• Trzy

    Jul 4 2007, 5h08

    Trzy małe stworzonka przemknęły zaściennym chodniczkiem. Była jeszcze bardzo wczesna pora, więc w tym całym pośpiechu i myśleniu, by zabrać wszystko co potrzebne jakoś ominęły grzebień.
    Potargane szare myszki, zawodowcy w swoim hydrauliczno-wszelako-naprawczym fachu, dostały wczoraj nagły telefon w bardzo nagłej sprawie. Oczywistym faktem było więc, że nie mogą z tym zwlekać. Cięższy osprzęt ze względu na czas i utrudnione warunki pracy (tak klient przynajmniej twierdził) musieli zostawić - pomimo tego nadal dźwigali ze sobą sporo profesjonalnych narzędzi.
    Pierwsza z nich - Pan A - biegł szybko na przodzie. To on zajmował się przyjmowaniem zleceń i w kwestiach specjalizacji zajmował się transportem. Na nosie miał swoje ulubione malutkie okulary z drutu i szkiełek - jak spora część myszy był krótkowidzem. Ciągle potrząsał pyszczkiem, poprawiając je by nie zsunęły się z nosa. Na plecach dźwigał małe zawiniątko, które śmiesznie brzęczało w rytm biegu.
    Drugi hydrauliczno-wszelako-naprawiacz to Pan B. (Zresztą każdy z nich już na początku działalności wybrał sobie krótkie i profesjonalne imię, by zaoszczędzić czasu i zyskać na reputacji.) Jako największy osiłek w okolicy, jego zawiniątko było największe. Biegł spokojnie nie patrząc na boki. Chwilowo zajęty był strzepywaniem kilku kropelek mleka, które ostały mu się na wąsach po porannym śniadaniu. Dodatkową trudność sprawiała mu zapałka, która wypadła mu w połowie drogi do chodniczka - musiał nieść ją teraz w pyszczku (schowa z powrotem do zawiniątka przy najbliższym postoju).
    Pan C - największy lekkoduch z całej trójki rozglądał się ciekawie na obie strony - wypatrując jakiś wcześnie wstających myszek. Trudno mu było pogodzić się z faktem, że są chyba jedynymi, którzy w tej chwili jeszcze nie dosypiają sobie na drugim boczku. Cieszył się jednak, że chociaż zdążył skubnąć kawałek krakersa przy wyjściu. Bardzo nie lubił być głodny.

    Pan A obrócił się na chwilę, zobaczyć, czy nie zgubił swoich kompanów. Przekonał się, że musi chwilkę poczekać, więc zerknął jeszcze szybko na mapę, by zastanowić się nad ewentualnym skrótem. Możliwe było, że o tej porze roku wyjście przed garażem będzie suche. Bał się jednak podejmować tak ryzykowną trasę - szczególnie, że chwilowo mieli trochę czasu w zapasie. Zwinął mapę, przewiązał sznurkiem i schował. Skinął na drewniany mostek po prawej stronie i znów ruszył w drogę.

    Droga krętymi chodniczkami za ścianą prowadziła do odległej - mało zamieszkanej części domu. Jako, że nie były to drogie grunty, a właściciele ostatnio sprowadzili do domu psa, który dostatecznie dokucza kocurowi chodziły pogłoski o nadciągających falach nowych mysich mieszkańców. Pan A był zadowolony z takiego obrotu sprawy - nowe mieszkanka nie miały ani doprowadzonej wody, ani wyciętych okienek i drzwiczek. Oznaczało to sporo nowych zleceń na ich konto.

    Wspięli się po drucianej sprężynie na środkową belkę ściany i wzdłuż niej, omijając wystające łepki gwoździ dotarli do wygryzionej dziury - wejścia do kuchni. Domownicy jeszcze smacznie spali, więc droga wzdłuż blatu, za zlewozmywakiem była bezpieczna. Dotarcie na drugą stronę nie zajęło im dużo czasu - całe szczęście naczynia były już dawno schowane do szafek i nie musieli przeciskać się przez pełną suszarkę. Pan C spojrzał tęsknie na pudełko płatków kukurydzianych, wiedział jednak, że nie ma czasu na postoje. Wbiegli do szafeczki, w której był wygryziony otwór w ściance i po opartej o belkę listewkę zbiegli z powrotem na chodnik. Byli już niedaleko, więc Pan A trochę zwolnił tempa i zaczął się baczniej przyglądać okolicy. Szukał korytarza numer 19, w którym to czekała na nich praca.

    Zatrzymali się przy sporym pudełku po butach, które w jakiś niewiadomy sposób dało się tutaj zmieścić. Pan A wyciągnął z pakunku notes i upewnił się, że to właściwy adres. Odsapnęli chwilę przy termosie z ciepłą herbatą i wzięli się do roboty.

