Recomendar
Fri 12 Jun – Ethno Port Poznań Festival 2009
Druga edycja Ethno Portu zaliczona.
Mając już jakieś doświadczenie koncertowo-festiwalowe i punkt odniesienia do ubiegłego roku jestem zadowolony, jednak nie bez pewnego poczucia niedosytu.
Co się zmieniło w tym roku?
Po pierwsze, impreza rozciągnęła się do trzech dni. (Przysiągłbym, że rok temu trwała dwa:)). To dobrze, chociaż szczerze mówiąc wolałbym dwa bardziej wypełnione. Zespoły rozgrzewające nie zachęcały mnie do pojawienia się punktualnie na terenie festiwalu.
Cieszy to, że wykonawców było więcej niż przed rokiem oraz to, że organizatorzy w dalszym ciągu zachowują proporcje. Dalej jednak brakuje mi muzyki brazylijskiej, dalekowschodniej, czy choćby amerykańskiego folku. Przydałoby się więcej kameralnej, intymnej i bardziej organicznej muzyki. Pewnie to nie na ten festiwal.
Rozczarowali mnie polscy wykonawcy, z Żywiołakiem na czele. Znałem ich nagrania duzo wcześniej i spodziewałem się, że koncertowo wypadną świetnie. Tymczasem okazało się, że brzmią zupełnie jak jakieś remizowe dźwięki pod przytupy. Spora grupa fanów bawiła się świetnie i w kategoriach czysto rozrywkowych są spoko. Nie tego jednak oczekiwałem, przykro mi.
Za stary jestem, to oczywiste. ; ]
Edycja 2010 powinna przynieść koncerty takich polskich grup jak Osjan, Lautari, Dikanda czy Jorgi (to akurat zostało dość jasno zasugerowane na sam koniec imprezy ;-)), fajnie byłoby coś klezmerskiego obejrzeć i posłuchać. Bester Quartet byłby w sam raz. ;-)
Ciągnąc listę moich gorzkich żali muszę wyrazić ubolewanie nad pogodą podczas koncertu Gasparyana. Szkoda też, że było jeszcze tak jasno.
Z drugiej strony ciepły usmiech tego człowieka i jego radość z gry swojego wnuka po prostu rozczulała. Podobnie jak obecność w namiocie sporej grupy Ormian, w tym podobno znanej i przez to cholernie drogiej wróżki (woli nazywać się wizjonerką) pochodzącej z Armenii. Od strony muzycznej wspaniale, doskonale mi się odpływało, choć trochę wytrącała z nastroju aura. Po zamknięciu oczu dźwięki najgłośniejszego instrumentu tego koncertu, czyli namiotu, dawały jeszcze wyraźniej o sobie znać.
Zadziwiające, ale Mistrz podczes całego koncertu właściwie nic nie mówił. Czułem sie trochę jak na jakiejś rodzinnej ceremonii, tak jakby zachodziła na moich oczach wymiana pokoleń. Pomyślałem, że moje wnuki być może będą oklaskiwać kolejne pokolenie Gasparyanów.
Wiem, że byłoby to trudne, ale być może scena powinna się znajdować w jakimś drewnianym "namiocie". Byłoby bardziej etno, cieplej i intymniej. Taki częściowy outdoor niestety w tym roku się nie sprawdził.
Rzecz jasna pogoda wygoniła ludzi, których w ubiełym roku wcale nie było duzo mniej.
Iva Bittova też nie miała łatwego zadania. Towarzysząca jej pani Lisa dla mnie zdecydowanie pozostała w cieniu swojego wielkiego instrumentu i niesamowitej Czeszki. Humor, swoboda, seksapil i doskonałe dźwięki. Żałuję, że nie było mnie na koncercie w browarze.
Transglobale naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyli. Ich odpowiednikiem w 2008 roku był
Punjabi MC i akurat w tym wypadku 2009 wygrało.
Spoglądałem raz czy dwa podczas ich wystepu za siebie. Stojący jak drewniane tyki podczas takich koncertów ludzie stanowią dla mnie fenomen socjologiczny. Na szczęście nie jestem socjologiem, tylko filozofem i mogłem się spokojnie bawić, zamiast ich liczyć. Mówcie mi Zulu Łorjer. A za rok ściągnijcie Burakę, bo nie będzie mnie na Openerze.
