• zdjęcia: Everything Is Made In China, 1 grudnia 2009, Hydrozagadka

    Dez 14 2009, 12h35

  • relacja i zdjęcia: And So I Watch You From Afar & Maybeshewill, 19 listopada 2009,…

    Nov 26 2009, 17h34

    Nie było litości! Gdzieś między godziną 20 a 21 rozpoczęli swój występ Irlandczycy z And So I Watch You From Afar. Z niezbyt daleka ich oglądaliśmy, bo klub No Mercy do największych nie należy, ale to w tym przypadku wyszło jak najbardziej na plus. Tym bardziej, że frekwencja nie była jakaś specjalnie wysoka. Szczęśliwców było akurat, jak na takie miejsce. Belfast pokazał, że na żywo to zupełnie inna bajka niż to co na płycie. Ciężar najbardziej czuć było dzięki uginającym się deskom klubu, muzycy miotający się po scenie od wzmacniaczy po jej krawędź przekazywali spore pokłady energii. To chyba pod jej wpływem, nawet stojący w bezruchu widzowie zaczynali się pocić. Należałem do grupy, która nie miała bladego pojęcia na temat zespołu, tym większe było moje zaskoczenie. Mieliśmy do czynienia z rasowym math-corem. Przez moment myślałem nawet, że muzycy wparują między ludzi i będziemy mieli performance rodem z koncertów Tera Melos. Uzbrojeni w gitary wyspiarze (patrz "Set Guitars To Kill"), mogli naprawdę komuś zrobić krzywdę. Widać, że tych chłopaków łączy coś więcej niż wspólny tatuaż. Set zakończył nowy utwór "S is for Salamander". Nagłośnienie to sprawa, o którą obawiałem się najbardziej, na szczęście było całkiem dobrze, a światła bardzo przyjemnie grały z muzyką. Nie inaczej było podczas występu Maybeshewill, Angole zagrali numery ze swojej nowej płyty "Sing The Word Hope In Four-Part Harmony", ale były też "The Paris Hilton Sex Tape", czy genialne "He Films the Clouds Pt.2", wyśpiewane przez muzyków. Podkłady drumowe, klawiszowe oraz kwestie z taśmy nadają tej muzyce coś szczególnego. Podczas gdy w innych kapelach ścigają się w ilości strun w gitarze basowej, tutaj wystarczyły tylko trzy. Melodyjnie, a jednocześnie miażdżąco, dynamicznie i transowo, tak zagrali. Z dziką przyjemnością zobaczyłbym te zespoły jeszcze raz, na przykład w towarzystwie Oceansize lub If These Trees Could Talk. Ten koncert definitywnie zrobił mój dzień. Placebo? Dajcie spokój ;)

    http://www.radioaktywne.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1224&Itemid=1
  • zdjęcia: Cassandra Wilson, 3 listopada 2009, Hotel Hilton

    Nov 4 2009, 14h48

    Cassandra Wilson, 3 listopada 2009, Hotel Hilton

    Na scenie ekskluzywnego Hotelu Hilton, Cassandrze Wilson towarzyszyło pięciu muzyków - cenionych instrumentalistów. W oczy rzucały się dwa zestawy perkusyjne, jeden tradycyjny, drugi etniczny. Jednak największą uwagę przykuwał w ciągu całego wieczoru głos Cassandry, instrument, którym wokalistka posługuje się tak swobodnie i finezyjnie, że nie ma wątpliwości co do jej sukcesów, w tym niedawnej kolejnej nagrody Grammy. Początek koncertu wypełniony był jazzowymi wariacjami opartymi na utworach w dorobku wokalistki, natomiast wkrótce zespół wraz z Cassandrą przeszli na "popową stronę jazzu". Tak nazywa się druga po "Loverly" płyta, która tego wieczoru miała premierę. Wśród popularnych piosenek w interpretacji jazzowej, najbardziej zachwycały wykonania utworu Neila Younga oraz beatelsowskiego Blackbird. Z pewnością przy okazji kolejnych wydawnictw, magiczna Cassandra wróci do naszego kraju.

    http://picasaweb.google.com/krzysiekmagura/CassandraWilson3Listopada2009HotelHilton#

    dla www.radioaktywne.pl
  • zdjęcia: Festiwal Blues Rock Jazz, 25 kwietnia 2009, Klub Palladium