    Pan A zaczął mierzyć sznurkiem metrycznym cały plac budowy i notując w notesie kolejno liczby, w głowie rachował już zależności i inne fachowe rzeczy. Narysował kawałkiem kredy na metalowej rurze z wodą kilka kropek po czym jedną zaznaczył mocniej. Tutaj do akcji wkroczył Pan C z wiertłem zamontowanym w prawieautomatyczną wiertarkę własnej produkcji. Wybrał ostrożnie miejsce, ustawił się odpowiednio i zaczął wiercić. W tym czasie Pan B wyciągnął już zawartość swojego bagażu: gumowa rurka, korek po szampanie, kilka zszywaczy, cztery pinezki, kawałek sznurka i taśmy klejącej. Otwory na drzwiczki i okienka pudełko po butach już posiadało - wystarczyło więc doprowadzić doń wodę.
    Wygryzanie dziur to zajęcie niełatwe, ale Pan B był prawdziwym fachmistrzem w tej dziedzinie. Spojrzał z grubsza na kredowe rysunki pana A i według nich zaczął "wycinać" w ściance otwór.
    W tym czasie pan B zaczął budowę drucianego stelażu podtrzymującego zakorkowany wąż na wodę. Była to precyzyjna czynność, więc by wszystko było zrobione perfekcyjnie, pracował przy wbitej w ziemie płonącej zapałce. Światło łagodnie przemykało po zwojach drutu, który miał w łapkach.

    Gdy tylko pan C zdołał się prawieże przebić przez metalową ściankę rury z wodą, zawołał swoich kompanów, by byli gotowi na szybką akcję "podłączania". Z pomocą gumy do żucia przymocowali zakorkowaną rurę, która leżała pewnie na drucianym stelażu do otworka - z którego w ostatniej chwili zostało wyjęte wiertło. następna część polegała już tylko na odpowiednim umieszczeniu końca rury w otworze ściennym - który właśnie na tą potrzebę był odrobinę większy niż powinien.
    Zostało jeszcze tylko dodanie wygodnych uchwytów i zamaskowanie kilku niedociągnięć i praca była skończona.

    Można było wrócić na kolację, po drodze wpadając do zleceniodawcy, by wręczyć rachunek za usługi..

    :-*
  • takietam o robaczkach i chłopczykach..

    Fev 9 2007, 2h19

    .. odstawił kaganek na niziutką szafeczkę stojącą po prawej (pewnie jakiejś pannie zawadzała, bo raczej dziewczęca taka jest). Drobinki kurzu uniosły się w powietrze, uciekając jakby w mrok nie oświetlonej części pomieszczenia. Przyjrzał się regałowi stojącemu przed nim - bukowe szufladki były w niej bardzo liczne. Podrapał się po głowie i na chwilę wstrzymał oddech nasłuchując, czy nie obudził się któryś z domowników. Schodził po tych starych drewnianych schodach bardzo, bardzo powoli - żeby nie skrzypiały - nie narobił hałasu, ale wolał się upewnić.
    Pochylił się nad środkowymi szufladami i przetarł złoty znaczek na jednej z nich - "37". Szukał "24", więc szybko zorientował się jaki numerek jest ponad pierwszym sprawdzonym i (na wszelki wypadek) jaki jest pod nim. Tymczasem kaganek delikatnie i mozolnie płonął nieruchomym płomieniem. Stare archiwum było zatęchłe i.. stare - toteż w powietrzu czuć było zaduch (ale nie taki jak w kwiaciarni - słodki, ciężki zapach setek kwiatów).
    Podłoga skrzypnęła, gdy przykucnął przy jednej z dolnych szuflad (tych po lewej). Ostrożnie wysunął ją z regału - drewno było bardzo stare, więc musiał uważać, by nie wyrwać mosiężnego uchwytu. Sięgnął po kaganek (bo pochylił się teraz niżej od szafeczki i prawie nic nie widział) i przysunął go bliżej zaglądając do wnętrza szuflady. W środku pod stertą starych pożółkłych listów i jakiś rękopisów leżało ukryte małe puzderko. Jeszcze o tym nie wiedział, bo było zawinięte w grubą ciemną chustę (ale domyślał się co jest w środku). Nie tracąc czasu schował zawiniątko za pazuchę i nie bacząc już na zacieranie śladów swojej bytności skierował się ku wyjściu.
    Miał ogromną ochotę wybiec stąd jak najszybciej, ale dobrze wiedział, że musi wyjść powoli i spokojnie - tak by nikt się nie zbudził. Tłumił to uczucie w sobie, aż do dotarcia na górę schodów (aż mu kostki zbielały od zaciskania piąstek).
    Teraz drzwi, pokój gościnny, jadalnia i przez kuchnię omijając chrapiącego lokaja przez okno na podwórze..

