RSS
  • 2013 - toplist

    Dez 28 2013, 20h39

    list of my fav. albums from 2013


    40. Grouper - The Man Who Died In His Boat
    39. Kvelertak - Meir
    38. Laurel Halo - Chance of Rain
    37. Forest Swords - Engravings
    36. Barn Owl - V
    35. Rebeka - Hellada
    34. Stellar OM Source - Joy One Mile
    33. Jessy Lanza - Pull My Hair Back
    32. The Joy Formidable - Wolf's Law
    31. G-Dragon - Coup D'etat
    Girls' Generation - I Got a Boy
    30. Buke and Gase - General Dome
    29. NYPC - NYPC
    28. Run The Jewels - Run The Jewels.
    27. My Bloody Valentine - mbv
    Nisennenmondai - N
    26. Death Grips - Government Plates
    25. Stara Rzeka - Cień Chmury Nad Ukrytym Polem
    24. f(x) - Pink Tape.
    23. The Knife - Shaking The Habitual
    22. Jon Hopkins - Immunity
    21. きゃりーぱみゅぱみゅ ー なんだこれくしょん
    20. Veronica Falls - Waiting For Something To Happen
    19. Lee Okkyung - Ghil
    18. Emptyset - Recur
    17. Savages - Silence Yourself
    16. Thee Oh Sees - Floating Coffing
    15. Clipping - Midcity
    14. The Dillinger Escape Plan - One Of Us Is The Killer
    13. Carcass - Surgical Steel
    12. Julianna Barwick - Nepenthe
    11. M.I.A. - Matangi
    10. CHVRCHES - Bones of What You Believe
    9. Deafheaven - Sunbather
    8. Samuel Kerridge - A Fallen Empire
    7. The Haxan Cloak - Excavation
    6. Factory Floor - Factory Floor
    5. Pharmakon - Abandon
    4. Fuck Buttons - Slow Focus
    3. Melt-Banana - Fetch
    2. Julia Holter - Loud City Song
    1. Chelsea Wolfe - Pain Is Beauty

    singles/EPs:
    1. Pete Swanson - Punk Authority (EP)
    2. Laurel Halo - Behind The Green Door (EP)
    3. Girls' Generation - I Got a Boy
    4. AfterSchool - First Love (mini)
    5. Helena Hauff - Actio Reactio (EP)
    6. Katie Gately - Katie Gately (EP)
    7. Chelsea Wolfe - Prayer for the Unborn (EP)
    8. 2NE1 - Falling In Love
    9. Crayon Pop - Dancing Queen
    10. Galcher Lustwerk - Tape 22 (EP)
    11. Burial - Rival Dealer (EP)

    honorable mentions:

    Pinkunoizu - The Drop
    Black Sabbath - 13
    Chthonic - Bu-Tik
    나인뮤지스 - PRIMA DONNA
    Vatican Shadow - Remember Your Black Day
    Paramore - Paramore
    Bring Me The Horizon - Sempiternal
  • za długa i zbyt nudna recenzjorelacja z off 2013. nie polecam 2/10

    Ago 7 2013, 13h48

    Czw 1 VIII – OFF Festival 2013


    Dla mnie off zaczął się w piątek o 17coś kiedy to przyjechałem na teren festiwalu (w sobote i niedziele byłem już trochę przed 17 ale za rok się postaram żeby zobaczyć więcej polskich wykonawców, oby pogoda była bardziej łaskawa - wtedy to już w ogóle)