    Abr 26 2009, 17h22

  • zdjęcia: Festiwal Blues Rock Jazz, 24 kwietnia 2009, Klub Palladium

    Abr 26 2009, 14h03

  • zdjęcia: Festiwal Blues Rock Jazz, 23 kwietnia 2009, Sala Kongresowa

    Abr 25 2009, 16h05

  • relacja: Beatallica w Progresji [15.04.09]

    Abr 16 2009, 15h06

    Beatallica w Progresji [15.04.09]

    Równanie Metallica + The Beatles = Beatallica wydaje się bardzo proste, jednak po koncercie tej ostatniej kapeli trzeba przyznać, że jej załoga wykazała się nie lada kreatywnością. Jaymz Lennfield, Grg Hammetson, Kliff McBurtney, Ringo Larz to skład naszej wesołej hybrydy, (hybrid children) który bez problemu możemy sobie rozszyfrować. Na scenie ozdobionej nagrobkami m.in. Cliffa Burtona, muzycy przywdziani w stroje Zespołu Samotnych Serc Sierżanta Peppera rozpoczęli swój show od paru szybkich punkowo-trashowych numerów z początku swojej kariery, na otwarcie Garage Dayz Nite. Już po pierwszych paru dźwiękach, wokalista dowiódł swojej rzeczywistej zdolności do naśladowania maniery głosowej Jamesa Hetfielda, chociaż jego postura i brak tatuaży nawet najbardziej wstawionego fana Metalliki mogła zmylić. Od początku błyskawiczne nawiązanie kontatku z publiką, rozdawanie kostek, zapraszanie na scenę i ciepłe słowa w kierunku zimnego polskiego piwa (pierwszy raz widziałem, żeby do stojaka mikrofonowego było zamontowane specjalne miejsce dla złotego trunku). Po energicznym rozpoczęciu zespół obiecał, że ma parę beer drinking songs (dobrze wiedząc do jakiego kraju przyjechał) i mniemam, że mieli na myśli ballady The Thing That Should Not Let It Be czy też wyśpiewane chórem Hey Dude. Wcześniej jednak cały zespół zrzucił uniformy i w mgnieniu oka zamienił swój image na hippisowskich ludzi-kwiatów. Muzyka jednak wcale nie straciła na ciężkości, set zawierał Justice For All My Loving, Blackended The USSR, I Wanna Choke Your Band oraz parę numerów z nadchodzącej płyty na czele z singlowym All You Need Is Blood, który szczerze mówiąc miałem nadzieję, że zostanie wyśpiewany w naszym języku, tak jak mamy to na singlu. Gest diabła pojawiał się niezliczoną ilość razy, tak jak wszelkie pozy heavy-metalowe lub ‘strzelanie’ z gitary basowej. Żywo na scenie, to i żywo przed nią, wybijanie pięściami w powietrzu czy kilkukrotne pogo dały znać zespołowi, że dobrze się bawimy. Amerykanie postawili niewątpliwie na show, ale zdolności muzycznych też nie można im ująć, a zamykając również równaniem, taka mieszanka pomnożona przez dobry humor daje po prostu fajny koncert.

    Krzysztof Magura dla www.radioaktywne.pl

    zdjęcia
  • wywiad: Sleepytime Gorilla Museum

    Set 29 2008, 17h06

    Wrzucam pisemną wersję radiowego wywiadu jaki miałem przyjemność przeprowadzić z Carlą Kihlstedt i Nilsem Frykdahlem z grupy Sleepytime Gorilla Museum przed ich koncertem w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej 23 października 2007.
    Miłej lektury!



    Jak się Wam koncertuje w Polsce?
    Carla Kihlstedt: Jest przyjemnie chłodno, uczę się wielu nowych technik dziewiarskich, ludzie są bardzo mili, a chleb jest pyszny.
    Nils Frykdahl: Tak, muszę to potwierdzić, w dodatku obrazy są fantastyczne, a gobliny które żyją w piwnicy tego budynku są... okropne! Nie wiem czy je spotkałeś ale one robią sobie straszne rzeczy publicznie, bez żadnego wstydu, więc jesteśmy pod wrażeniem polskich goblinów.
    CK: Nasi przewodnicy obiecali nam, że zabiorą nas do ich ulubionej polskiej piekarni, żebyśmy mogli wziąć dużo polskiego chleba na trasę.
    NF: Staliśmy się smakoszami polskiego jedzenia w Nowym Jorku i Chicago, gdzie są duże polskie społeczności, spędziliśmy dużo czasu w obu tych miastach i jedzenie jest tam bardzo przyjemne.