    Zeskakując z muru okalającego rezydencję o mało nie wpadł w jeżyny rosnące nieopodal. Przykucnął dysząc pod chłodną ścianą cegieł i wygrzebał zza połów płaszcza zawiniątko. Odrzucił chustę na bok. Trzymał w rękach mały szklany słoiczek. Podniósł go trochę wyżej i spojrzał pod światło (księżyca). W środku znajdowało się jakieś małe coś. Udało się - pomyślał.
    Potrząsnął chwilkę słoiczkiem, aż ze środka zaczęło wydobywać się niebieskawe światełko. Wewnątrz odbijając się o ścianki latał mały owad, wydając przy tym dźwięki podobne do cichych dzwoneczków (przyłożył na chwilę słoiczek do ucha, by posłuchać).
    Czas na Ciebie, mój mały przyjacielu - powiedział sobie w duchu. Odkręcił zakrętkę słoika i podnosząc go wysoko w niebo dał małemu robaczkowi wygramolić się na zewnątrz i z delikatnym dźwiękiem dzwoneczków odlecieć w dal.

    Muszę odzyskać jeszcze trzy, by odwrócić zaklęcie - wykalkulował w głowie. Przeciągnął się i ziewnął - ale wpierw co innego mam na głowie. Ruszył wolnym krokiem w stronę placu z fontanną, położonego kilka ulic dalej..

    :-*
  • - - -

    Jan 9 2007, 17h38

    Nie pamiętam skąd się o tym dowiedziałem, ale ciut ponad miesiąc temu można było wypełniać formularz na stronie www.thewitcher.com, by otrzymać darmową kartkę świąteczną :-)

    Dzisiaj po powrocie do domu zastała mnie niespodzianka - list z CD Projekt -> w środku śliczna kartka z podpisem 'Head of Production' gry ;-)

    Nieważne ;-) I tak Cię Kocham :-*

    (pokażę Ci niedługo <przytul2>)
  • Okno

    Nov 2 2006, 10h04

    Ani fajne, ani ładne, ani zgrabne ;-) Możesz sobie wydrukować i zabić czas w drodze do szkoły autobusem, czy cosik.
    Pytanie zatem - po co to pokazuję. Przeczytaj wpierw to zoabczysz po co :-*
    Nio dobra, właściwie to tak do końca bez sensu to nie jest. Wiąże się trochę z tym tam co kiedyś napisałem.
    Ale ładne nie jest - z pewnością.

