Ale do rzeczy, Michał Kobojek to łódzki saksofonista, który ma już wiele za sobą, ale po kolejnym jego występie przekonałem się, że jeszcze więcej przed sobą. Niestety nie należę do jasnowidzów ani proroków, więc skupię się tylko na przeszłości. Ukończył Państwowe Studium Jazzu w Warszawie, współpracował z bardzo różnymi wykonawcami – od Łez i Ich Troje po Michała Urbaniaka i Maćka Strzelczyka. Występował także w wielu innych składach, ale to granie jazzu przyniosło mu sukcesy, m.in. został uznany za najlepszego łódzkiego jazzmana i to (już!) w wieku 21 lat.
Podczas koncertu towarzyszyli mu Tomasz Wierzbowski na fortepianie, Krzysztof Ścierański na basie i Przemysław Kuczyński na perkusji.
Tak jak wspomniałem na wstępie, pierwszą część kwartet poświęcił muzyce Karola Szymanowskiego, a dokładniej zagrał fragmenty utworów: „Mity” i „Harnasie”. Zgodnie z zapowiedzią koncertu utwory zostały solidnie „przyjazzowione”, chociaż przynajmniej według moich skromnych uszu została w nich duża porcja folkloru, ale w końcu nie ma się czemu dziwić, wszakże jazz to także muzyka ludowa, tylko że w nieco innym wydaniu.
Po przerwie zespół już od pierwszego utworu nie dał nam żadnych złudzeń, z jaką muzyką będziemy mieć do czynienia do końca wieczoru – „I Love Jazz”. Słuchając tej kompozycji gra na alcie jak ulał wpadała w stylistykę Henryka Miśkiewicza, szczególnie jego płyt „Full Drive”. Już podczas tego utworu można było wyczuć swoisty luz, niczym z klubowego jam session, którego chyba nie wypadało ujawniać podczas klasycznego repertuaru pierwszej części koncertu. Podczas dwóch kolejnych kompozycji, czyli „Pacebo” i „Trójgraniec” Kobojek z Miśkiewicza zaczął się przeobrażać w Kenny’ego Garretta – najpierw grał prostą melodię, a potem co rusz poszerzał, pogłębiał, aż w końcu improwizował na całego, co chwila wracając do tematu. To lubię! Na koniec usłyszeliśmy jeszcze 2 kompozycje autorstwa Krzysztofa Ścierańskiego. Podczas ostatniej („Afryka”), temat został zagrany w unisonie na sax sopran i bas, a pod koniec mogliśmy usłyszeć pięknie rozbudowane solo na perkusji. Muzycy nie dali się niestety namówić na bis, ale cóż począć.... Nie wypada mi w żaden sposób porównywać pierwszej części do drugiej, ale trochę szkoda, że muzyka z debiutanckiego krążka Kobojka nie została odegrana w małym klubie przy lemoniadzie i w oparach dymu papierosowego, gdzie publika nie dałaby muzykom tak szybko zejść ze sceny.