    No cóż, muszę przyznać, że nic nie wiedziałem o polskich goblinach. Sięgając teraz do dalekiej przeszłości w Oakland... jak doszło do Waszego spotkania i kiedy postanowiliście założyć zespół Sleepytime Gorilla Museum?

    NF: Pomyślmy, po raz pierwszy ja i Carla poznalismy się w jednym ze wczesnych wcieleń tego zespołu
    CK: ..chociaż późniejszym od wcielenia w którym był Nils i Dan.
    NF: Carla grała w innej grupie która występowała razem z Idiot Flesh w San Fransisco. Usłyszeliśmy ją gdy się rozgrzewała w garderobie.
    CK: Musimy powiedziec więcej na temat tej fantastycznej grupy z San Fransisco nazywającej się "Mud Women", błotniste kobiety.
    NF: Tak, kobiety pokryte błotem. Carla grała partię skrzypiec kojarzące się z barokiem. Od razu zaczęliśmy się zastanawiać kto to jest, w swiecie rockowym jest to naprawdę nieczęsta sprawa odnaleźć kogoś kto jest zainteresowany rockowo-folkowo-klasyczną muzyką, skończyło się wiec na tym że jakis rok później gralismy w jednej grupie Charming Hostess.



    Chciałbym również wspomnieć o Waszych polskich inspiracjach. Jedną z nich jest utwór "Taki Pejzaż" Zygmunta Koniecznego, co jest w nim takiego wyjątkowego?

    NK: Cóż, dla mnie cały album Koniecznego i Ewy Demarczyk jest jednym z najbardziej godnym uwagi albumem piosenki artystycznej jaki słyszałem, jest bardzo unikatowy. Jest tam użyta orkiestra ale bardziej w sposób jaki prezentują zespołu rockowe, bardziej specyficzny i dziwny sposób. Pojawiją się po 2-3 elementy np fortepian, chór męski i dzwon, a w nastepnej piosence zastepuje je inna kombinacja instrumentow orkiestrowych. Taka mieszanka ambicji, minimalizmu i czystego wokalnego napięcia Ewy Demarczyk zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Oczywiście kiedy to usłyszałem, nie rozumiałem słów, dopiero lata później znalazłem tłumaczenia poezji i jest ona również bardzo silna, ekstremalne opisy, apokaliptyczne pejzaże, ta poezja na pewno jest bardzo szczególna, i broni sie nawet w tłumaczeniu na angielski. Czułem pewnego rodzaju podobieństwo z taką muzyką, bo my idziemy z innej strony, myślę że Sleepytime wywodzi się z bycia kapelą rockową szukającą inspiracji w tamtej stronie. Myślę, że ta muzyka... nie chcę za nią mówić ale, że wywodzi się z klasyki, kabaretu i muzyki teatralnej i szuka mocy w muzyce rockowej, ale chyba nie takiej jak w 1962 kiedy rocka grali tacy jak Chuck Berry (śmiech).
    CK: ...ale pewnie szukali pewnego środka popularyzacji tego stylu wywodzącego sie z piosenki kabretowej, która była dobrze znana w czasach wojny.

    Apropos muzyki rockowej, gracie gatunek który określa się Rock Against Rock (Rock In Opposition). Jak byście to zdefiniowali?

    CK: Chcemy zniszczyć muzykę rockową, za pomocą muzyki rockowej. Rock to to co znamy, wiemy jak to grać i próbujemy to zniszczyć od środka, wysadzić ją przez eksplozję, a nie do konca zniszczyć.



    Porozmawiajmy teraz o Waszym nowym albumie, singlem promującym jest utwór "Helpless Corpses Enactment", nie wiem czy dobrze wymówiłem tytuł, w każdym razie nagraliście do niego teledysk. Powiedzcie coś o pomyśle na klip oraz gdzie był on kręcony.

    CK: Nagralismy ten klip w Kaliforni z naszymi przyjacielami Adamem Feinsteinem i Jeremiah Cral, którzy są zespołem, często zamieniają się rolami. Jeden jest reżyserem, a drugi operatorem kamery. W tym przypadku Jeremiah był operatorem a Adam reżyserem. Rozmawialiśmy z nim o piosence, o czym mówi,
    o historii i korzeniach treści tego utworu. A potem po prostu daliśmy mu przejąć ster, pokazać własną wizję powstałą z informacji które mu przekazaliśmy. Klip sfilmowaliśmy w Bay Area, miejscami na południu Bay Area, chyba w trzech różnych miejscach, w ciągu prawie trzech i pół dnia, każdy z tych dni trwał około 27 godzin (śmiech).