    Dzień pochmurny w porze raczej porannej – ten z typu “cholerna pogoda”, jak mawiają ludzie. Wiatr szybko przegania bury dywan po niebie. Wygląda to niczym miliardy rzymskich zaprzęgów o zimnych barwach, które ktoś przeniósł do świata dzisiejszego i kazał uczestniczyć w jakimś ogromnym korku niebo-ulicznym. A raczej wyglądałoby, bo mało ludzi na tym globie jest w stanie zmyśleć podobną bzdure. Kwestia gustu – chwilowo wyjątkowo nieważna.
    Wyglądam przez okno mojego małego mieszkania na trzecim piętrze. Nie dość, że otwór w ścianie jest raczej małym otworem, to muszę dzielić przestrzeń życiową z dwiema doniczkami. Nieraz myślę sobie, czy może nie szturchnąć którąś łokciem, by spadła na głowę jakiemuś złemu człowiekowi. Oczywiście mam raczej na myśli ten mniejszy i zasadniczo nieładny – rzekłbym nawet chwast. Tylko skąd ja ci wezme kogoś złego o tej porze roku? Nie, ten pomysł racji bytu najnormalniej w świecie nie ma. Z okienka roztacza się niezbyt rozległy widok (bo czy piękny to już nie mi osądzać), obejmujący przeciwległą 'ścianę kamienic' i ulice z chodnikiem w dole. Jeśli chodzi o pierwszy element to niezbyt wiele da się powiedzieć – większosć mieszkańców chyba nie bywa zbyt często w swych mieszkaniach, bo okna wszystkie pozamykane cały rok na cztery spusty. Rzadko cokolwiek ciekawego się dzieje w tym rejonie widoku okiennego, więc raczej spoglądam w te strony. Natomiast jeśli rozchodzi się o drugi element – tutaj jest już dużo lepiej. Jest wiele ciekawych szczegółów: przystanek autobusowy, sam chodnik i jego 'mieszkańcy', ruchliwa nawet ulica, sklep mięsny, odzieżowy i narzędziowy. Ten element posiada dużo większe prawdopodobieństwo na występienie ciekawych zdarzeń, wartych spędzenia tych kilku godzin przy oknie.
    Dziś wstałem dosyć wcześnie. Przeszedłem leniwie przez rutynowy proces poranny: prysznic wraz z kilkoma innymi wcale zabawnymi czynnościami z zakresu higieny osobistej, dobór ubioru, sprawdzenie poczty, szybkie i nieciekawe śniadanie, aż wreszcie kubek na herbatę z czajnikiem pełnym gorącego płynu plus krzesełko przy okiennym stoliku (tutaj mam swój komputer, gdzie piszę artykuły do gazety – ale że o pracy w towarzystwie nie mówię toteż o tym aspekcie mojego życia wspominać nie będę).
    Wyglądanie przez okno jest fajne całkiem. Trochę nudnawe, mało inteligentne i średnio edukacyjne, ale mi odpowiada.
    Czasem można dostrzec coś dosyć niespotykanego. Jak choćby bójkę na parasolki między dwoma pozornie nieszkodliwymi staruszkami, napad na sklep mięsny lub walkę kompletnie pijanej nastolatki z grawitacją. Pojawia się pytanie czemu przykładowe sceny należą do raczej patologicznych i nieładnych zachowań. A bo ja wiem.. pewnie za dużo telewizji, czy innych pokemonów.
    [...]
    Koło południa przystanek (ze strony lewej) minęła dziewczyna. Myślę, że było to dziewczę przynależące to subkultury “punk”. Na nogach oczywisty atrybut w formie glanów, do tego kabaretki na nogach i rękach. Poza tym spódniczka w szkocką kratkę, jakaś czarna bluzka, sztuczne żęsy, dziwny makijaż i czerwone krótkie włosy. No dobrze – powiesz, że w sumie (może oprócz tych plastykowych żęs) wszystko ładnie do siebie pasuje. Ja ci na to powiem 'omne simile est dissimile'. Nieważne.
    [...]
    Trochę później pogoda się pogorszyła ciut poprzez pojawienie się mżawki. Jakiś facet zaczął się kłócić z rzeźnikiem o świeżość zakupionego rankiem drobiu. Ponoć jego przyjaciel, który jest lekarzem stwierdził, że jest to mięso trzydniowe i nieświeże. Ciekawe, czy wie, że raczej ma małe szanse na wskóranie czegokolwiek. Wszyscy w okolicy wiedzą, że rzeźnik to duży uparty chłop, były olimpijczyk i przy okazji uczciwy facet.
    [...]
    Ulice już puste. O tej porze roku ciemno robi się o tak wczesnej porze, że właściwie człowiek nie zauważa. Mżawka nadal robi swoje. Pada znaczy się. Z góry na dół – jak by to powiedziała moja matematyczka z podstawówki. Dziwna kobieta swoją drogą.
    Trochę chłodniej się robi niż w ciagu dnia było (choć też niezbyt ciepło), całe szczęście kaloryfer mam po swojej stronie.
    Cisze przerywają obcasy wystukujące rytm w oddali (ale na tyle blisko by nie być 'szmerem nocnym'). Dziwne - wydaje się, że takie coś można usłyszeć tylko w filmach z dorabianym dźwiękiem, a trafia się mi na żywo. Po dłuższej chwili – gdy odgłosy butów (i chodnika, który w tym procesie uczestniczy w sumie też) narastały – zza narożnika sąsiadki 'mojej' kamienicy wyłania się mężczyzna – a na pewno postać biegnąca dosyć szybko i trzymająca coś za pazuchą. Jest to niecny właściciel tych dźwięków rytmicznych. Biegnie w stronę dworca, z góry nie mogę określić wieku, ulubionego koloru i innych tego typu zabawnych rzeczy. Dostrzegam kominiarkę i kurtkę typu 'wojskowa lotnicza z okresu II wojny światowej' koloru czarnego. Podążając za stereotypowym sposobem myślenia (telewizja uczy takich rzeczy, a ja posiadam własny telewizor – wnioski są oczywiste) i krzykami pewnej kobiety – o czym trochę niżej – dochodzę do wniosku: kryminalista. Moja ciekawość wzrasta, wykukam za okno trochę mocniej i dostrzegam, że za postacią pierwszą biegnie postać druga. To chyba kobieta sądząc po sukienkowo-kształtnym ubiorze. - Ratunku! Łapać złodzieja! - Rozlegają się co jakiś czas krzyki. To chyba mój szczęśliwy dzień, a przynajmniej jeden z ciekawszych. Nareszcie pojawi się szansa, że pod oknem przebiegnie zły człowiek, a ja zdobęde dzięki temu wydarzeniu trochę więcej miejsca na parapecie. Miło będzie popatrzeć na to wszystko z góry podpierając brodę na rękach. No ale poza samym egoistycznym zyskiem musze pomyśleć jeszcze o Ehh.. trzeba było robić jakieś próby z czasem spadania i trafianiem w ruchomy cel pod nieruchomym oknem na nieruchomym chodniku (w tym samym miejscu). Potrzeba matką wynalazków, raz kozie śmierć i tak dalej.
    Wyczekałem – zdaje sie moment odpowiedni – i szturchnąłem łokciem (rzecz jasna) doniczke. Jest ciemno, a zły człowiek biegnie szybko, więc pewnie nie zwraca uwagi na takie szczegóły jak spadające przedmioty z trzeciego piętra. Mam teoretyczną przewagę.
    Trzask! Nio i całą teorie diabli wzięli.. Chybiłem o dobre dwa, dwa i pół metra. Całe szczęście prawdopodobnie-pani nie uszkodziłem, bo by dopiero klapa na całej linii była z tym powiększaniem przestrzeni życiowej.
    Szybko zamknąłem za sobą okno i przygasiłęm lampkę stojącą na stole. Kusiło mnie nawet by monitor wyłączyć. Czekałem siedząc po cichu ponad trzydzieści minut.
    Wreszcie wykuknąłem na zewnątrz, by stwierdzić, że jedynym ciekawym obiektem na chodniku jest rozbita doniczka. Nie ma prawdopodobnie-pani i złodzieja też.
    [...]
    A teraz rutynowy proces wieczorno-nocny. Zakończony snem oczywiście.


