinie, dzielnie akompaniującym na akordeonie i klawiszach.
I to mnie właśnie poruszyło w tym koncercie- całe instrumentarium użyte w jego trakcie. Ta muzyka naprawdę jest inna, niż grana na co dzień w popularnych stacjach radiowych. Ta muzyka, w trakcie koncertu, była naprawdę żywa. Prawdziwa.
Niestety, część publiczności, zabawiała się pijąc i rozmawiając, zamiast słuchać. Smutne, że przez takich ludzi zabrakło biletów dla tych, którzy naprawdę chcieli zobaczyć i usłyszeć Czesława. Zwłaszcza grupa mocno wstawionych, tudzież nawet pijanych, osób robiła złe wrażenie i przeszkadzała w odbiorze. Smutne i denerwujące zarazem.
Sama jednak występ oceniam zdecydowanie na plus i nie żałuję tych paru złotych (dwa obiady!!!) wydanych na ten koncert ;)