    O czym mówi treść tego utworu, wraz z teledyskiem?

    NF: Inspiracją głównego motywu piosenki jest cykl życia, śmierć i narodziny, przeistoczenie się pewnych rzeczy w inne formy istnienia. Mężczyzna na teledysku którego gram leży umierający w łóżku, a przed jego oczyma przewijają się różne fragmenty jego życia, w tym samym czasie widzimy fragmenty badania życia przez botanika, którego gra Dan Rathbun - nasz basista. Robi różne eksperymenty z pszczołami, kwiatami i roślinami badając powstanie życia biologicznego. Akcja dzieje się w epoce wiktoriańskiej, na początku XIX wieku. słowa piosenki są pełne wielojęzykowych partii i są bardzo trudne do zrozumienia nawet wypowiedziane powoli i wyraźnie, a w piosence są oczywiście zaśpiewane szybko i z growlem więc jest prawie niemożliwe by je zrozumieć ale najfajniejsza w tej piosence była możliwość umieszczenia tych słów w heavymetalowej stylistyce.

    Na albumie "Of Natural History" umieściliście swoistą dyskusję futurystów z unabomberem. Jakie stanowiska chcieliście ukazać? Czy możemy mówić o pewnych wnioskach?

    CK: Myślę że żyjemy w czasach, w których rozwój technologii następuje bardzo gwałtownie. Musimy odnaleźć sposoby w jakie możemy opowiedzieć się jaki jest nasz stosunek do nowoczesności, oraz czy i w jakim stopniu odrzucimy tę drogę. Oczywiście w pewnych sytuacjach jest bardzo trudno istnieć w społeczeństwie, odrzucając całą technikę, ponieważ wszyscy tkwią w nowym modelu współistnienia i komunikacji. Unabomber reprezentował bardzo ekstremistyczny sposób wyrażania poglądu, że technologia rozwija się tak szybko, iż koniec końców zniszczy całą ludzkość, a jedynym sposobem uniknięcia tej kataastrofy jest całkowite odwrócenie się od nowoczesności. Wiedział, że jest to niemożliwe, ale chciał żeby ludzie spróbowali dokonać takiego odwrotu.
    Przeciwieństwem tej postawy były poglądy futurystów. Oni wierzyli, że walczą z tyranią swojej tradycji (głównie włoskiej). Głosili wiele poglądów w swoich manifestach, ale jednym z nich był rozwój techniki, ponieważ reprezentowała ona wszystko co było jak najbardziej odległe od ich tradycji. Chcieli szybkości i ekscytacji. Robili też masę śmiesznych akcji – zabronili jedzenia makaronu, malowania nagości itp. ponieważ były to rzeczy wpisane w ich tradycję. Tradycję, która według nich nie pozwalała im otworzyć swoich umysłów i dostrzec prawdziwego świata, bo akceptowanie tylko tego co było wcześniej powoduje że nie można myśleć indywidualnie i kreatywnie. Oczywiście futuryści zginęli w czasie wojny, co było ironią losu, gdyż wierzyli, że wojna jest jedynym sposobem „naturalnego” oczyszczenia ludzkiego świata.

    NF: W pewnym sensie futuryści i unabomber mówią to samo o sile wpływu technologi, choć dla unabombera ten wpływ był negatywny, a dla futurystów był pozytywny. Futuryści doceniali to w jaki sposób technologia zwraca się przeciwko jej właścicielom, jak uzależnia ich od siebie i opanowuje. Byli w pewien sposób nihilistami. Proklamowali swoje „przeterminowanie”. Mówili "za dziesięć lat będziemy już nieprzydatni, ale przyjdą po nas młodsi i zajmą nasze miejsce". Cieszyło ich to, bo byli wyznawcami takich ekstremalnych poglądów o swojej kulturze, a właściwie o niszczeniu jej. Przykrym aspektem tej sprawy jest to, że w Stanach Zjednoczonych, w których stworzono tak wiele nowoczesnych urządzeń, jak samochód, w kraju w którym technologia rozwijała się najszybciej i najdalej, tak naprawdę nie ma przeszłości, którą zwolennicy tych poglądów mogliby odrzucić. Jest to kraj który w pewnym sensie nie ma przeszłości do której mógłby się odwołać. Nie ma starych ślicznych miast, a potężne budynki i drogi. W pewnym sensie Ameryka była więc miejscem w którym futuryści mogli wcielać w życie swoje wizje. Dziś, pod wpływem Ameryki, w większości świata dobrowolnie – w miejscach w których ludzie sami chcą amerykańskich wartości, luksusów i stylu życia – lub nie – gdzie jest to narzucone poprzez politykę – rozpowszechniony jest ten sam eksperyment. Do miejsc gdzie ludzie wciąż żyją w bardzo różny sposób, np. do kultury arabskiej. Dlatego wiele konfliktów, które widać dziś na świecie jest efektem tego zderzenia, tego samego zderzenia o którym mówił unabomber i futuryści. Powtarza się to w kółko i jest źródłem wielu wojen.
    CK: Wniosek jest zagadką. Te sprawy były kłopotem od wielu wieków. Myślę, że teraz są jedynie bardziej wskazywane.
    NF: Następnym krokiem powinna być globalna świadomość o tym jak bardzo wpływamy na swoją przyszłość, aby uzyskać pewien rodzaj równowagi.

