Recomendar
Jun 20 2011, 14h49
Kawa: jest.
Ostatni kawałek ciasta: jest.
Misternie ułożona lista piosenek: jest.
No to mogę zaczynać litanię, której i tak nie będzie się chciało czytać poza dwoma, góra trzema osobami.
Orange Warsaw Festival 2011
Dzień I, 17.06.2011
Po triumfalnym przybyciu do Stolicy w towarzystwie SwiatLoGwiAzd i VampireSmile i odnalezieniu miejsca przechowania się (hostelu) na kolejne trzy dni, małym obiedzie, udałam się radośnie na miejsce, tj. Stadion Legii.
Uważam, że w tym roku było o lata świetlne lepiej z doborem miejsca, choć z pewnością było to trudniejsze do zorganizowania. Mimo wszystko na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało dość profesjonalnie. Z naciskiem na zwrot na pierwszy rzut oka. Pokonawszy 68744157 stopni, dotarłam na płytę i zgrabnym slalomem wyminęłam żądne widoku My Chemical Romance fanki.
Po paru chwilach niepewnego rozglądania się wokół siebie i kilku głębszych wdechach, by dodać sobie otuchy, do naszej magicznej grupki dołączyła justine-rocks.
Zająwszy strategiczne pozycja, każda w swoim sektorze, oczekiwałyśmy na niewątpliwie gwiazdy jakiegoś konkursu. Właściwie to moja towarzyszka koncertowa zrobiła bardzo dobrze znikając w poszukiwaniu Toi Toi (których była powalająca ilość jak na takie tłumy ludzkie), bo naprawdę czuje się o wiele lepiej bez tego uroczego wstępu. Ale nie wnikając w szczegóły, by nie urazić niczyich sympatii, przechodzimy do pierwszego wykonawcy.
My Chemical Romance

Edit this setlist | More My Chemical Romance setlists
Słuchałam tego zespołu głównie będąc w gimnazjum, ale jak większość moich znajomych trzymana za tyłek przez sentyment, rozkręciłam cudowne, dwuosobwe pogo (przynajmniej wokół mnie) na wszystkich piosenkach. Gerarda można oskarżać o wiele rzeczy, ale z pewnością nie o fałsz tudzież playback. Zespół dał z siebie wszystko i początkowe zaskoczenie, może lekki zawód (nie, cała płyta nie była zapełniona i nie, nie cały stadion trzymał kartki) przeszły w radość i widząc uśmiech przemieszany z lekkim zdziwieniem na twarzach Raya czy Gerarda, cieszyłam się, że przynajmniej pod sceną zabawa jest świetna.
Choć boję się panicznie panien z przedziału wiekowego 13-16, które gdy organizatorzy otworzyli bramki do Orange Circle natarły na wejście dziką, rozwrzeszczaną chordą, muszę im przyznać - akcja z kartkami i maskami udała się, co można zaobserwować na twitterze członków zespołu. Z pewnością była to dla nich niespodzianka, tak jak dla mnie polska flaga na scenie i fonetycznie zapisane "dziękuję" na dłoni wokalisty (popluł się, ale powiedział. ściąga na ręce zawsze działa).
Trochę szkoda, że wokół mnie prawie nikt nie znał słów
Helena, ale co zrobić. Koncert był naprawdę świetny być może dla tego, że dla mnie najważniejsze jest to, co muzyka niesie, a nie jak cholerna kultura masowa kreuję artystę, niekoniecznie zawsze zgodnie z prawdą.
Przerwy między kolejnymi występami były niesamowicie krótkie, co ma w sobie i wady i zalety, bo tłok na schodach prowadzących do wyjścia (i toalet) był ogromny.