    A to wszystko bo kwiatka dać samego głupio by było. Trochę dlatego, że nie jest on bardzo zmyślny i cudny. Nio bo zacząłem go robić jakoś.. hmmm.. w maju lub czerwcu, a potem była długa przerwa i jakoś go dokończyłem teraz, coby nie leżała pracka niedokończona.
    Kwiatek dla Kasi:

    *http://www.eimg.org/images/370935kwiatek.jpg

    hihi, Kocham :-*
  • bo kasia była dzielna

    Set 20 2006, 17h32

    Kasia dzisiaj popisala sie nie byle a-strachem, wiec zasluzyla sobie na prezent w postaci kilku obrazkow. Wiem, ze nie sa to dziela sztuki - rysowalem je na kolanie w tramwaju/autobusie. To w zasadzie taki "speed sketch" na zywo ;-) Pierwsze trzy zostaly zrobione w okresie 2-3 dni jakies dwa tygodnie temu (chyba) - wiec je juz kasia widziala (nawet na zywo :-o). Ogolnie pierwszy wlasciwie jest nie na miejscu, ale dwa nastepne byly dla kasi narysowane, wiec jest git. Cztery kolejne narysowalem wczoraj bodajze :-)

    1. 1.
      http://www.eimg.org/images/369975coś_na_liściu.jpg

    1. 2.
      http://www.eimg.org/images/792588kiełbaska.jpg

    1. 3.
      http://www.eimg.org/images/742632statek.jpg

    1. 4.
      http://www.eimg.org/images/948506autobus_nr_70.jpg

    1. 5.
      http://www.eimg.org/images/47049drzwi_tramwajowe.jpg

    1. 6.
      http://www.eimg.org/images/852998kasownik_biletów.jpg

    1. 7.
      http://www.eimg.org/images/973053tramwaj_nr_4.jpg

    kocham :-*
  • pustynia.

    Jul 26 2006, 0h14

    Pustynia Kaelhe rozciąga od lewego wybrzeża Morza Północy, aż do Gór Pradawnych. Imie tej krainy jest równoznaczne z naszym słowem "rozkosz". Nazwana została przez rdzennych mieszkańców tego piaskowego pustkowia, którzy - ku zdziwieniu obcokrajowców - wprost ubustwiają jej surowe piękno i mityczną wręcz siłę. Wiatry nawet na jeden dzień nie ustaja snuć delikatnej melodii na grzywach wydm. Nierzadko są to ostatnie dźwięki, jakie dobiegają do uszu zagubionemu wędrowcowi. Wiatr kilka razy do roku daje też prawdzwiwy koncert. Delikatna melodia przeradza się wtedy w krzyk zrozpaczonej kobiety. Jeśli samo natężenie tej symfonii nie powali nieszczęśnika przebywającego na pustyni w takim momencie, to z pewnością dokona tego wiatr wiejący z siłą sztormu. W latach przeslienia zdarzało się nawet, że na odsłoniętych po wichurze kamieniach odnajdowano ślady naturalnych bogactw krainy - złota, rzadkich i drogocennych kamieni. Oczywiście nieraz też dane było odnaleźć kompletni odarty z tkanek żywych ludzki, bądź nie - szkielet.
    Gdy nadchodzi tenże okres - bramy świątyni są zamykane od środka, a jej mieszkańcy i goście wznoszą modły do wych bogów i ucztują na ich cześć. Świątynia ta położona jest u podnóża Gór Pradawnych - tj. ich południowej części. Dwa duże budynki, przypominające ogromne, ociosane bloki skalne, przycupnęły wśród korzeni najwiekszej z gór - Bezimiennego. Jest to miejsce święte, uznawane przez praktycznie wszystkie religie północnego świata.
    Wśród wielu kultur znana jest tradycja pielgrzymki do Świątyni Bezimiennego - jako odkupienia za największe bluźnierstwa i świętokradztwa. Oczywiście jest to całkiem popularny zwyczaj wśród królów i szlachty - na pozbywanie się niektórych wrogów, którym zdarzyło się kilka razy powiedzieć zbyt wiele.

