Potargane szare myszki, zawodowcy w swoim hydrauliczno-wszelako-naprawczym fachu, dostały wczoraj nagły telefon w bardzo nagłej sprawie. Oczywistym faktem było więc, że nie mogą z tym zwlekać. Cięższy osprzęt ze względu na czas i utrudnione warunki pracy (tak klient przynajmniej twierdził) musieli zostawić - pomimo tego nadal dźwigali ze sobą sporo profesjonalnych narzędzi.
Pierwsza z nich - Pan A - biegł szybko na przodzie. To on zajmował się przyjmowaniem zleceń i w kwestiach specjalizacji zajmował się transportem. Na nosie miał swoje ulubione malutkie okulary z drutu i szkiełek - jak spora część myszy był krótkowidzem. Ciągle potrząsał pyszczkiem, poprawiając je by nie zsunęły się z nosa. Na plecach dźwigał małe zawiniątko, które śmiesznie brzęczało w rytm biegu.
Drugi hydrauliczno-wszelako-naprawiacz to Pan B. (Zresztą każdy z nich już na początku działalności wybrał sobie krótkie i profesjonalne imię, by zaoszczędzić czasu i zyskać na reputacji.) Jako największy osiłek w okolicy, jego zawiniątko było największe. Biegł spokojnie nie patrząc na boki. Chwilowo zajęty był strzepywaniem kilku kropelek mleka, które ostały mu się na wąsach po porannym śniadaniu. Dodatkową trudność sprawiała mu zapałka, która wypadła mu w połowie drogi do chodniczka - musiał nieść ją teraz w pyszczku (schowa z powrotem do zawiniątka przy najbliższym postoju).
Pan C - największy lekkoduch z całej trójki rozglądał się ciekawie na obie strony - wypatrując jakiś wcześnie wstających myszek. Trudno mu było pogodzić się z faktem, że są chyba jedynymi, którzy w tej chwili jeszcze nie dosypiają sobie na drugim boczku. Cieszył się jednak, że chociaż zdążył skubnąć kawałek krakersa przy wyjściu. Bardzo nie lubił być głodny.
Pan A obrócił się na chwilę, zobaczyć, czy nie zgubił swoich kompanów. Przekonał się, że musi chwilkę poczekać, więc zerknął jeszcze szybko na mapę, by zastanowić się nad ewentualnym skrótem. Możliwe było, że o tej porze roku wyjście przed garażem będzie suche. Bał się jednak podejmować tak ryzykowną trasę - szczególnie, że chwilowo mieli trochę czasu w zapasie. Zwinął mapę, przewiązał sznurkiem i schował. Skinął na drewniany mostek po prawej stronie i znów ruszył w drogę.
Droga krętymi chodniczkami za ścianą prowadziła do odległej - mało zamieszkanej części domu. Jako, że nie były to drogie grunty, a właściciele ostatnio sprowadzili do domu psa, który dostatecznie dokucza kocurowi chodziły pogłoski o nadciągających falach nowych mysich mieszkańców. Pan A był zadowolony z takiego obrotu sprawy - nowe mieszkanka nie miały ani doprowadzonej wody, ani wyciętych okienek i drzwiczek. Oznaczało to sporo nowych zleceń na ich konto.
Wspięli się po drucianej sprężynie na środkową belkę ściany i wzdłuż niej, omijając wystające łepki gwoździ dotarli do wygryzionej dziury - wejścia do kuchni. Domownicy jeszcze smacznie spali, więc droga wzdłuż blatu, za zlewozmywakiem była bezpieczna. Dotarcie na drugą stronę nie zajęło im dużo czasu - całe szczęście naczynia były już dawno schowane do szafek i nie musieli przeciskać się przez pełną suszarkę. Pan C spojrzał tęsknie na pudełko płatków kukurydzianych, wiedział jednak, że nie ma czasu na postoje. Wbiegli do szafeczki, w której był wygryziony otwór w ściance i po opartej o belkę listewkę zbiegli z powrotem na chodnik. Byli już niedaleko, więc Pan A trochę zwolnił tempa i zaczął się baczniej przyglądać okolicy. Szukał korytarza numer 19, w którym to czekała na nich praca.
Zatrzymali się przy sporym pudełku po butach, które w jakiś niewiadomy sposób dało się tutaj zmieścić. Pan A wyciągnął z pakunku notes i upewnił się, że to właściwy adres. Odsapnęli chwilę przy termosie z ciepłą herbatą i wzięli się do roboty.
Pan A zaczął mierzyć sznurkiem metrycznym cały plac budowy i notując w notesie kolejno liczby, w głowie rachował już zależności i inne fachowe rzeczy. Narysował kawałkiem kredy na metalowej rurze z wodą kilka kropek po czym jedną zaznaczył mocniej. Tutaj do akcji wkroczył Pan C z wiertłem zamontowanym w prawieautomatyczną wiertarkę własnej produkcji. Wybrał ostrożnie miejsce, ustawił się odpowiednio i zaczął wiercić. W tym czasie Pan B wyciągnął już zawartość swojego bagażu: gumowa rurka, korek po szampanie, kilka zszywaczy, cztery pinezki, kawałek sznurka i taśmy klejącej. Otwory na drzwiczki i okienka pudełko po butach już posiadało - wystarczyło więc doprowadzić doń wodę.
Wygryzanie dziur to zajęcie niełatwe, ale Pan B był prawdziwym fachmistrzem w tej dziedzinie. Spojrzał z grubsza na kredowe rysunki pana A i według nich zaczął "wycinać" w ściance otwór.
W tym czasie pan B zaczął budowę drucianego stelażu podtrzymującego zakorkowany wąż na wodę. Była to precyzyjna czynność, więc by wszystko było zrobione perfekcyjnie, pracował przy wbitej w ziemie płonącej zapałce. Światło łagodnie przemykało po zwojach drutu, który miał w łapkach.
Gdy tylko pan C zdołał się prawieże przebić przez metalową ściankę rury z wodą, zawołał swoich kompanów, by byli gotowi na szybką akcję "podłączania". Z pomocą gumy do żucia przymocowali zakorkowaną rurę, która leżała pewnie na drucianym stelażu do otworka - z którego w ostatniej chwili zostało wyjęte wiertło. następna część polegała już tylko na odpowiednim umieszczeniu końca rury w otworze ściennym - który właśnie na tą potrzebę był odrobinę większy niż powinien.
Zostało jeszcze tylko dodanie wygodnych uchwytów i zamaskowanie kilku niedociągnięć i praca była skończona.
Można było wrócić na kolację, po drodze wpadając do zleceniodawcy, by wręczyć rachunek za usługi..
:-*


