Kolejna edycja Heineken Open'er Festival przeszła do historii. Pod wieloma względami była ona przełomowa - pierwszy raz w Gdyni pojawiło się aż tylu ludzi (prawie 70 tysięcy), po raz pierwszy można też uznać, że Open'er wszedł do europejskiej ścisłej czołówki. Najlepiej zaświadczyli o tym sami uczestnicy, którzy potrafili przebyć do Gdyni setki, bądź tysiące kilometrów - Polacy, Brytyjczycy, Ukraińcy, Węgrzy, Rosjanie, Litwini, czy nawet Portugalczycy.
Przyjazd oraz DZIEŃ 1.
Było sporo obaw. Od samego rana Trójmiasto było doszczętnie zalane, a dostanie się do centrum Gdańska graniczyło z cudem, ponieważ woda sparaliżowała miasto. Media straszyły, ale dobre nastroje spowodowały, że nawet wizja brodzenia po kolana w błocie nie polu na była nam taka straszna. Po przyjeździe na Babie Doły ze zdumieniem zobaczyliśmy, że teren jest jedynie wilgotny i bez większych problemów namioty zostały wbite. Nastąpiła wyczekiwana pełna integracja. ; )
Skupiamy się jednak na muzyce, a ta zabrzmiała w Gdyni dnia następnego. Wszystko zaczęło się od 17-ej, koncertem polskiej formacji old time radio. Przyznam bez bicia, że zespołu przed koncertem nie znałem, ale po występie - chcę więcej. ; ) Brzmienie na pograniczu elektroniki, post-rocka, wzbudziło u mnie skojarzenia z Sigur Ros, przy zachowaniu oczywistych różnic i proporcji. Koncert relaksujący, przyjemny, a sam zespół jest dla mnie jedną z największych pozytywnych niespodzianek. Tylko jeden apel do członków zespołu - więcej pewności siebie! Czuło się, że członkowie grupy wręcz przepraszają za to, że występują na Heinekenie, a przecież było to kompletnie nieracjonalne. Nie ja jeden po występie wbijałem sobie w pamięć nazwę grupy do szuflady "sprawdzić ich bliżej". : ) Za występ powinni zaś przepraszać (a paradoksalnie - nie zamierzali) The Car Is on Fire. Ze sceny wiało nudą, publiczność nie bardzo wiedziała jak się zachować i w powietrzu wisiało niezręczne pytanie - "kiwać się, czy stać na baczność?". Brakowało charyzmy, która od biedy może uratować przeciętny koncert, niestety, członkowie grupy nie za bardzo byli w stanie nawiązać kontakt z publicznością. I tyle o tym koncercie, bo i zapewne szybko o nim zapomnę. Po The Car Is On Fire przyszedł czas na kolejny przeciętny koncert, wzbudziło to we mnie pewne rozczarowanie (cholera, drugi z rzędu?!). Mam na myśli Renton. Począwszy od tego, że dyskutowałbym z umieszczaniem ich na Main Stage, po stwierdzenie, że się tam po prostu "spalili". Zgoda, przy paru kawałkach noga chodziła szybciej, ale ten koncert był dla mnie synonimem słowa "przeciętniactwo". Ot, nawet ubiór zaczerpnięty od Franz Ferdinand, bo że brzmienie też, to rzecz oczywista. Kiedy Polacy opuścili scenę, przyszedł czas na koncert, który wzbudzał ogromne emocje jeszcze przed rozpoczęciem - Arctic Monkeys. Zapewne fani rozpiszą go na tysiąc sposobów z naciskiem na detale, ja jako osoba postronna i trzeźwo patrząca na zespół (moje nastawienie do niego jest w pełni neutralne), powiem tak - było nieźle. Zgoda, problemy techniczne odrobinę zakłóciły klarowność przekazu (brawa dla fanów grupy za brak gwizdów i cierpliwość, to się ceni), ale nie za bardzo to przeszkadzało - skakało się bardzo przyjemnie, poza tym, bez względu na pogląd i gust - Arctic Monkeys są jednym z zespołów pokoleniowych dzisiejszych nastolatków, czy to nam się podoba, czy nie. Bez opadu szczeny na ziemię, ale wrażenie po występie Alexa i kumpli jest dobre. Koncert, który bezapelacyjnie zachwycił miał jednak dopiero nadejść. Mówię