Recomendar
Venetian Snares - My Downfall (Original Soundtrack)
Nov 13 2008, 18h07
Przedostatnia recenzja z cyklu "Muzyczne podsumowanie 2007 – nadrabianie". Nie jest to materiał najświeższy, napisany kawał czasu temu, myślę jednak, że wciąż warty wrzucenia. Co do kwestii jaka recenzja będzie ostatnia; prędzej czy później zobaczycie. Powiem tylko jedno – spodziewajcie się płyty zajebistej.
---

Venetian Snares – My Downfall (Original Soundtrack) (8 października 2007)
W przypadku pana Aarona Funka, ciągłe zaskakiwanie nas stało się dla niego rutyną. Od wydania pierwszego longplaya – printf("shiver in eternal darkness/n"); - aż do teraz, światło dzienne ujrzało kilkanaście albumów. Za parę lat przyrostek z pewnością będzie można zamienić na "dziesiąt". Rozstrzał jego sposobów rozkładania naszych uszu na cząsteczki pierwszy jest także imponujący - trudno znaleźć gatunek muzyczny, jakiego ten kanadyjski brejkkorowiec by nie tknął.
"My Downfall (Original Soundtrack)" był zapowiadany przez samego Snaresa jako album mający niewiele wspólnego z muzycznym rozpierdolem, za to wiele z muzyką klasyczną; nie na darmo doszukiwano się kontynuacji Rossz Csillag Alatt Született. Po prezentowanych na myspace utworach wiadomo było, że szykuje on coś nietypowego, nawet jak na jego pokręcone, pocięte i przesterowane muzyczne szlaki. A raczej wkracza na nowe, zmierzające w przeciwną stronę...? No, w tym miejscu może trochę przesadziłem. Prawda jest taka, iż prawda leży pośrodku.
Album ten najkrócej można opisać dwoma słowami - breakcore klasyczny. Choć klasyka dominuje nad breakcorem, jeśli ten już się pojawia, łomocze konkretnie.
The Hopeless Pursuit Of Remission,
Integraation,
My Half,
My Crutch (wybaczcie za wyliczankę) są niczym pełne napięcia klasyczne kompozycje, gdzie zamiast pełnej orkiestry eksplodują pocięte perkusyjne sample, tworząc iście "rozpaczliwy" klimat. Fani mózgo-uszogwałtów mogą być jednak rozczarowani - nie uświadczą tu rzezi pokroju Making Orange Things czy Winnipeg Is a Frozen Shithole. Co nie zmienia jednak tego, że wspomniane kawałki są dobre, acz żaden z nich nie ma czegoś, co nazwałbym "szczytowaniem Snaresa".
Co do utworów "bezbitnych" - jak wcześniej wspomniałem, ilością przeważają nad sieczeniem. Większość z nich to krótkie kompozycje, w których głowną rolę pełnią chóry (
colorless,
room 379,
if I could say I love you) i skrzypce (wszystkie cztery "Holló Utca",
Picturesque Pit). Pianino pojawia się jedynie w krótkim, zamykającym krążek
Mentioning It. O ile gustujący w muzyce klasycznej i filmowej nie będą mieli zbytnich trudności z przyswojeniem wrażliwszej strony Snaresa, lubiący wystawiać swój mózg na gwałt hałasu będą musieli dać im czas i szansę. Jeśli im się uda, dobrze na tym wyjdą.
Odpowiedzmy teraz na pytanie - jak "upadek" ma się do "złej gwiazdy"? Na korzyść dla różnorodności Snaresa – nieco się różni. Rana, z której zieje wewnętrzna pustka zostaje pogłębiona, gdzieś natomiast uszła samobójcza ropa muzyczna. Gęstość i budowa cząsteczek substancji żałobnej także uległy zmianie. Nawias pojawił się przy nazwie albumu nieprzypadkowo - jest tu sporo orkiestralnej "filmowości" i własciwie każdy numer możnaby wykorzystać jako element ścieżki dźwiękowej jakiegoś filmu. Dobrze także, że "My Downfall" nie jest drugą częścią Rossza - taki zabieg byłby, jak dla mnie, plamą na jego honorze zaskakiwacza.
Przyznam szczerze, że na początku album mi się nie podobał - wszystko po prostu zlewało się w jedno. Sam musiałem dać mu czas i szansę, co zaowocowało przyswojeniem porcji smacznych eksperymentalnych brzmień. I mimo, że nie jest to najwyższa półka - zarówno snaresowska jak i muzycznie w ogóle, na górnych z pewnością znajdzie się miejsce dla tego krążka.
---

Venetian Snares – My Downfall (Original Soundtrack) (8 października 2007)
W przypadku pana Aarona Funka, ciągłe zaskakiwanie nas stało się dla niego rutyną. Od wydania pierwszego longplaya – printf("shiver in eternal darkness/n"); - aż do teraz, światło dzienne ujrzało kilkanaście albumów. Za parę lat przyrostek z pewnością będzie można zamienić na "dziesiąt". Rozstrzał jego sposobów rozkładania naszych uszu na cząsteczki pierwszy jest także imponujący - trudno znaleźć gatunek muzyczny, jakiego ten kanadyjski brejkkorowiec by nie tknął.
"My Downfall (Original Soundtrack)" był zapowiadany przez samego Snaresa jako album mający niewiele wspólnego z muzycznym rozpierdolem, za to wiele z muzyką klasyczną; nie na darmo doszukiwano się kontynuacji Rossz Csillag Alatt Született. Po prezentowanych na myspace utworach wiadomo było, że szykuje on coś nietypowego, nawet jak na jego pokręcone, pocięte i przesterowane muzyczne szlaki. A raczej wkracza na nowe, zmierzające w przeciwną stronę...? No, w tym miejscu może trochę przesadziłem. Prawda jest taka, iż prawda leży pośrodku.
Album ten najkrócej można opisać dwoma słowami - breakcore klasyczny. Choć klasyka dominuje nad breakcorem, jeśli ten już się pojawia, łomocze konkretnie.
Co do utworów "bezbitnych" - jak wcześniej wspomniałem, ilością przeważają nad sieczeniem. Większość z nich to krótkie kompozycje, w których głowną rolę pełnią chóry (
Odpowiedzmy teraz na pytanie - jak "upadek" ma się do "złej gwiazdy"? Na korzyść dla różnorodności Snaresa – nieco się różni. Rana, z której zieje wewnętrzna pustka zostaje pogłębiona, gdzieś natomiast uszła samobójcza ropa muzyczna. Gęstość i budowa cząsteczek substancji żałobnej także uległy zmianie. Nawias pojawił się przy nazwie albumu nieprzypadkowo - jest tu sporo orkiestralnej "filmowości" i własciwie każdy numer możnaby wykorzystać jako element ścieżki dźwiękowej jakiegoś filmu. Dobrze także, że "My Downfall" nie jest drugą częścią Rossza - taki zabieg byłby, jak dla mnie, plamą na jego honorze zaskakiwacza.
Przyznam szczerze, że na początku album mi się nie podobał - wszystko po prostu zlewało się w jedno. Sam musiałem dać mu czas i szansę, co zaowocowało przyswojeniem porcji smacznych eksperymentalnych brzmień. I mimo, że nie jest to najwyższa półka - zarówno snaresowska jak i muzycznie w ogóle, na górnych z pewnością znajdzie się miejsce dla tego krążka.