    Niecałą chwilę temu, mała - pięcioosobowa grupka postaci wyłoniła się zza wydmy. Wszyscy byli ubrani w długie aż do ziemi szaty, koloru ziemistego. Dwie pary osobników - zamykająca i otwierająca pochód - posiadały zielone chusty osłaniające szczelnie twarz i całą głowe przed wiatrem i piaskiem. Wyrózniająca się postać idąca pośrodku posiadała krwistoczerwony szal, służący obecnie temu samemu celowi co chusty pozostałych. Jedną rękę miał schowaną w połach szaty, natomiast drugą podpierał się na powykrzywianym, sękatym kosturze. Tuż za ostatnim piechurem podążały dwa objuczone osły - miejscowej odmiany. Cel ich wędrówki był oczywisty.

    dla Kasi.


    Nio i obrazek do treści ;-)

    (klik w miniaturke^)
  • brush stroke..

    Jul 22 2006, 7h28

    Nie wytrzymał - Do cholery! Magda, czy ty zawsze musisz to robić? Nie mogłabyś chociaż raz spokojnie spędzić wakacji.. - opanował się równie szybko jak zapanował nad nim gniew.
    Nerwowo zaczął zaplatać palce obu dłoni. Podszedł na chwile do białego pasa wymalowanego pół metra przed końcem krawężnika i torami kolejowymi. Wyjrzał w lewo. Nic nie jedzie. Wiedział to, ale potrzebował tej odrobiny chwili by zebrać myśli.
    Odwrocił się i powoli podszedł do ławki. Odetchnął głęboko i wykonując gest jakby wskazywał coś ręką - Spójrz kochanie. Za chwilke podjedzie pociąg. Posiedzimy sobie w przedziale ładnie przez te trzy godzinki jazdy i naprawdę będziemy mieli szczęśliwe wakacje. Dobrze? - Chciał podejśc i choćby dotknąć jej na chwile, ucałować lub przytulić, ale wiedział, że gdy się gniewa źle odbiera coś takiego. Stał więc bez ruchu wyczekując na jej reakcje.

    Stanęli z wszystkimi bagażami przed wyznaczoną białą linią.
    Ucałowała go w policzek - Przepraszam kochany - starł łze z jej policzka - Oj już wszystko dobrze przecież - uśmiechnął się. Ona jednak skryłą twarz w dłoniach.
    Nie wiedział co się z nią dzieje.
    Pociąg zbliżał się już trochę wolniej. W powietrzu unosił się pisk stalowych kół blokowanych hamulcami. Komin lokomotywy nadal wyrzucał z siebie niemożliwe ilości czarnego dymu, który wędrował pod dyktandem wiatru po dachu dworca.
    Wyciągnął rękę, by przytulić ją do siebie.
    Taka krótka chwila.
    Wydawał się mu, że całość jakby zwolniła tempa, gdy ona delikatnie obróciła się na pięcie unosząc w góre ręce i przechylając się do tyłu.
    Szalona, rzuciła się, samobójczyni - mówili ludzie. Przykry incydent - jakiś głupi dziennikarz napisał w miejscowej gazecie.
    On nie mógł nic zrobić. Wyciągnął za nią powoli ręce. Całe życie. Wszystko widział teraz przed oczyma.
    Nic już.
    Wszystko teraz jak na przekór tej chwili biegło niczym błyskawica. Cały czas ścisnął sie niemożliwie. Setki pytań. Setki kondolencji. Zero pomocy. Z nikąd.
    Nie dało się jej uratować. Jak lekarze to ściśle określili, a jego brat uciął w jednym zdaniu - umarła na miejscu.
    Pewnie nie czuła bólu.
    Znów się modlił. A przynajmniej próbował - z wszystkich sił. Na nic.
    Chaos atakował go z każdej strony.

    Odebrał sobie życie rok później. W garażu. Na wyjątkowo wytrzymałej belce podtrzymującej dach.

    Wszyscy inni zdawali się żyć długo i szczęśliwie.



    Taki nie związany z niczym chaotyczny zlepek literek, tworzących wyrazy, tworzących zdania.

