http://www.lastfm.pl/event/739386+Coke+Live+Music+Festival+2009
Chciałem napisać ranking koncertów, ale praktycznie każdy koncert na którym byłem, był genialny. Dla mnie headlinerami festiwalu byli:
Nas,
Ten Typ Mes,
Lupe Fiasco i
Warszafski Deszcz. Na szczęście się nie zawiodłem :)
Dzień Pierwszy
Pierwszego dnia interesowało mnie właściwie tylko
The Streets. Był to najlepszy koncert na jakim byłem do tej pory, no może poza koncertem Pezeta na zeszłym coke ;) świetny kontakt z publicznością, świetne kawałki, propsy za naukę kilku polskich zdań (brakowało chyba tylko Kurwa). Zdziwiłem Się gdy zobaczyłem Skinnera na scenie, bo parę chwil wcześniej spotkałem go jak sobie robił zdjęcia z ludźmi i wpieprzał kebaba. Szkoda, że go nie rozpoznałem, bo byłaby fajna pamiątka. Teraz wiem, że zostanę fanem Streetsów. Po niesamowitej zabawie, ruszyliśmy w stronę Coke Stage zobaczyć "debiut roku"
Kumka Olik. Po przesłuchaniu paru kawałków na ich stronie myspace mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać. Niestety miałem rację, bo 5 minutach ruszałem obok na piwko, żeby zmiękczyć swój umysł przed
The Killers.
Human było słychać z daleka. Dziwnie zaczęli koncert swoim największym hitem. Prawdopodobnie po to by zniechęcić przypadkowych ludzi do posłuchania reszty koncertu. Mnie zniechęcili i po męczącej podróży czas wreszcie ruszyć do namiotu odespać noc.
Dzień Drugi
Dzień drugi zaczął się bardzo przyjemnym koncertem
O.S.T.R.a. Mimo, ze nie przepadam za twórczością Adasia, bawiłem się nieźle. Wraz z Kochanem i kolesiem w białej koszulce (dajcie mi znać kto to był, bo spodobał mi się) zagrali najlepsze kawałki Ostrego. Po tak przyjemnym rozpoczęciu dnia czas było trochę ochłonąć i na teren festiwalu powróciliśmy dopiero na największą niespodziankę eventu
Łąki Łan. Nigdy bym się nie spodziewał, że paru dorosłych facetów przebranych za robaki mogą dać takiego czadu. Słuchało się fajnie, szkoda, że zaraz grał
Lupe Fiasco, bo na pewno bym został do końca. Lupe zagrał dobry koncert. Zabrakło mi jednej piosenki, ale i tak było super. Na początku prawie dostałem butelką i zacząłem się zastanawiać czy napewno z nim jest wszystko w porządku. Z każdą piosenką było coraz lepiej, a solówka perkusisty i salto Lupe sprawiło, że byłem w ekstazie. Później spotkaliśmy perkusiste na piwie przy Coke Stage, wielki, a zarazem miły człowiek podarował nam piwo i cyknął sobie z nami fotkę. Po swoim pierwszym headlinerze tego festiwalu byłem w niebo wzięty i ciężko było sobie wyobrazić że może być lepiej. Jednak mogło...
50 Cent razem ze swoją ekipą
G-Unit dał bardzo dobry koncert hip hopowy. Nie wiem czego się spodziewali ludzie, którzy mówili, że się rozczarowali. Miał chodzić na szczudłach, na rękach? Czy przez cały koncert miał skakać na jednej nodze? Hit za hitem, z przerwami na przebranie się, które całkiem przyjemnie zapełniali
Lloyd Banks &
Tony Yayo. Motyw ze spaleniem blanta niesamowicie bezczelny, a zarazem śmieszny, brakowało tylko by FORTy wkroczyły na scenę razem z policją ;). No i oczywiście "Fuck you fifty" i jego czuję się jak w domu. Niesamowicie naładowani ruszyliśmy biegiem na
Warszawski Deszcze. I tu niestety się zawiodłem, choć na koncercie bawiłem się nieźle. Byli całkiem nieźle najebani, Tede który mylił się we własnych tekstach, rozmowy na scenie kompletnie nie dające się zrozumieć, troszkę rozczarowały. Ale nieśmiertelne hity z repertuaru Numera oraz Tedego zapewniły dobrą zabawę. Numer czekamy na druga Płytę ;)
Dzień Trzeci
Zaczął się całkiem zajebiście, już o 18 zagrał
Ten Typ Mes wraz ze
Stasiakiem i Dj Hubsonem. Był to jeden z lepszych koncertów na jakim byłem w życiu. Mimo, że prawie na trzeźwo, z zakwasami od machania łapą, bawiłem się zajebiście. Szkoda, że się nie załapałem na rudą, ale trudno. Nadrobiłem w namiocie ;) Zagrali swoje najlepsze piosenki, pokręcili bekę, generalnie było zajebiście. Niestety harmonogram Coke jest napięty i nie pozwolili im zagrać jeszcze jednej piosenki, tak samo jak na Warszafskim Deszczu. Szkoda, bo zostało jeszcze sporo ludzi pod sceną i musieli odejść z kwitkiem. Następnym koncertem był koncert
Shaggy'iego. Nie spodziewałem się, że to będzie takim show. Jego Mr. Love, love i strzał z biodra zapamiętam długo :). Na koniec organizatorzy postawili
Nasa i było to bardzo dobrym posunięciem, gdyby nie deszcz sądzę, że więcej osób by się bawiło na tym koncercie, bo liczba osób nie była aż tak imponująca. Co do samego koncertu czułem się jak w niebie a kawałek
One Mic rozwalił mnie i wiele innych osób doszczętnie. Z każdym utworem było coraz lepiej i mimo początkowego
Hip Hop Is Dead, Nas pokazał, że Hip hop nie umarł i trzyma się na wysokim poziomie. Wystarczy wejść na youtube i zobaczyć co pokazał NAS i jak się ludzie bawią, by żałować, że się tam nie było ;)
Małe podsumowanie
Porównując tegorocznego coke z zeszłorocznym w kwesti organizacji było parę różnic.
1. Pole namiotowe
Pole tym razem podzielone na 6 części, a nie na 4 sprawiało wrażenie ciut większego, punkt ładowania baterii był gorzej zorganizowany niż w zeszłym roku przynajmniej jeśli chodzi o estetykę, plus za automaty z kawą, ale ich cena przerażała. Prysznice, masakra, mniej i brak porządnego zamknięcia powodowały, że strach się było schylić po mydło ;) O obiecanym punkcie gastronomicznym można było tylko pomarzyć, niby jakieś strzałki były, ale nie udało mi się znaleźć.
2. Teren Festiwalu
róznił się szczegółami, najbardziej widoczną różnicą był Burn Stage, który został pomniejszony i dorzucono punkt sprzedaży burn.
3. Trzepanko
W tym roku położyli na to duży priorytet. Sprawdzali wszystko torby, plecaki, czapki, papierosy i to i na polu namiotowym i przy wejściu na teren festiwalu. Ciężko było wnieść coś niedozwolonego, ale dla chcącego nic trudnego jak to się mówi ;) Patrząc na progres trzepania, w przyszłym roku chyba trzeba będzie się rozebrać i na golasa przez te bramki przechodzić.
Mimo wszystko było mega, najlepsze 5 dni w moim życiu ;) do zobaczenia za rok :)
Ps. Jak nazywał się koleś w białej koszulce co grał razem z Ostrym ?
Ps 2. Jak nazywał się perkusista Lupe Fiasco ?