    I tenże off zaczął się koncertem Uncle Acid and The Deadbeats. Koncertem całkiem niezłym, jak przystało na doomostonery był piach, gorąc i troche ciężaru więc całkiem przyzwoicie, ale na płytach było jeszcze brudniej więc tu taki mały minus. Tak czy siak, bardzo konkretne granie, może nie jakieś mega odkrywcze no ale nie o to tutaj chyba chodziło. Potem przeniosłem się do eksperymentalnego namiotu na Dope Body. Całkiem fajnie zagrali, może troche za dużo rzeczy których nie znałem (czyt. z pierwszej płyty) ale i tak spoko. Stałem pod sceną więc było gorąco czasami i zaraz po koncercie wydawało mi się, że było ekstrafajnie, ale jak teraz o tym gigu pomyślę to stwierdzam, że AŻ TAK super to nie było. Nawet jakoś teraz to nie mam ochoty ich już słuchać za bardzo. Następnie obejrzałem występ The Soft Moon. Tu również znałem tylko drugą płytę, ale o dziwo bardziej podobały mi się kawałki których nie znałem (szczególnie ostatni, bo chyba był z tej pierwszej). Ale ogólnie to trochę to może zbyt jednostajne wszystko było. Niemniej pozytywnych (stałem na szarym końcu więc to też mogło mieć jakiś wpływ na odbiór) wrażeń doznałem. Miałem niby iść na Cloud Nothings ale jakoś mi nie żal.
    Teraz w końcu pierwszy koncert na który naprawdę bardzo czekałem - Buke and Gase - bardzo sympatyczna para z ameryki, grająca na własnoręcznie przerobionych instrumentach (Arone gra na na barytonowym ukulele z (chyba) gryfem 3/4 akustyka i wpiętą elektroniką a Aron na hybrydzie basu i gitary) + efekty i stopa. I taka dwójka wystarczy żeby to wszystko ładnie obsłużyć i zaserwować bardzo dobry, magiczny wręcz koncert. Brzmiało to wszystko jak trzeba - brud z instrumentów przebity genialnym, czystym wokalem który serwuje linie godne popowych hiciorów. Właśnie niesamowita sprawność w operowaniu instrumentami mi się u nich (szczególnie u niej) podobała. Zawsze fajnie zobaczyć technikę gry połączoną z niesamowitą wrażliwością słyszaną w utworach.
    Zbig z Miczami i innymi muzykami. No cóż... koncert myślę całkiem udany, może brakowało mi tu jakiegoś miczowego szaleństwa w aranżacjach ale i tak było dobrze. Nie każdemu się musi to oczywiście podobać, ale każdy powinien umieć docenić, że jakby nie patrzeć, zebrało się grono świetnych muzyków z Łodekim na czele i podali najzwyczajniej w świecie muzyczną ucztę, pełną solidnie zagranych i pomyślanych dźwięków. No i sam Zbig - miło było zobaczyć na żywo jego samego i jego ewidentną radość jaką mu sprawił ten występ, a także jego niepodważalne muzyczne umiejętności (tu trąbka, tam skrzypce i ANI JEDNEGO fałszu przez cały koncert). Po prostu (i może teraz ludzie się skapną, że może poza pewnymi oczywistościami to nie ma czegoś takiego jak "nie pasuje do offa")
    Guardian Alien - drugi i ostatni z tych które absolutnie musiałem obejrzeć w piątek. Koncert mną po prostu wstrząsnął. To było jak przeżycie duchowe; dwa długie prawie 30-minutowe jamy (tzn. to pierwsze to było coś bardziej gotowego chyba ? niech mnie ktoś poprawie jak się myle) ale oba genialne. Znów miałem do czynienia ze sprawnością muzyczną (Fox c'nie) a i tym razem to wszystko było pełne uniesień, czułem się dosłownie jak w transie. Poza tym, fajnie wi(e)dzieć, że ci ludzie na scenie są tak samo zaangażowani jak ci pod/przed nią. Na co dostałem dowód rozmawiając już po wszystkim z panią od wokaliz na efektach czyli Alex Drewchin (nie będę się rozwodził, ale po tej rozmowie wiem, że dla nich te występy naprawdę się liczą) takich miłych emocji mi brakowało właśnie.
    Dynie i Alunę z Jerzym przeczekałem w strefie gastro gdzie pierwszy i ostatni raz kupiłem piwo (no dobra, w niedziele jeszcze jedno bo musiałem a była 3 już więc...) Ale z tego co tam spod głównej się wydobywało podejrzewam, że jednak za wiele nie straciłem a dynie i tak zawsze były dla mnie nudne (AG od momentu jak ich znam też nudy).
    Odwołali Haxana więc myslałem przez chwile żeby w ogóle wracać ale jednak się zreflektowałem i poszedłem na jakieś 20 minut Laurel Halo i cóż... naprawdę chcę, ale nie potrafię zrozumieć fenomenu tej dziewczyny. Całe szczęście, że zaserwowała set, czyli coś co bardziej przypomina ostatnią epkę, która jest w miare do słuchania a nie np rzeczy z koszmarnego LP, była dość sprawna ze swoim sprzętem, ale nie potrafiło mnie to zatrzymać na dłużej i w miarę szybko się zmyłem, poszwędałem się tu i tam i kiedy naprawdę miałem się zbierać to znajomy przekonał mnie jeszcze na Shackleton i nie żałuję, że dałem się przekonać. Wixa była konkretna, jak jebło basem to ino roz, trochę się pogibałem i ten dziwny pan w bezbłędnej stylówie (propsy za czapkę rybaczkę) był jednym z najmilszych zaskoczeń na tegorocznym offie. I teraz już do dom.