W każdym razie po chwili na scenę wkroczyła chodząca bomba energii, którą miałam przyjemność już oglądać, czyli
Skunk Anansie

Edit this setlist | More Skunk Anansie setlists
Co tu dużo pisać - zespół szczerze lubi nas odwiedzać, zawsze są gorąco przyjmowani, robią rozpierduchę po czym wracają znowu - i tak było tym razem. Skin nie dała stać tłumowi pod sceną, jestem tego pewna, biegając, wchodząc na tłum i będąc dokładnie wszędzie. Jej głos godny jest szczerego podziwu, jak i wymyślne stroje, które o dziwo nikogo nie raziły a wręcz wzbudzały zachwyt. To już jednak zależy od klasy artysty, której absolutnie nie brakuje żadnemu z jego członków. Ace, Cass i Mark pokazali, iż warci są swojej opinii a ja zupełnie zlewając wpatrzone we mnie z niesmakiem i zdezorientowaniem oczy ponownie rzuciłam się do tańca (z jakimiś 6 osobami wokół. zupełnie nie pojmuję jak można stać na chociażby
Tear the Place Up).
Przemieściwszy się na trybuny obserwowałam jak wchodzi na scenę prawdziwy headliner (czy ktoś tego chce, czy nie), bo to ten właśnie człowiek zapełnił cały stadion i kolejne półtorej godziny piękną muzyką na światowym poziomie.
Moby

Edit this setlist | More Moby setlists
Wspaniała wokalistka, różnorodność instrumentów i dźwięków plus naprawdę świetne oświetlenie oczarowały mnie. Długo nie wysiedziałam na schodkach i pognałam z powrotem na płytę, gdzie przetańczyłam drugą część występu. A Moby chodził, klaskał, mówił pięknie dziękuję na zmianę z thank you, cykał zdjęcia i był szczerze zachwycony. Skromny i uśmiechnięty gość. Jedyne, czego mi zabrakło z setlisty to słynne
In This World, ale to się szybko nadrobi, wierzę w to.
I tak zakończywszy dzień drugi, w bardzo przyjemny sposób wróciłam do hostelu.
Przytoczę tylko sytuację z zapchanego do ostateczności autobusu:
Kierowca: *zamyka drzwi*
Pasażerowie: *dziki aplauz*
Kierowca *radosny klakson na cześć pasażerów*
Pasażerowie: *radość*
No tamtym ludziom nie mam nic do zarzucenia ;)
Dzień II, 18.06.2011
Ponieważ zmęczenie było ogromne, na miejscu znalazłam się tuż przed pierwszym koncertem w podłym humorze. Ludzie wokół byli cholernie denerwujący, ale to głównie przez moją huśtawkę nastrojów, którą należy olać.
Sistars

Edit this setlist | More Sistars setlists
Byłam kiedyś na ich koncercie baaaaaaaaaardzo dawno temu i naprawdę lubiłam ich muzykę. Jest szczera, bardzo melodyjna i przyjemna, nie mam jej nic do zarzucenia. No i każdy przyzna, że odnieśli sukces, skoro po tylu latach większość obecnych znała słowa piosenek, które wykonali w naprawdę dobry sposób.
Mam nadzieję, że zapowiedź, iż to jeszcze nie wszystko była prawdziwa, bo bardzo miło było znowu usłyszeć Inspirations.
Lekkie zaskoczenie wywołało wkroczenie na scenę pana, który swoim głosem niczym konsola didżejska uraczył rozradowany i rozbawiony tłum krótkim występem. Niestety z pamięci wypadło mi jego nazwiska, jeżeli ktoś wie, niech mi je podrzuci, bo pan ten wspominał coś o tym, że można go znaleźć na iTunes, lub też gdzie indziej w internecie.
A potem nadszedł już czas na
Plan B

Edit this setlist | More Plan B setlists
Znany z porywczości, ale i melodyjnych piosenek przemieszanych z raptem Ben Drew dał naprawdę porządny koncert. Oprócz swoich największych hitów z The Defamation of Strickland Banks dorzucił kilka znanych dobrze coverów, w których akompaniował wspomniany już Pan Konsola Didżejska. Na Stay Too Long w przypływie szaleństwa, Ben porwał biedną gitarę jednego z członków zespołu i malowniczą ją rozwalił, tuż przed tym jak przez całą scenę przeleciał statyw mikrofonu. Oczywiście byłam zachwycona. Mam nadzieję, że szybko wróci, bo w wywiadzie wypowiadał się bardzo pozytywnie o Polakach a i na koncert nie mógł narzekać, gdyż został bardzo dobrze przyjęty.