    Pamiętam, że we Wrocławiu mieliście troche problemów z koncertem, czy dzisiaj jest wszystko w porządku?

    CK: Nie mieliśmy zbyt wielu kłopotów..
    NF: Ostatniej nocy przejechanie przez granicę było całkiem łatwe, nie czekaliśmy wogóle, w zasadzie było o wiele łatwiej dostać się wczoraj do Polski niż z Kanady do Stanów Zjednoczonych, za kazdym razem kiedy wybieramy się do Kanady i wracamy musimy czekac w pokoju pełnym straży granicznej przez wiele godzin kiedy oni przeszukują nasz samochód.

    Chcielibyście do nas jeszcze wrócić?

    CK: Oczywiście, prosimy o to.
    NF: Chcielibyśmy zagrać w większej ilości miast następnym razem, teraz niestety to się nie udało, coś nie zadziałało ale naprawde chcemy zagrać w wielu miejscach, spotkać więcej ludzi, zobaczyć więcej polskiej sztuki...
    CK: ..i zjeść więcej polskiego jedzenia (śmiech)


    http://www.sleepytimegorillamuseum.com
    http://www.myspace.com/sleepytimegorillamuseum

    Krzysztof Magura dla www.radioaktywne.pl
  • relacja: Coma w Stodole [15.11.07]

    Dez 3 2007, 15h41

    Czw 15 XI – Coma, Loft, Normalsi

    Coma jest chyba kapelą, której nie trzeba przedstawiać. Od czasu kiedy "wyszli z mroku", każdy wielbiciel muzyki rockowej, czy to zapalony/zbuntowany młody fan, czy przeciwnik fali przeemocjonowanych tekstów Piotra R, a nawet ignorant muzyczny, wiedzą czym jest Coma.
    Dla przypomnienia napiszę że to zespół o najchętniej odwiedzanych i najbardziej żywiołowych koncertach w naszym kraju. Juwenalia, festiwale, własne trasy koncertowe, trudno powiedzieć gdzie ich nie było. Stolicę również odwiedzają dosyć często, żeby nakarmić swoich fanów nową dawką energii, udowodnić że nie stoją w miejscu.
    Jak to bywa przy sporej frekwencji (chociaż koncerty Comy w Stodole widziały większą), przed klubem kwitł handel biletami, które zazwyczaj zyskiwały podwójną wartość.