    W sobotę przybyłem trochę wcześniej (może byłbym wcześniej jakbym tyle nie spał) i wbiłem na występ zespołu Furia. Hehe black metale tego typu na żywo to ostatnio w 1 liceum chyba widziałem, ale było całkiem spoko. Trochę skopane, niezbyt selektywne nagłośnienie ale zagrali to wszystko jak trzeba, szczególnie podobały mi się te klimatyczne wstawki w ich utworach (sorry, ale jeśli idzie o repertuar to jestem zielony prawie), które niestety nie były tak klimatyczne jak być powinny przez wszechogarniający gwar ludzkich paszcz głownie spoza namiotu. Ale i tak wszystko bardziej trv od tego no, jak mu tam, behemotha.
    METZ - absolutnie jeden z moich highlightów, bardzo na nich czekałem i nie zawiodłem się. Pod sceną zrobił się lekki łutstok, ale bardzo mi to pasowało i panom z Metz chyba również, bo ich muzyka jak najbardziej do takiej jazdy pasuje. W końcu mogłem sobie poszaleć, podrzeć ryja śpiewając teksty no istne szaleństwo po prostu. Energia, świetny set, nawet pora mi aż tak bardzo nie przeszkadzała chociaż wiadomo, że wieczorem byłoby lepiej. W każdym razie bilet na koncert we Wrocławiu raczej kupię i będzie nawet lepiej chyba niż na offie (minus mały za kilo kurzu w ryju i we włosach no ale czego się nie robi...) Miałem w tym momencie naprawdę iść na KTL ale jakoś tak zeszło na czatowaniu i pogadance z 2/3 metz i pójściu do reala się umyć; trochę żałuje no ale co pan zrobisz itd.
    Wróciłem na zdecydowaną większość tej Tajlandzkiej wiksy i powiem, że również pozytywnie się zaskoczyłem. Może nie było to niewiadomo co, ale i nóżką tupnąłem i się parę razy uśmiechnąłem baaardzo pozytywne granie działające jak jakiś enerdży drynk, okejka.
    Brutal Truth - buahah, niejedne grajndy na żywo widziałem i tu było dokładnie to co być powinno. Szybka, konkretna jazda bez trzymanki żadnych zbędnych smęceń i przemów (ale konferansjerka i tak udana). Nawet chwile się pobawiłem pod sceną ale nie za długo bo chciałem do tej prawie trzeciej przeżyć ten dzień. Nagłośnienie, przynajmniej w mojej ocenie, nie było jednak najlepsze; gitara gdzieś tam strasznie uciekała czasami. Stylówka Kevina oczywiście najlepsza ever, nawet szaklton go nie pobił.
    Julia Holter - to jest moc offa, że w jednej chwili jestem na 'najbrutalniejszym' koncercie na całym festynie, a zaraz potem przenoszę się na absolutnie najpiękniejszy (pod wieloma względami) koncert. I tak właśnie było. Jedno z moich duuuużych oczekiwań i ponownie brak zawodu. Set fajnie zbalansowany między płytami + nowe, świetne (szczególnie ta druga) kompozycje. Julia od początku to była dla mnie postać niezwykła, jakby z innej planety a ten koncert potwierdził jej niezwykłość. Piękny widok spod samej sceny - możliwość obserwowania jej i chopaków i jaką radość im sprawia granie przed publicznością i w