No i nadszedł czas na ostatni koncert, a który zachwycił mnie (zespół) i rozczarował (większość publiczności).
Jamiroquai

Edit this setlist | More Jamiroquai setlists
W przepięknym fioletowym pióropiuszu wleciał na scenę zabawny, niepozornie wyglądający facet, który zasuwał przez bite dwie godziny i dał świetny show.
Nie jestem w stanie pojąć i nie pojmę, jak można stać przy tak tanecznej i wpadającej w ucho muzyce, gapić się, gdy Jason podchodzi na sam brzeg sceny i wyciąga ręce, niemalże sobie żyły wypruwa latając, kręcąc się tańcząc.
No, ale jak się okazało, gdy się wycofałam pod tyłu, by na chwilę usiąść (kręgosłup odmówił posłuszeństwa na przedostatniej piosence), zobaczyłam, że z tyłu ludzie rozkręcają mini pogo i bawią się w najlepsze. To wyjaśnia, dlaczego wokalista udał się na wycieczkę pod barierki, bo on mógł to zobaczyć i chciał im wszystkim jakoś podziękować. Był naprawdę zadowolony, nagrał radosny tłum na kamerę, wyszedł na bis i przywołał ze sceny jakieś paręset ludzi z powrotem, po czym sobie poszedł.
To jest największy paradoks tego festiwalu - publiczność. Można ją podzielić na ludzi, którzy przyszli, bo jakiegoś wykonawcę WYZNAJĄ, przyszli tacy, co go wyznawali KIEDYŚ, co go po prostu lubią i szanują, to co robi dla muzyki (i mam tu na myśli każdego wykonawcę, który tam wystąpił) i tacy co przyszli postać, polansić się lub w ogóle przyszli, bo tanie bilety były i właściwie nie wiedzą po co tam są.
Nie wiem, ja jestem równo popieprzona, bo nie dość, że wyznaję zasadę, że skoro już jadę, to żeby się bawić i wypracować jak najlepsze wspomnienia na resztę życia to do tego lubiłam wszystkich wykonawców (pomijając to coś co usiłowało zgwałcić konstrukcję włażąc na nią gnąc się dziwnie. Dobrze, że głos ma dobry.). No i dla mnie najważniejsze było, by to artyści mieli o publiczności jak najlepsze zdanie i nie stawiałam sobie za cel stać pod barierką tylko po to, by tam stać, bo bawić się można tak samo dobrze również na trybunach, co udowodniono na Moby'm.
Orange Warsaw Festival potrzebuje tradycji, jednego konkretnego miejsca, które będzie się z nim kojarzyć i kogoś, kto umiejętnie dobierze do siebie wykonawców i atrakcje, by publiczność była zadowolona i by stworzyć jak najlepsze koncerty. Trochę kulało nagłośnienie, ale mogło być gorzej (nie oceniam, bo nie znam się na tym za dobrze, ale z pewnością dało się dosłuchać, że czasami basy zagłuszały głos wokalisty/wokalistki). Z takimi sposnorami potencjał wydarzenia jest ogromny i kiedy już dopracują każdy szczegół, będzie on mógł spokojnie konkurować z Open'erem, który na razie i tak pozostaje najlepszym festiwalem pod względem oragnizacyjnym. Można narzekać na line-up, ale i tak póki co możemy liczyć na gwiazdy na tych dwóch festiwalach i ewentualnie Coke.
W ogólnej ocenie, koncerty były świetne, zabawa świetna, gdy tylko zamknęło się oczy i rzuciło w wir zabawy.
Amen.
PS: Mam nadzieję, że te panie, które przybyły na Orange w ślicznych bucikach na obcasie i odpicowane jak modelki H&M i C&A, przyjdą tak też pod Main Stage w Gdyni. Będę miała świetną zabawę łamiąc wam nogi <3.