    Publiczność rozgrzewały dwa zespoły: Loft i Normalsi.
    Ci drudzy niejednokrotnie supportowali Comę, ale pozyskali już własną bazę fanów, których na tym koncercie było całkiem sporo. Normalsi zagrali dobrze, dobrze zostali również przyjęci. Mocny wokal i niezłe riffy (jednak nie tak dynamiczne jak u gwiazdy) to pewny patent na dobrą zabawę. Nie zabrakło oczywiście przebojów takich jak Patologia czy Juda. Trzeba dodać, że Normalsi udostępniają płyty na swojej stronie internetowej, co nie jest tak częste przy okazji rockowego zespołu.
    Atmosfera jeszcze bardziej się podgrzała podczas wejścia na scenę zespołu na C, a raczej wjechania na małych rowerkach-zabawkach (Roguc miał dla odmiany konika na biegunach) przy akompaniamencie muzyki rozrywkowej. Scena była ozdobiona zawieszonymi tiulami, toaletą oraz kilkoma manekinami. Zespół zaczął od dawno niesłyszanego w stolicy numeru Turn Back The River, ale było więcej numerów po angielsku. Potem usłyszeliśmy "Ostrość na Nieskończoność", a podczas reszty ostrych numerów publiczność wylewała się przez barierki. Setlista była raczej nastawiona na mocne przyłożenie niż klimat i ballady.
    Nie było Leszka, za to był Joozek, a wśród znanych i lubianych znalazły się także nowe utwory, jeden z nich nawet tak nowy, że Roguc śpiewał go z kartki. Przy fragmentach najbardziej rozpoznawanych w jego piosenkopisarstwie, miało się wrażenie, że publiczność śpiewa głośniej od lidera, któremu głos rzeczywiście przez kilka lat się zmienił. Roguc często poruszał się jak przystało na aktora, na początku "Schizofrenii" chodził niczym lunatyk, wyginał się w charakterystycznych sobie leniwych pozach, a jeżeli chodzi o konferansjerkę to skończyło się raczej na kilku ciepłych słowach w kierunku publiki.
    Trudno wyłonić piosenki przyjęte z największym entuzjazmem, jednak dla mnie trzonem twórczości Comy są utwory z pierwszej płyty. Kilka razy na scenie pojawiała się tajemnicza postać oznajmiająca pisemnie, że "koniec jest bliski". Faktycznie, koncert skończył się szybciej niż się wydaje, ale jak wiemy czas to pojęcie względne, więc osoby bardziej przeżywające odebrały go dłużej.
    Comę na pewno stać na więcej, ale nie można wymagać tak wiele od zespołu, który i tak daje z siebie wystarczająco dużo na koncercie żeby porwać publiczność, poruszyć emocje i ciała wiernych fanów, lecz chyba nie tylko.
  • relacja: Port-Royal w Hard Rock Cafe [6.11.07]

    Nov 14 2007, 21h44

    Wto 6 XI – Port-Royal

    Włosi z port-royal już po raz drugi w tym roku odwiedzili nasz kraj. Wcześniej na drugiej edycji OFF Festiwalu w Mysłowicach jednak w godzinach ściśle nocnych (2:30 - 4:00), co sprawiło że nie wszyscy mieli szansę ich słyszeć i widzieć tam i wtedy. Kolejna szansa, w atmosferze o wiele mniej off-owej, przypadła w Hard Rock Cafe, jednym z kilku miejsc jakie zespół odwiedza przy okazji tej trasy koncertowej obejmującej głównie Włochy i Polskę. Tym razem przed sceną było dosyć pusto, co więcej, pusto było także na scenie. Port Royal do szczęścia potrzebują jedynie klawiszy i dwóch laptopów, a ich dzieła dopełniają wizualizacje, na których tego wieczoru widzieliśmy nawet ujęcia z naszej stolicy. Prawie wszyscy słuchali zespołu na siedząco, gdzieś przy stoliku, sącząc napoje. Szkoda, bo im bliżej tej muzyki i jej wykonawców, tym większe robi ona wrażenie. Jak przystało na dobry ambient, dźwięki PR bardzo skutecznie wkręcają, a jeśli dodamy do tego nietuzinkowe projekcje (pokazujące m.in widoki z okien w czasie podróży, miasto, czy kochającą się parę) będziemy mieli naprawdę ciekawe wrażenia. Wśród instrumentów pływających w ambientowej zatoce możemy usłyszeć pianino, gitarę akustyczną, postrockowo brzmiącą gitarę elektryczną. Muzyka jest bardzo ulotna, rozległa, przestrzenna, a miejscami nawet zachęcająca do tańca, którego motyw dosyć często pojawia się w tytułach Królewskiego Portu. Pokusie uległo jedynie dwóch uczestników koncertu (jeden z nich miał tego dnia urodziny).

    Wieczorowy set Port-Royal to siłą rzeczy mieszanka kompozycji z ich dwóch albumów: starszego "Flares" i nowego "Afraid to Dance", trwający na oko jakieś półtorej godziny. Muszę przyznać że nie byłem do końca przekonany do muzyki spod znaku post-rockowego ambientu, ale teraz się to zmieniło. Co więcej, w pewnym sensie przedłużyłem sobie klimat koncertu wracając sam do domu pociągiem o północy z nową płytą w uszach i widokami za oknem na trasie Warszawa-Piastów. Z jednej strony muzyka PR wycisza, a z drugiej skłania do jakiegoś ruchu, dosłownie i w przenośni. Po małej trasie po Polsce spodziewam się kolejnej fali dobrych opinii tak jak miało to miejsce kilka miesięcy temu i podpisuję się pod nimi bez wahania.

    dla www.radioaktywne.pl