ogóle wszystko. Julia to przy tym postać niezwykle charyzmatyczna i z poczuciem humoru. Mówiła niewiele ale jak już mówiła to wprawiała tym mnie i prawie wszystkich w namiocie w jeszcze większy zachwyt. Tak, przyznaje, że ją kocham, mam na nią crush itd. no ale jak nie mieć panie premierze. Co do samego koncertu jeszcze to: było wolno i marzycielsko, było szybciej, energicznie, było cicho i było głośno (ten drugi nowy numer - ładne jazdy na smykach i bębnach pod koniec) było po prostu genialnie. Nie da się też ukryć, że te kawałki z Ekstasis i w ogóle wszystkie przearanżowane na instrumenty smyczkowe to był strzał w 10. Brzmią w tych wersjach po prostu niesamowicie, nawet lepiej niż na płycie. I to jej prawie-własna robota na dodatek (ach ci muzycy z dyplomami) to już w ogóle kosmos. Jak tak sobie do tego dodam krótką, ale zawsze, rozmowę i zdjątko na pamiątke z nią to już w ogóle jestem w niebie i czekam na powrót (6 raz w Polsce... podejrzewam, że nie ostatni)
    Po tym niezwykłym wydarzeniu byłem trochę w amoku i nie wiedziałem co ze sobą zrobić więc chwile postałem przy Bohren... ale chyba nie poczułem tego klimatu więc ze strefy gastro, pijąc coś dziwnego (nie piwo) podsłuchiwałem coś Skalpela no ale za wiele o tym powiedzieć nie mogę.
    GY!BE - w sumie pierwszy prawdziwy headliner dla mnie i mam mieszane uczucia. Ogólnie było bardzo fajnie, muzycznie, szczególnie na Mladic i Moya to było mistrzostwo świata (nie licząc słyszalnego soundchecku Zeni Geva i kłapiących podludzi) bo to było coś co bardzo dobrze znałem jak grali to następne to już gorzej ale i tak było epicko. Poza tym coś co wszyscy zachwalają, czyli bardzo sugestywne, idealnie wpasowujące się wizualizacje no klimatyczne to to wszystko było, nie powiem. Ale właśnie szczególnie w tej drugiej części koncertu nie byłem chyba tak skupiony jak powinienem być. Nie wiem dokładnie przez co (Julia ?), może pora, może coś innego ale ten koncert mnie raczej nie odmienił (co zrobił inny tego dnia) jak to sugerował opis na stronie offa.
    Zeni Geva - łaaaał. KK i ośmioręki Yoshida. Dwóch sympatycznych i oczywiście groźnych (jak to Japończycy tylko mogą) ludzi dali koncert którego brakowało mi do tego momentu na tegorocznym offie. Czyli metalowe połamańce z różnymi nojzowymi czy jazzowymi (w formie) naleciałościami. Po raz n-ty zostałem zmiażdżony na tr. offie umiejętnościami technicznymi muzyków. Wiadomo, że nie jest to najważniejsze no ale jak się to odpowiednio serwuje to efekt musi być dobry. No i jak na legendę przystało, po prostu ZG skopali wszystkim dupy i tyle w temacie. Widać, że wszystkim się podobało, ale (nie żebym był czepialski) niektórych to za podśmichujki z KK to bym wyjebał z tego namiotu, a może po prostu źle to odebrałem. W każdym razie wielki szacun się ZG należy i już.