oczywiście o Basement Jaxx. Niektórzy patrzyli na mnie z pewnym zdziwiniem przed koncertem ("do diabła, czemu on jest taki podekscytowany?"), ale zapewne pół godziny później nawet najwięksi maruderzy skakali w rytm "Good Luck", czy "Where's Your Head At". Show totalne, odbiór totalny (jak spojrzałem kątem oka na telebim i ujrzałem obraz na którym nieprzebrana masa skacze w górę - miałem ciary), niesamowita charyzma, taniec, brzmienie. Tradycyjnie znane utwory przeplatały się z kawałkami przerobionymi nieomalże nie do poznania. Basement, uwielbiam Was od dawna, ale moja miłość po tym koncercie jeszcze przybrała na sile. Mimo, że był to pierwszy dzień - po koncercie wracałem naprawdę zmęczony i szczęśliwy, że jestem w Gdyni.
DZIEŃ 2.
Wielu - w tym ja - określało jego skład przed festiwalem mianem najsłabszego na tegorocznym Open'erze. Bawiłem się jednak w piątek bardzo, bardzo dobrze, jestem zaskoczony in plus! Zacząłem w namiocie na awangardowym Paristetris. Były trzaski, wrzaski, brzmienie nieregularne, pozbawione chwytliwego refrenu. Pozytywne wrażenie zrobiła w szczególności wokalistka - świetny głos, wyczucie rytmu, nie bez znaczenia jest też doskonała prezencja. ; ) Paristetris wygrali tym koncertem zainteresowanie sporej grupki ludzi i mimo, że nie określiłbym go mianem wybitnego - będę bez wątpienia obserwował rozwój zespołu. Po występie pobiegłem usłyszeć Superxiu na scenie Young Talents. Dzięki Bogu nie okazali się kolejnym nudnym klonem Franz Ferdinand, zespół nadaje brzmieniu swoją "rysę". Ciężko mimo wszystko się o nim rozpisywać - dobry indie rock, ale mamy tego na rynku jednak bardzo dużo. Po Superxiu dalej polskie akcenty, ale już z naleciałościami brytyjskimi. ; ) Mowa o FlyKKiller. Jako, że tegoroczny Open'er pozbawiony został pierwszoligowego trip-hopu (za rok koniecznie to nadrobić, drodzy panowie z Alter Art), występ był przeze mnie bardzo oczekiwany. Pati wokalnie dała radę, na przekór wielu krytycznym opiniom o jej umiejętnościach w tej materii. Zadowolony byłem tym bardziej, że Flykkiller nie ograniczył się do powielania w całości nagrań z krążka, czuć było ducha występu na żywo i pewnej improwizacji. Mogę śmiało powiedzieć, że tym koncertem grupa, a w szczególności Pati - zrobili mi dobrze. ; ) O 20-ej po raz pierwszy tego dnia stawiłem się pod Main Stage na Gossip. Zgoda, każdy o tym pisze, ale i ja muszę - Beth Ditto jest po prostu cudowna. Nie wiem ile ta kobieta waży, ale byłem pod wrażeniem jej pewności siebie, braku jakichkolwiek kompleksów, lekkiego kroku. Szacunek wzbudza też charyzma Beth - od razu zdobyła przychylność publiczności i wciągnęła ją do świetnej zabawy. Koncert miał parę słabszych momentów i przestojów, ale ogólnie wrażenie jest zdecydowanie pozytywne. Uderzające jest to w jakim stopniu Ditto dominuje na scenie - grupa jest praktycznie niewidoczna przy swojej wielkiej ciałem i duchem liderce. ; ) Świetne show (szczególnie zejście do publiczności!), a moje gardło, które zregenerowało się po Basement Jaxx ponownie dostało w kość. Bynajmniej nie odpoczęło na kolejnym koncercie - Duffy. Szczerze? Szedłem bardziej pod kątem zdobycia dobrego miejsca na koncert Crystal Castles, a w efekcie końcowym bujałem się na koncercie Brytyjki ze sporym podziwem skierowanym wobec jej głosu. Niesamowity wokal, umiejętność poruszania się po wielu tonacjach. Duffy sprawiała wrażenie odrobinę nieśmiałej, nie złapała kontaktu z publiką niczym Ditto, ale wzbudziła sympatię widowni. No i miło było pośpiewać "Rockferry", cholera jedna wie skąd znałem cały tekst, nie ten jeden raz na HOFie złapałem się zresztą na zaskoczeniu tego typu. ; ) Tyle jednak o Duffy, bo piątek zakończyłem wielce oczekiwanym Crystal Castles. Przed koncertem moja opinia o ich płycie była letnia, ale po zobaczeniu w Sieci zapisów występów - koniecznie chciałem tam być i to w dobrym miejscu. Powiem niezbyt ładnie - Alice, kochana, byłem rozjebany! Szaleństwo, totalna utrata kontroli, pierwotne dźwięki, które wzbudzały równie pierwotne reakcje (wściekłe krzyki, skoki z całych sił, wychodziłem z namiotu bez koszulki... ; d), do tego ta gra świateł! Cudo, jeden z tych koncertów, które powodują, że na dany zespół patrzysz całkiem inaczej - mówię to, słuchając podczas pisania tego tekstu właśnie Crystal Castles.
DZIEŃ 3.
Sobota, nareszcie sobota! Obsada była w rzeczy samej imponująca. Show zaczął Fisz Emade. Mimo, że mam ponad 1000 scrobblingów Fisza - byłem szczerze zaskoczony! Gdy występował z Heavi Metal Tour w małym klubie gdzie go ostatnio widziałem było bardziej sennie, spokojnie, zaś na Heinekenie zdecydowanie szybciej, momentami wręcz rockowo, co pokazało, że Waglewscy świetnie potrafią dopasować granie do sytuacji i otoczenia. Koncert dał radę. ; ) Ręka sama chodziła przy "Imitacje", czy "30 cm", nawet kawałki z nowej płyty, którą zwykłem krytykować, zabrzmiały dobrze, co spowodowało, że chyba dam jej drugą szansę. Po koncercie udałem się na World Stage na Madness. Szczerze przyznam, że w tym wypadku nie poświęciłem zespołowi 100% uwagi (wtajemniczeni pamiętają... ;d), ale dobrze sprawdzili się jako tło. Relaksująca chwila czillautu przed występami wyższej rangi, dobrze chyba się stało, że wylądowali na World Stage, a nie na Mainie, na scenę główną są według mnie jednak za słabi. Potem czas na żywą legendę - Faith No More. Są koncerty na które trzeba pójść bez względu na pewne rozbieżności gustu. Nie słucham tego typu muzyki zbyt często, ale i tak występ zrobił na mnie spore wrażenie - oczywiście Mike Patton nawiązał doskonały kontakt z publicznością. Mam się czym chwalić przed potomnymi, a i wielkie brawa dla Alter Art za wywalczenie obecności grupy na Open'erze, obcokrajowcy z którymi rozmawiałem podkreślali, że w ich oczach nadało to festiwalowi dużo prestiżu. Myślami uciekałem jednak cały czas w stronę Pendulum, którego ogłoszenie przez Ziółkowskiego spowodowało, że zdecydowałem się kupić karnet. Było mocno, szybko, potwornie energetycznie. Ze sceny dobiegały krzyki "Lose control" i tak właśnie się na tym koncercie działo - totalna utrata kontroli, tradycyjnego myślenia, liczyła się tylko muzyka i to żeby skoczyć wyżej i krzyknąć głośniej. Coś nieprawdopodobnego, szczególnie pod sceną. Czuję, że gdy lato minie i będę zawalony pracą, nie raz z sentymentem wrócę do tego koncertu, był dla mnie kwintesencją poczucia wolności. Po Pendulum biegłem do namiotu. Przydało się regularnie uprawianie tegoż sportu, dotarłem na M83 stosunkowo szybko. Niestety, straciłem "Kim & Jessie", ale "Skin of the Night" i w szczególności "Colours" wprowadziły mnie w trans. Stałem wymęczony po Pendulum i łapałem każdą pojedynczą nutę. Świetne aranżacje, były pokłony i dla brzmień ambientowych i dla shoegaze. Muzyka z najwyższej półki, jak to się zwykło mawiać, nie do słuchania, a do doznawania. ; ) Szkoda tylko, że występ trwał zaledwie ok. godzinę. Nastąpiła ewakuacja do namiotu i sen, który po raz pierwszy trwał więcej niż 3,5 godziny - trzeba było zebrać siły na niedzielę z potężnym line-upem.