    Przepraszam, że niezbyt wesołe :-*
  • + krótkiej historyjki cząstka

    Jul 15 2006, 2h13

    Siedziała już bardzo długo bez ruchu. Przyjaciele dawno już wyszli z mieszkania. Jacy przyjaciele? Siedziała obejmując poduszke i podkurczone kolana - na drewnianym parkiecie podłogi. Kiwała się niedostrzegalnie w przód i w tył. W całym pokoju było cicho i jakoś dziwnie szaro. Jej oczy skierowane były w stronę okna, które rzucało niewyraźne światło do wnętrza. Za oknem jednak nie było wichury, czy burzy. Nawet nie padało - bo i z czego, jak niebo idealnie bezchmurne, a pogoda słoneczna i wesoła.
    Filmy kłamią. Pomyślała i po chwili z przerażeniem doszłą do wniosku, że: Skoro filmy kłamią, to pewnie znaczy, że nie przyjdzie nikt, nie poda mi suchego ręcznika, nie przytuli? Ta niewypowiedziana myśl utkwiła jej na długo w umyśle.
    Zadzwonił telefon.
    Ona nie zwracając uwagi, załkała po cichu. Wtuliła twarz w różową poduszkę (którą nadal obejmowała) próbując w ten sposób zatamować łzy i zatrzymać narastające drżenie warg.
    Dlaczego? W jej umyśle panował istny chaos. Chaos myśli, uczuć, niepokoju, samooskarżania się. Szukała powodu. Tak przynajmniej się jej wydawało.
    Zadzwonił telefon (drugi raz).
    To pewnie następny &#8220;przyjaciel&#8221; dzwoni by powiedzieć &#8220;tak strasznie mi przykro, współczuje ci bardzo&#8221;. Wszyscy, których znała, których uważała za swoich przyjaciół bliskich sercu, wyrażali raczej zaciekawienie niż współczucie, czy chęć pomocy. To po prostu następne ciekawe wydarzenie w ich życiu. Będzie mógł jeden drugiemu poplotkować. Ot co.
    Poplotkować? Ja już tego nigdy nie zrobie. Poczuła ukłucie w gardle. Znów zaczęła płakać. Tym razem mocno, bez nadzieji.
    Zadzwonił telefon (raz trzeci)
    Nie odebrała znów. Ale uspokoiła się na chwile. Sięgnęła ręką nad stoliczkiem, koło sofy i za dużą siła wyszarpnęła kabel z telefonu. Dźwięk urwał się w połowie. Nareszcie umilkł.
    Siedziała jeszcze chwile, po czym powoli wgramoliła się na sofę i podciągnęła nogi. Łzy nadal spływały jej po policzkach.
    Znów kotłowały jej się myśli w głowie.
    Ktoś zapukał do drzwi.
    On powoli zbliżył się do sofy, na której siedziała.
    Powiedział, pytającym głosem: Drzwi zostawiłaś otwarte, a ja dzwoniłem kilka razy i pomyślałem, że... Przerwał w połowie zdania, gdy tylko spostrzegł w jakim jest stanie.
    Widocznie zaniepokojony podszedł bliżej. Ojej, czemu płaczesz? Podał jej chusteczke.
    Nie odpowiedziała. Dalej siedziała skulona. Ślady po ostatnich łzach jeszcze nie zdążyły wyschnąć na policzku.
    Usiadł obok niej na zielonej sofie.
    Westchnał cicho i dodał ciepłym miłym głosem: przepraszam. Otarł delikatnie łzy z jej policzków i przytulił do siebie.
    Ona po chwili położyła powoli nogi na jego kolanach i mocno owinęła ręce wokół szyi. Odetchnęła głośno, jednak nadal oddech jej był przerywany łkaniem.
    Siedzieli tak wtuleni w siebie przez bardzo wiele sekund, potem minut, aż wreszcie uzbierała się godzinka. On cały czas głaskał ją ostrożnie po głowie i po plecach, szepcząc do uszka uspokajające słowa.
    Zmęczenie, bezsenność i ciepłe ramiona sprawiły, że po chwili zasnęła. Jeszcze zasypiając, ledwie słyszalnym głosem powiedziała: dziękuję.
    Pierwszy raz od wielu dni poczuła się szczęśliwa.
    Czując ją w swoich ramionach, on pierwszy raz od wielu lat poczuł, że znalazł wreszcie swój czas i swoje miejsce.
    Śpij kochana. Śpij.
    I swoją miłostkę.
  • Obrazkiem miast słówkami..

    Mai 28 2006, 13h58

    Nio to tak.. dla kasi :-*



  • Leśne miłostki takowe (Driadów różnorakich opisywanie)

    Mai 23 2006, 23h32

    Driada leśna - Wstaje każdego ranka o świtaniu. Jej bose stópki zrywają ze snu uśpione krople rosy na listkach trawy na łące. Również kwiaty zostają delikatnie obudzone jej delikatnym pocałkunkiem. Mgły pokrywają jeszcze starodawny matecznik, gdy wbiega szczęśliwa między drzewa. Ma rondelek. Drewniany. Od samego rana zrywa jagód. Nie wybiera wszystkich. Biega od kępki, do kępki - zrywa najwyżej po trzy sztuki. Nie potrafi liczyć. Pisać też nie została nauczona. Nie potrzebuje tego jednak. Driada jest tak osobliwą osóbką, że wystarczy, by zatrzymała się na chwilkę, zrobiła śliczny grymasik na twarzy, uśmiechnęła się leciutko i szepnęła, mięciutkim głosem: "Serduszko mówi mi, że jagódek już wystarczy Ci".