    Niedziela zaczęła się dla mnie od Rebeki ; koncert był badzo udany. Mimo upału dało się trochę potańczyć, poskakać i takie tam. Wszystko było bardzo solidnie zagrane, bez zgrzytów. W ogóle uważam, że to jedna z lepszych rzeczy w polskiej muzyce ostatnio i potwierdzili to na scenie. Duży plus.
    Tres.b - no tak na razie było za różowo i tutaj chyba pierwszy jako-taki fail. Pamiętam ich jeszcze jak u wojewódzkiego na koniec jednego z programów grali i z jakichś toptrendów czy coś. No i niestety był to pierwszy koncert na który poszedłem i mi się za bardzo nie podobało. Trochę to takie nudne, bez polotu a jak już się zaczęło rozkręcać to się okazało, że to już koniec (tak ostatnie 3 utwory mnie porwały bardziej) szkoda.
    Japandroids - znam tylko Celebration Rock i jak grali materiał z tego to się cieszyłem, ale jak grali pierwszą płytę to też było super. Bardzo fajne ziomki, zagrali świetnie. Był czad, garaż i takie tam (riff z enter sandman na koniec wywołały niemałe zadowolenie publiczności co było... ciekawe) Po takim koncercie raczej nikogo nie odstraszyli bo płyty mogą się wydawać nie takie porywające aż, ale na żywo są świetni.
    Thee Oh Sees - w końcu - NAJLEPSZY bezwzględnie koncert na offie. Nie ma się co rozwodzić. Kto był (szczególnie bliżej sceny) to wie, że było genialnie. Energia, moc, charyzma, szaleństwo i dzikość serc - oni mają na żywo po prostu wszystko co powinien mieć rockowy zespół. JEBIE mnie, że grali na eksperymentalnej mimo iż "nie powinni" chociaż mówić, że nic nie kombinują to też moim zdaniem nie można. Ja tam się cieszę bo to idealny zespół do klubu a scena eksp. ze względu na swoje gabaryty najbardziej oddawała klubową atmosferę, co się odbiło na przyjęciu koncertu ze strony widzów (wiadomo o czym mowa). No i ten, Mike rzucił mi pałkę perkusyjną którą złapałem. Petey Dammit to zajebisty koleś (fociunia, yeees) a Brigid to najfajniejsza babka na świecie i tyle w temacie (rozmowa ok 10 min. wystarczy żeby to stwierdzić; i kolejna fociunia). 10/10 (pierwsza i ostatnia ocena hehe)
    Deerhunter - po najlepszym koncercie ewer byłem całkiem zamroczony i cały czas niezwykle podjarany więc tak sobie jednym uchem wlatywali a drugim wylatywali, ale całkiem przyjemnie się tego słuchało w tle. A bałem się, bo to co słyszałem przed off było tak cholernie nudne, że... W ogóle to miałem iść na Fire! ale po TOS nie byłem w stanie ze sobą zrobić czegokolwiek więc jakoś tak wyszło..
    Goat - WOW, nie mam pytań. Jeden z lepszych koncertów również, a na pewno najmilsze zaskoczenie z tego na co nie do końca planowałem iść. Na żywo 1000x lepiej niż na płycie no ale tego się można było spodziewać. Voodoo ze Szwecji zawładnęło mną kompletnie po prostu istna magia. Mieć taką charyzmę i tak obcykany image - noo do tego trzeba mieć łeb; ale muzyka i tak broni się sama. Niestety najbardziej żałuję, że zmyłem się tak 15 minut przed końcem żeby zając "dobre" (wiem, żal fchuj) miejsce na mbv no i dostałem nauczkę.
    My Bloody Valentine - no właśnie... Tu mam chyba największy dylemat bo oczekiwałem od tego koncertu chyba najwięcej a dostałem hmm może nie najmniej ale zdecydowanie mniej niż chciałem. Pomijam kwestię które wzbudziły najwięcej kontrowersji. Dodam tylko, że bardzo chciałem (przed offem) żeby to był dla mnie najlepszy koncert tegorocznej edycji, ale nie będę się oszukiwał i muszę sobie szczerze powiedzieć, że bardziej podobały mi się występy od których oczekiwałem mniej (to może dlatego ?) lub po których się nie spodziewałem, że wywrą na mnie AŻ TAKIE wrażenie (Holter, TOS, Metz, VF, w sumie Goat itd.) No nic, jeśli będzie następny raz to na pewno pójdę na mbv z bardziej chłodnym nastawieniem.
    Veronica Falls - dla niektórych kolejny 'niewypał' jeśli chodzi o miejsce, innym się podobało coś jeszcze innego ale ja mam teorię, że jeśli ktoś ich bardzo lubi i wiedział czego oczekiwać to nie miał prawa się zawieść. Tak właśnie miałem ja. Jeden z moich highlightów. Oba albumy bardzo lubię i bardzo sobie cenię (a nie słucham za dużo tego typu rocka, jeszcze może ze 2 podobne kapele) i na koncercie poza największymi "hitami" z obu płyt znalazły się te mniej znane również z czego byłem bardzo zadowolony. Mogłem się jeszcze wyszaleć, pośpiewać teksty - no świetna rzecz po prostu. Jeden z najlepszych, dla mnie, koncertów tej edycji. No i jako, żem człowiek rozmowny co lubi robić zdjęcia (normalnie to nie, ale takich okolicznościach) to odbycie miłych rozmów z Patrickiem, Roxanne (która wyczarowała dla mnie kostkę + sweet focia-check) i przede wszystkim z fellow bassist Marion (jaka ona introwertycznie urocza i fajna to się nie da opisać) z którą się trochę zbyt długo zagadaliśmy (gosh, jak ja się chwalę tymi zdjęciami... znowu), było dla mnie jednym z najlepszych pokoncertowych przeżyć.
    Fatima i Austra za laptopem - po VF musiałem trochę ochłonąć więc zdążyłem tylko na jakieś 20 minut seta Fatimy i jakież było moje zdziwienie kiedy zamiast muzyki przypominającej tą z jej epki, która mi się bardzo spodobała, po wejściu do namiotu usłyszałem gangsta rapy zesmashowane z dance-popową elektroniką prawie jak z eski z jakimiś innymi domieszkami. Chociaż o dziwo okazało się to całkiem dobre. Co prawda nie miałem za bardzo ochoty na taką muzykę i takie atrakcje po tym co się wydarzyło w ostatnie parę godzin ale w innych okolicznościach myślę, że zabawa byłaby przednia. Co do setu tej z Austry to był fajny, może nie idealny na koniec festiwalu, ale fajny.