DZIEŃ 4.
Jak to rano zaśpiewaliśmy - "Ta ostatnia niedzielaaaaa". Ale za to jaka! Rozkład jazdy na scenach niczym na Glastonbury, niezwykle przydatna okazałaby się umiejętność teleportacji. Napięcie było czuć od rana, każdy chciał już wylądować pod scenami! Zacząłem na Main Stage, grał mój polski numer jeden - O.S.T.R.. Ciężko mi się wypowiadać, bo i mam niejednoznaczną opinię o koncercie. Z jednej strony - bawiłem się na wielu kawałkach doskonale, z drugiej zaś momentami byłem... zażenowany. Ostry chyba odrobinę przesadził z alkoholem, jego pieprzenie było naprawdę męczące. Pewne rozbawienie mogło wzbudzać bojowo wykrzyczane "Jebać komercję". Wszystko ładnie i pięknie, ale dziwnie zabrzmiało to na HEINEKEN Open'er Festival, na festiwalu gdzie karnet kosztuje 340 złotych, a duża część ludzi szasta kasą na prawo i lewo. Pominę już fakt, że sam O.S.T.R. był tradycyjnie w bardzo antykomercyjnej koszulce Reeboka, która kosztuje w sklepie dobrą stówę. Ale dobra, jebać komercję. ;) Grunt, że koncert był niezły, pozwolił się rozkręcić. Po Adamie pognałem na Buraka Som Sistema. Lubię ich debiutancki album, liczyłem na dobrą zabawę, ale nie liczyłem na aż tak dobry występ! Słowo klucz występu - energia. Latałem w powietrzu na niezłych wysokościach, klimat był naprawdę gorący, a muzyka doskonale korespondowała z piękną pogodą. Do tego piękne Polki zaproszone na scenę (dziewczyny, byłyście świetne! ; d), parę fajnych pomysłów zespołu (zejście w dół, a potem wyskok na raz). Wybawiłem się tak, że po koncercie naprawdę solidnie czułem stawy i musiałem popędzić coś zjeść. Ale jako się rzekło - teleportacja by się przydała, bo trzeba było szybko wracać na World Stage do Santigold. Buraka Som Sistema swoim genialnym występem na tyle podbiła poprzeczkę, że występ Santi ocenię jako niezły, ale nie rewelacyjny. Były kawałki ze świetnej debiutanckiej płyty, można było pokręcić biodrami przy "Creator" czy "Say Aha", sama Santigold też musiała swoim obcisłym ubiorem poruszyć wyobraźnię. ;) Pełen szacunek też dla tancerek - co one tam robiły! Tak potrafią się ruszać chyba tylko ludzie z czarną skórą i odpowiednimi genami. Trzy świetne koncerty za nami, ale nie mamy czasu złapać oddechu, bo pędzimy na osławione Kings of Leon. I tutaj będzie nagana od wujka Kubusia - nie podobało mi się! Z tego co słyszałem, sprowadzenie KOL było ponoć ogromnym wyzwaniem organizacyjnym i wymagało dużego wysiłku, kompletnie nie było tego wielkiego klimatu czuć ze sceny. Zespół sprawił według mnie wrażenie jakby chciał ten koncert, mówiąc kolokwialnie, "odpykać". Brzmiało to identycznie jak muzyka z płyt zespołu, zero inwencji, marny kontakt z publicznością. Zgoda, przyjemnie było pokrzyczeć na "Sex On Fire", czy "Use Somebody", ale po zespole, któremu poświęca się tyle uwagi spodziewałem