    Driada miłosna - Często bywa z Aniołem mylona. Bynajmniej nie jest to zuchwałe porównanie - przecież Driada to lasu opiekun. Nie posiada jednak skrzydał, ni pyłu skrzącego się pięknem i dobrem. Nie jest też osóbką, którą w dzisiejszych czasach uznanoby za wzór piękna fizycznego. Nie jest idealna pod tym względem. Posiada małe, dziewczęce rzekłbym, piersi - jednak idealnie pasujące do jej zwinnego ciała, drobnej budowy. Włosy opadają jej, aż do pasa. Falują jednak, mieniąc się pięknem, gdy tylko biega wśród młodych brzózek, gdy tylko tańczy na kwietnej łące.. Kręcone, koloru nabierają zależnie od drzewa driadzie ukochanego - wiosną zieleni młodością, latem kwiatami zachwytu, jesienią ciepłem uschłych liści urzekają.. Zimą zaś driada śpi.
    Driada jednak nie tym pięknością największa. "Rzeknij tedy do Niej: nazwy miłości znaleźć nie zaradzi, jednak znajdź driadę, a poznasz jej zapach - miłości będący metaforą". Wszak driada miłostkową zapachów kołderką cały swój matecznik okrywa.
    Najpiękniej jednak świat swym serduszkiem pięknym darowuje. Driada ma bowiem serce z najczystszego kwiatu. Bóg umieszcza w sercu anioła kwiat najpiękniejszy z pięknych. Okrywa tedy dłonią nowo narodzoną driadę, póki piękny kwiat nie zakwitnie w niej swym dobrem.
    Gdy to nastanie - na niebie ukazuje się nowa gwiazda. Ukazują się dwie gwiazdy. Jedna - o tutaj. Druga troche dalej - za lasem, między gałęziami prześwituje.
    Nie poznać wtedy driady - serce bije rytm jak po kąpieli w zimnym strumieniu - tym w sercu lasu. Odpoczynek przerywa jej co nocy ten sam sen. Nakazuje ku gwieździe tej wędrować..
    Driada porzuca wtedy matecznik piękny, by w podróż się udać. Wędruje jednak radośnie, tańcząc, mieniąc wplotłymi kwiaty w złote kosmyki pofalowanych włosów. Takie zdarzenia latem mają miejsce..
    Zmierzając do celu, z każdą chwilą jej serce raduje się w miłostkowej słodyczy. Dobrze wie, iż osiągnie spełnienie dobroci uczucia swego, gdy gwiazdy obie odnajdą się wreszcie..
    Stanie wtedy Ona przed duszą jej przeznaczoną - widzianą po raz pierwszy, a jednak znajomą i ukochaną.
    Miłośnie wtuli się w serduszko poszukiwane, gwiazdą na niebie wskazane.
    Paluszkiem od pytań niepotrzebnych uchroni.
    Przytuli miłośnie Ją lub Jego i pozostanie miłości ucząc duszyczki obie..

    O Aniołach, które ludziom na ziemi pomóc miłością serca mają - wie każdy, kto choć raz takiej dobroci najwspanialszej zaznał. Osobnik ów - Boga wysłannik - podług nauk Ojca - ludzi miłując zawsze poszukuje swej duszyczki zagubionej. Wśród tłumu niepoznawalny - krąży po światach różnorodnych. Bywa w miejscach pięknych. Bywa w miejscach, tym słowem nie mogących być obdarzonymi. Jednak zawsze serduszko przyświeca mu drogę. Bóg wskazuje gwiazdami gdzie ma się udać - komu miłość przynieść. Z kim nauczyć się Jej duszyczkami wspólnie ogrzewanymi..

    Bywa też, że Anioł nie znajduje swej duszy wśród ludzi. Sam Bóg nie rozumie - jest to pierwsza i ostatnia sytuacja, gdy wyraz ten nie kontrastuje z Jego mądrości okazałością - czego poszukuje on miłostkową duszyczką tak wytrwale.
    Bywa, że taki Anioł - napotykając koleje losu nie pięknością mogące się tytułować - nabywa się blizny duszy niezamazywalnej.
    Bywa także, że takie serduszka naznaczenie - kształtu kwiatu nabiera. Kształtu kwiatu..
    ..Kwiat w sercu driada posiadając, Anioła swego gwiazdą wskazanego znajdując - miłosnym pocałunkiem uzupełnia to miejsce, zaleczając ranę własną miłością. Obdarzając pięknem szczęśliwości napotkanego lub też napotkaną.
    Piękniejszej miłostki słodyczy światu znać się nie zdarzyło.
    ...rzadkie jest to jednak zjawisko - żadna księga starożytna napomknięcia o tym nie znajduje..

    Pytasz, skąd ja wiem takie rzeczy?

    Bo odnalazłem swój Kwiatek, ciepła serduszkiem śliczny :-*

    ______________
    dla kasi