Z tego miejsca pozdrawiamy Pana o wyglądzie bitnika, który bawił się lepiej niż Jezus w Kanie.
Mari Boine była bardzo okej, co prawda dla mnie zbyt jazzujaco, ale nie powiem, fajnie było. Zimno mi sie tylko robiło kiedy widziałem kobietę z Laponii owijającą się w koc ;-).
Cyganów niestety przyjmowałem na stojąco. W przyszłym roku pójdę pod scenę, obiecuję. Liczę bowiem na to, że znowu organizatorzy nie zrobią rewolucji (chociaż może i by się mała przydała) w formule festiwalu.
Malijczycy też byli w porządku. Niestety, to nie moje kalosze. Fajnie byłoby posłuchać Bongi czy czegoś z Ocory, jesli juz mówimy o Afryce. Habib Koité & Bamada za bardzo kojarzy mi się z audycjami Kydryńskiego.
Ostatni występ zasługuje właściwie na osobną recenzję.
Właściwie bez oczekiwań zasiadłem w namiocie, ponieważ muzyka ostatnich wykonawców była dla mnie zagadką, po czym moja dusza została rozpalona do czerwoności. Panowie rozpoczęli ze swoim etno-jazzem i w tym momencie byłem już pewien, że będzie co najmniej miło. Kiedy jednak na scenę weszła pani Houria Aïchi, z jaką pewnością siebie spojrzała na widownię, wtedy stało sie jasne, że będzie naprawdę gorąco.
No i było. Pełne erotyzmu i pasji aranżacje pieśni algierskich kawalerzystów w interpretacji francuskiego zespołu L'hijaz Car wspieranego pełną werwy diwą z kraju Berberów, transowe rytmy i w końcu odpowiednia aura musiały przynieść efekt w postaci wyjątkowo zadowolonej publiczności. Ostatni utwór przed bisowaniem był po prostu obłędny, kto był, ten wie.
Podobnej owacji nie dostał nikt podczas całego festiwalu, a i rok temu z tego co pamiętam nikt ich nie przebijał. Gdy kiedykolwiek będziecie mieli okazję iść na ich koncert, nie wahajcie się - są warci każdych pieniędzy!
To przywraca mi wiarę w ludzi.
Do zobaczenia za rok.
PS. Wardruna!
A dzie jest Wardruna?!
Jun 16 2009, 11h44
Fri 12 Jun – Ethno Port Poznań Festival 2009
Druga edycja Ethno Portu zaliczona.
Mając już jakieś doświadczenie koncertowo-festiwalowe i punkt odniesienia do ubiegłego roku jestem zadowolony, jednak nie bez pewnego poczucia niedosytu.
Co się zmieniło w tym roku?
Cieszy to, że wykonawców było więcej niż przed rokiem oraz to, że organizatorzy w dalszym ciągu zachowują proporcje. Dalej jednak brakuje mi muzyki brazylijskiej, dalekowschodniej, czy choćby amerykańskiego folku. Przydałoby się więcej kameralnej, intymnej i bardziej organicznej muzyki. Pewnie to nie na ten festiwal.
Rozczarowali mnie polscy wykonawcy, z Żywiołakiem na czele. Znałem ich nagrania duzo wcześniej i spodziewałem się, że koncertowo wypadną świetnie. Tymczasem okazało się, że brzmią zupełnie jak jakieś remizowe dźwięki pod przytupy. Spora grupa fanów bawiła się świetnie i w kategoriach czysto rozrywkowych są spoko. Nie tego jednak oczekiwałem, przykro mi.
Za stary jestem, to oczywiste. ; ]
Edycja 2010 powinna przynieść koncerty takich polskich grup jak Osjan, Lautari, Dikanda czy Jorgi (to akurat zostało dość jasno zasugerowane na sam koniec imprezy ;-)), fajnie byłoby coś klezmerskiego obejrzeć i posłuchać. Bester Quartet byłby w sam raz. ;-)
Ciągnąc listę moich gorzkich żali muszę wyrazić ubolewanie nad pogodą podczas koncertu Gasparyana. Szkoda też, że było jeszcze tak jasno.