PS2: Jak line-up będzie tak atrakcyjny, jak w tym roku, będę miałą niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w przyszłym roku.
Ostatni kawałek ciasta: jest.
Misternie ułożona lista piosenek: jest.
No to mogę zaczynać litanię, której i tak nie będzie się chciało czytać poza dwoma, góra trzema osobami.
Orange Warsaw Festival 2011
Dzień I, 17.06.2011
Po triumfalnym przybyciu do Stolicy w towarzystwie SwiatLoGwiAzd i VampireSmile i odnalezieniu miejsca przechowania się (hostelu) na kolejne trzy dni, małym obiedzie, udałam się radośnie na miejsce, tj. Stadion Legii.
Uważam, że w tym roku było o lata świetlne lepiej z doborem miejsca, choć z pewnością było to trudniejsze do zorganizowania. Mimo wszystko na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało dość profesjonalnie. Z naciskiem na zwrot na pierwszy rzut oka. Pokonawszy 68744157 stopni, dotarłam na płytę i zgrabnym slalomem wyminęłam żądne widoku My Chemical Romance fanki.
Po paru chwilach niepewnego rozglądania się wokół siebie i kilku głębszych wdechach, by dodać sobie otuchy, do naszej magicznej grupki dołączyła justine-rocks.
Zająwszy strategiczne pozycja, każda w swoim sektorze, oczekiwałyśmy na niewątpliwie gwiazdy jakiegoś konkursu. Właściwie to moja towarzyszka koncertowa zrobiła bardzo dobrze znikając w poszukiwaniu Toi Toi (których była powalająca ilość jak na takie tłumy ludzkie), bo naprawdę czuje się o wiele lepiej bez tego uroczego wstępu. Ale nie wnikając w szczegóły, by nie urazić niczyich sympatii, przechodzimy do pierwszego wykonawcy.
My Chemical Romance
Edit this setlist | More My Chemical Romance setlists
Słuchałam tego zespołu głównie będąc w gimnazjum, ale jak większość moich znajomych trzymana za tyłek przez sentyment, rozkręciłam cudowne, dwuosobwe pogo (przynajmniej wokół mnie) na wszystkich piosenkach. Gerarda można oskarżać o wiele rzeczy, ale z pewnością nie o fałsz tudzież playback. Zespół dał z siebie wszystko i początkowe zaskoczenie, może lekki zawód (nie, cała płyta nie była zapełniona i nie, nie cały stadion trzymał kartki) przeszły w radość i widząc uśmiech przemieszany z lekkim zdziwieniem na twarzach Raya czy Gerarda, cieszyłam się, że przynajmniej pod sceną zabawa jest świetna.
Choć boję się panicznie panien z przedziału wiekowego 13-16, które gdy organizatorzy otworzyli bramki do Orange Circle natarły na wejście dziką, rozwrzeszczaną chordą, muszę im przyznać - akcja z kartkami i maskami udała się, co można zaobserwować na twitterze członków zespołu. Z pewnością była to dla nich niespodzianka, tak jak dla mnie polska flaga na scenie i fonetycznie zapisane "dziękuję" na dłoni wokalisty (popluł się, ale powiedział. ściąga na ręce zawsze działa).
Trochę szkoda, że wokół mnie prawie nikt nie znał słów
Przerwy między kolejnymi występami były niesamowicie krótkie, co ma w sobie i wady i zalety, bo tłok na schodach prowadzących do wyjścia (i toalet) był ogromny.