    Borze zielony jakie to długie. Jak ktoś to jakimś cudem przeczyta to dostaje mentalne piwo albo mogę z nim przybić piątkę przez internet. Pisałem to jednak głównie dla siebie żeby niejako "zmyć" z siebie tego offa bo mimo iż już 3 dzień po, to ja wciąż tym wszystkim żyję. To była zdecydowanie moja najlepsza edycja i jak na offa przystało to nie headlinerzy stanowili dla mnie główną siłę. Po ostatniej edycji jednakże powiedziałem sobie, że z tej wycisnę jak najwięcej się da i chyba mi się to udało.
    W sprawach organizacyjnych nie będe powtarzał tego co już wszyscy pisali i z czym się w większości zgadzam. Co do warunków na polu to nie wiem, nie byłem, ale w gastro standardowo za drogo. Rozpiska prawie idealna. Nagłośnienie natomiast miejscami kulało a w szczególności na głównej gdzie cały czas miałem wrażenie, że jest za cicho (nie licząc Zbiga gdzie nie było może głośno ale trochę za dużo gejna miejscami). Ale tak czy siak, jest to dla mnie najlepszy pod wieloma względami festiwal muzyczny w Polsce i już.
    (bez kitu pozdrawiam wszystkich, którzy tu dotrwali).

    edit (21.10.2013) - teraz jestem fanem Laurel Halo tak dal jasności (chociaż Quarantine dalej nie ogarniam)