Z drugiej strony ciepły usmiech tego człowieka i jego radość z gry swojego wnuka po prostu rozczulała. Podobnie jak obecność w namiocie sporej grupy Ormian, w tym podobno znanej i przez to cholernie drogiej wróżki (woli nazywać się wizjonerką) pochodzącej z Armenii. Od strony muzycznej wspaniale, doskonale mi się odpływało, choć trochę wytrącała z nastroju aura. Po zamknięciu oczu dźwięki najgłośniejszego instrumentu tego koncertu, czyli namiotu, dawały jeszcze wyraźniej o sobie znać.
Zadziwiające, ale Mistrz podczes całego koncertu właściwie nic nie mówił. Czułem sie trochę jak na jakiejś rodzinnej ceremonii, tak jakby zachodziła na moich oczach wymiana pokoleń. Pomyślałem, że moje wnuki być może będą oklaskiwać kolejne pokolenie Gasparyanów.
Wiem, że byłoby to trudne, ale być może scena powinna się znajdować w jakimś drewnianym "namiocie". Byłoby bardziej etno, cieplej i intymniej. Taki częściowy outdoor niestety w tym roku się nie sprawdził.
Rzecz jasna pogoda wygoniła ludzi, których w ubiełym roku wcale nie było duzo mniej.
Iva Bittova też nie miała łatwego zadania. Towarzysząca jej pani Lisa dla mnie zdecydowanie pozostała w cieniu swojego wielkiego instrumentu i niesamowitej Czeszki. Humor, swoboda, seksapil i doskonałe dźwięki. Żałuję, że nie było mnie na koncercie w browarze.
Transglobale naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyli. Ich odpowiednikiem w 2008 roku był
Punjabi MC i akurat w tym wypadku 2009 wygrało.
Spoglądałem raz czy dwa podczas ich wystepu za siebie. Stojący jak drewniane tyki podczas takich koncertów ludzie stanowią dla mnie fenomen socjologiczny. Na szczęście nie jestem socjologiem, tylko filozofem i mogłem się spokojnie bawić, zamiast ich liczyć. Mówcie mi Zulu Łorjer. A za rok ściągnijcie Burakę, bo nie będzie mnie na Openerze.
Z tego miejsca pozdrawiamy Pana o wyglądzie bitnika, który bawił się lepiej niż Jezus w Kanie.
Mari Boine była bardzo okej, co prawda dla mnie zbyt jazzujaco, ale nie powiem, fajnie było. Zimno mi sie tylko robiło kiedy widziałem kobietę z Laponii owijającą się w koc ;-).
Cyganów niestety przyjmowałem na stojąco. W przyszłym roku pójdę pod scenę, obiecuję. Liczę bowiem na to, że znowu organizatorzy nie zrobią rewolucji (chociaż może i by się mała przydała) w formule festiwalu.
Malijczycy też byli w porządku. Niestety, to nie moje kalosze. Fajnie byłoby posłuchać Bongi czy czegoś z Ocory, jesli juz mówimy o Afryce. Habib Koité & Bamada za bardzo kojarzy mi się z audycjami Kydryńskiego.
Ostatni występ zasługuje właściwie na osobną recenzję.
Właściwie bez oczekiwań zasiadłem w namiocie, ponieważ muzyka ostatnich wykonawców była dla mnie zagadką, po czym moja dusza została rozpalona do czerwoności. Panowie rozpoczęli ze swoim etno-jazzem i w tym momencie byłem już pewien, że będzie co najmniej miło. Kiedy jednak na scenę weszła pani Houria Aïchi, z jaką pewnością siebie spojrzała na widownię, wtedy stało sie jasne, że będzie naprawdę gorąco.
No i było. Pełne erotyzmu i pasji aranżacje pieśni algierskich kawalerzystów w interpretacji francuskiego zespołu L'hijaz Car wspieranego pełną werwy diwą z kraju Berberów, transowe rytmy i w końcu odpowiednia aura musiały przynieść efekt w postaci wyjątkowo zadowolonej publiczności. Ostatni utwór przed bisowaniem był po prostu obłędny, kto był, ten wie.
Podobnej owacji nie dostał nikt podczas całego festiwalu, a i rok temu z tego co pamiętam nikt ich nie przebijał. Gdy kiedykolwiek będziecie mieli okazję iść na ich koncert, nie wahajcie się - są warci każdych pieniędzy!
To przywraca mi wiarę w ludzi.
Do zobaczenia za rok.
PS. Wardruna!