W każdym razie po chwili na scenę wkroczyła chodząca bomba energii, którą miałam przyjemność już oglądać, czyli
Skunk Anansie
Edit this setlist | More Skunk Anansie setlists
Co tu dużo pisać - zespół szczerze lubi nas odwiedzać, zawsze są gorąco przyjmowani, robią rozpierduchę po czym wracają znowu - i tak było tym razem. Skin nie dała stać tłumowi pod sceną, jestem tego pewna, biegając, wchodząc na tłum i będąc dokładnie wszędzie. Jej głos godny jest szczerego podziwu, jak i wymyślne stroje, które o dziwo nikogo nie raziły a wręcz wzbudzały zachwyt. To już jednak zależy od klasy artysty, której absolutnie nie brakuje żadnemu z jego członków. Ace, Cass i Mark pokazali, iż warci są swojej opinii a ja zupełnie zlewając wpatrzone we mnie z niesmakiem i zdezorientowaniem oczy ponownie rzuciłam się do tańca (z jakimiś 6 osobami wokół. zupełnie nie pojmuję jak można stać na chociażby
Przemieściwszy się na trybuny obserwowałam jak wchodzi na scenę prawdziwy headliner (czy ktoś tego chce, czy nie), bo to ten właśnie człowiek zapełnił cały stadion i kolejne półtorej godziny piękną muzyką na światowym poziomie.
Moby
Edit this setlist | More Moby setlists
Wspaniała wokalistka, różnorodność instrumentów i dźwięków plus naprawdę świetne oświetlenie oczarowały mnie. Długo nie wysiedziałam na schodkach i pognałam z powrotem na płytę, gdzie przetańczyłam drugą część występu. A Moby chodził, klaskał, mówił pięknie dziękuję na zmianę z thank you, cykał zdjęcia i był szczerze zachwycony. Skromny i uśmiechnięty gość. Jedyne, czego mi zabrakło z setlisty to słynne
I tak zakończywszy dzień drugi, w bardzo przyjemny sposób wróciłam do hostelu.
Przytoczę tylko sytuację z zapchanego do ostateczności autobusu:
Kierowca: *zamyka drzwi*
Pasażerowie: *dziki aplauz*
Kierowca *radosny klakson na cześć pasażerów*
Pasażerowie: *radość*
No tamtym ludziom nie mam nic do zarzucenia ;)
Dzień II, 18.06.2011
Ponieważ zmęczenie było ogromne, na miejscu znalazłam się tuż przed pierwszym koncertem w podłym humorze. Ludzie wokół byli cholernie denerwujący, ale to głównie przez moją huśtawkę nastrojów, którą należy olać.
Sistars
Edit this setlist | More Sistars setlists
Byłam kiedyś na ich koncercie baaaaaaaaaardzo dawno temu i naprawdę lubiłam ich muzykę. Jest szczera, bardzo melodyjna i przyjemna, nie mam jej nic do zarzucenia. No i każdy przyzna, że odnieśli sukces, skoro po tylu latach większość obecnych znała słowa piosenek, które wykonali w naprawdę dobry sposób.
Mam nadzieję, że zapowiedź, iż to jeszcze nie wszystko była prawdziwa, bo bardzo miło było znowu usłyszeć Inspirations.
Lekkie zaskoczenie wywołało wkroczenie na scenę pana, który swoim głosem niczym konsola didżejska uraczył rozradowany i rozbawiony tłum krótkim występem. Niestety z pamięci wypadło mi jego nazwiska, jeżeli ktoś wie, niech mi je podrzuci, bo pan ten wspominał coś o tym, że można go znaleźć na iTunes, lub też gdzie indziej w internecie.
A potem nadszedł już czas na
Plan B
Edit this setlist | More Plan B setlists
Znany z porywczości, ale i melodyjnych piosenek przemieszanych z raptem Ben Drew dał naprawdę porządny koncert. Oprócz swoich największych hitów z The Defamation of Strickland Banks dorzucił kilka znanych dobrze coverów, w których akompaniował wspomniany już Pan Konsola Didżejska. Na Stay Too Long w przypływie szaleństwa, Ben porwał biedną gitarę jednego z członków zespołu i malowniczą ją rozwalił, tuż przed tym jak przez całą scenę przeleciał statyw mikrofonu. Oczywiście byłam zachwycona. Mam nadzieję, że szybko wróci, bo w wywiadzie wypowiadał się bardzo pozytywnie o Polakach a i na koncert nie mógł narzekać, gdyż został bardzo dobrze przyjęty.