się zdecydowanie więcej. Wymowne jest zresztą to, że publiczność nie domagała się zbyt głośno bisów. Może hiperbolizuję i w grę wchodzi też to, że byłem potwornie zmęczony, ale Kings of Leon okazało się dla mnie największym rozczarowaniem - może zespół jest w moich oczach po prostu ofiarą szału medialnego na swoim punkcie? Moją opinię umocnił kolejny koncert, który swoją wysoką jakością kontrastował z KOL - Placebo. I tutaj przyznam, że po występie poczułem się trochę zawstydzony. Zdarzało mi się nie raz i nie dwa wypowiadać o grupie i jej frontmenie ironicznie, a tymczasem koncert naprawdę mi się podobał. Siedziałem pod telebimem, a to jak wybrzmiał głos Briana Molko określić można chyba tylko słowem magia. Czego by nie mówić o wizerunku tego człowieka, posiada niesamowity talent. Cały koncert był zresztą naprawdę klimatyczny. W powietrzu wyczuwało się już jednak pewien smutek - HOF powoli dobiegał końca, zostało tylko The Prodigy. Prodigy, które zresztą jak zawsze okazało się świetne. Dawka energii jaka popłynęła ze sceny była imponująca, zabrzmiały wszystkie kawałki, które chciałem usłyszeć, jedyny negatywny akcent był zaś dziełem części publiczności. Wokalista poprosił o zejście na dół (podobnie zrobiono na Buraka Som Sistema) i pierwsze w rzędy w rzeczy samej to zrobiły, ale z tyłu można było usłyszeć okrzyki dezaprobaty i gwizdy. Brak słów, jeżeli ktoś był tak nastawiony, może lepiej było w ogóle się nie wybierać i nie psuć ogólnego wrażenia? :) Ale w mojej głowie ten występ i tak był fantastyczny i The Prodigy są po prostu żywą legendą grania na żywo. Gdy niebo zaczęło się przejaśniać i występ dobiegał końca - poczułem cholerny, cholerny smutek. Open'er dobiegł końca, zostało tylko odtańczenie z przypadkowo napotkanymi ludźmi "Love Is In The Air", które było dla mnie kwintesencją tego festiwalu i serdeczności napotkanych ludzi - byliście cudowni. ;)
NAJLEPSZE KONCERTY
1. Basement Jaxx
2. Crystal Castles
3. Buraka Som Sistema
4. Pendulum
5. The Prodigy
ROZCZAROWANIA
1. Kings of Leon
2. The Car Is On Fire
3. Madness (jednak odrobinę rozczarowanie)
I jeszcze krótki wątek osobisty - wielkie dzięki dla wszystkich z którymi się bawiłem - Asia, Paula, obie Moniki, dla ekipy z Rybnika (w szczególności dla Martyny - nie każdy zna osobę, która prawie przez pomyłkę dostała wpierdol od ochroniarza na Santigold, haha!), dla Iwony, ludzi z mojego Kwidzyna, dla Adama z Przemyśla, dla Karoliny (rozmawialiśmy ponad 5 minut!), Doroty, dla Szkotów, dla wszystkich o których tu nie napisałem, bo zapomniałem! Długo będę pamiętał też słynne - Ruda Kurwa Stage, nasze szoł Ostre Sucze Nocą, przeróbkę "Klanu", Beatę i Bajm, nasz balon Kunia, którego Asia wkręciła w wiatrak w House (: DDD).
... Aha, do cholery, nie jestem podobny do Moby'ego.
Do zobaczenia za rok! :)