No i nadszedł czas na ostatni koncert, a który zachwycił mnie (zespół) i rozczarował (większość publiczności).
Jamiroquai
Edit this setlist | More Jamiroquai setlists
W przepięknym fioletowym pióropiuszu wleciał na scenę zabawny, niepozornie wyglądający facet, który zasuwał przez bite dwie godziny i dał świetny show.
Nie jestem w stanie pojąć i nie pojmę, jak można stać przy tak tanecznej i wpadającej w ucho muzyce, gapić się, gdy Jason podchodzi na sam brzeg sceny i wyciąga ręce, niemalże sobie żyły wypruwa latając, kręcąc się tańcząc.
No, ale jak się okazało, gdy się wycofałam pod tyłu, by na chwilę usiąść (kręgosłup odmówił posłuszeństwa na przedostatniej piosence), zobaczyłam, że z tyłu ludzie rozkręcają mini pogo i bawią się w najlepsze. To wyjaśnia, dlaczego wokalista udał się na wycieczkę pod barierki, bo on mógł to zobaczyć i chciał im wszystkim jakoś podziękować. Był naprawdę zadowolony, nagrał radosny tłum na kamerę, wyszedł na bis i przywołał ze sceny jakieś paręset ludzi z powrotem, po czym sobie poszedł.
To jest największy paradoks tego festiwalu - publiczność. Można ją podzielić na ludzi, którzy przyszli, bo jakiegoś wykonawcę WYZNAJĄ, przyszli tacy, co go wyznawali KIEDYŚ, co go po prostu lubią i szanują, to co robi dla muzyki (i mam tu na myśli każdego wykonawcę, który tam wystąpił) i tacy co przyszli postać, polansić się lub w ogóle przyszli, bo tanie bilety były i właściwie nie wiedzą po co tam są.
Nie wiem, ja jestem równo popieprzona, bo nie dość, że wyznaję zasadę, że skoro już jadę, to żeby się bawić i wypracować jak najlepsze wspomnienia na resztę życia to do tego lubiłam wszystkich wykonawców (pomijając to coś co usiłowało zgwałcić konstrukcję włażąc na nią gnąc się dziwnie. Dobrze, że głos ma dobry.). No i dla mnie najważniejsze było, by to artyści mieli o publiczności jak najlepsze zdanie i nie stawiałam sobie za cel stać pod barierką tylko po to, by tam stać, bo bawić się można tak samo dobrze również na trybunach, co udowodniono na Moby'm.
Orange Warsaw Festival potrzebuje tradycji, jednego konkretnego miejsca, które będzie się z nim kojarzyć i kogoś, kto umiejętnie dobierze do siebie wykonawców i atrakcje, by publiczność była zadowolona i by stworzyć jak najlepsze koncerty. Trochę kulało nagłośnienie, ale mogło być gorzej (nie oceniam, bo nie znam się na tym za dobrze, ale z pewnością dało się dosłuchać, że czasami basy zagłuszały głos wokalisty/wokalistki). Z takimi sposnorami potencjał wydarzenia jest ogromny i kiedy już dopracują każdy szczegół, będzie on mógł spokojnie konkurować z Open'erem, który na razie i tak pozostaje najlepszym festiwalem pod względem oragnizacyjnym. Można narzekać na line-up, ale i tak póki co możemy liczyć na gwiazdy na tych dwóch festiwalach i ewentualnie Coke.
W ogólnej ocenie, koncerty były świetne, zabawa świetna, gdy tylko zamknęło się oczy i rzuciło w wir zabawy.
Amen.
PS: Mam nadzieję, że te panie, które przybyły na Orange w ślicznych bucikach na obcasie i odpicowane jak modelki H&M i C&A, przyjdą tak też pod Main Stage w Gdyni. Będę miała świetną zabawę łamiąc wam nogi <3.
PS2: Jak line-up będzie tak atrakcyjny, jak w tym roku, będę miałą niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w przyszłym roku.
lilcia14








