Miało być wczoraj, ale jest dzisiaj. Bo tak. Bo jestem leniwy i był sprawdzian z historii, ale nie będę zagłębiać się w zagadnienia na temat kolonizacji w XIX wieku, ani tym bardziej w zawiłości wojny Burskiej (nie wspominając, że była to walka Brytyjczyków z Holendrami xD )
O czym to ja miałem pisać? Aha Etap 3. Czyli teraz.
Na początek wyjaśnie co oznacza teraz, oraz czym ten etap się charakteryzuje. Jak słucham? Leci cały album, musowo. Dlaczego tak? Bo trzeba posłuchać w kontekście całości, opatrzeć fajniejsze kawalki, oraz mieć ogarnięta bibliotekę. Jeżeli jest ok, poleci nawet dyskografia, lub inne albumy, jeżeli nie daj Boże natrafiłem na trefny kicz z ryniawy, daję sobie spokój, ale zostawiam. Znów wyjaśniam dlaczego: po 1. może kiedy będę zgrzybiałym starcem mi się to spodoba, a tym bardziej nie usuwam z biblioteki, by pozostał ślad, że przesłuchałem tego, więc jestem upoważniony do wygłoszenia swojej decyzji, do zgnojenia i wywyższenia. Bo słuchalem. Bo szczytem bezmyślności jest wydawanie opinii bez znajomości tematu, a takich cwaniaków nie brakuje. Znow pojawia się także założenie znane z poprzedniej części tego wywodu, a mianowicie o odgórnym klasyfikowaniu gatunkow, wykonawców. A kiedy się to zaczęlo? Ciężko jednoznacznie wskazać datę, gdyż granice w pewnym sensie są płynne, jednak taki model rozpoczął się z pewnością od Płyty
Viva La Vida And Death And All His Friends ustrzelonej zresztą calkiem przypadkowo, bo po obejrzeniu powodującego powszechny szękopad traileru danej grupy i zapowiedzi o dostępności w iTunes. 30s filmu upewnilo mnie co do decyzji, że warto się skusić. I to była w sumie pierwsza poważna płyta przesłuchana od deski o deski od tamtej chwili ponad 60 razy. Nie licząc samego Viva la vida, które ma najwięcej odtworzeń w mojej bibliotece (ok. 140 bodajże). Niemniej nie słucham już tyle moich wcześniejszych idoli, lecz nadal uważam ich za realnych artystów. U mnie nie występuje takie coś jak znudzenie się. Mogę zrobić przerwę, lecz t co mi się podobało, będzie mi się podobalo nadal. Po kilkukrotnym odsłuchaniu (z włączonym scrobblingiem) nadeszło pytanie: co dalej? Bo od czego zacząć, czego posłuchać nie miałm pojęcia, jednak wiedziałem, w jakim modelu będzie się to odbywało. Znów z pomocą przyszła moja ulubiona firma i marka, mowa oczywiście o Apple, które wydało wówczas nową serię iPodów. Zapolowalem więc na albumy występujące w reklamach i tak spotkałem się po raz pierwszy z takimi arcyklasykami jak:
Justice,
Calvin Harris,
New York Dolls,
CSS,
Jazmine Sullivan czy
Interpol oraz z wieloma innymi mniej lub bardziej lubianymi przeze mnie. Oczywiście osłuchalo mi się to prędzej lub później, ale znalazłem najlepszą moim zdaniem metodę do odnajdywania odpowiadających mi wykonaców. Oglądałem filmy, reklamy, okładki, patrzyłem w portalach i próbowałem, zawsze znalazły się perełki. Później nadeszła chęć na klasyki jak Depeche Mode, U2, reszta dyskografii Coldplay, Led Zeppelin, Rolling Stones, jednak mój można powiedzieć przeważająco rockowy gust z The Kilers, The Kooks i innymi zespołami na The zachwycającymi wspaniałym brytyjskim akcentem zacął ustępować brzmieniom syntezatora, jednak nie techno, lecz klasycznemu electro, skłaniającemu się dość mocno w elektroniczny hardcore i trash. Zaczęło się od legendy Daft Punk, później przyszło LCD Soundsystem, Boys Noize, Crystal Castles, Moby, Mr. Oizo, The Prodigy, Soulwax, Teenage Bad Girl, Toxic Avenger i wielu innych, których nie sposób tutaj wymienić, jednak chętnym polecam przestudiowanie mojej biblioteki i wypróbowanie wykonawców z ponad 100 odtworzeniami u mnie, można liczyć, że okaże się to czyms ciekawym.
Zaczęły wysychać również źródła 'próbkowe', reklamowe i inne. Docierałem do coraz bardziej egotycznych formacji i scey alternatywnej, działającej poza mainstreamem. Tutaj pomaga (pozdrowienia) kolega Marco, podzielający większość moich muzycznych upodobań i doszo do zapoznania z równie genialnymi wykonawcami jak choćby M83, Shinichi Osawa, Picture Plane, Ladytron, Goose, Deadmau 5, Danger, DatA, Camuflafge czy Deichkind. Nie wszystko jest idealne, jednak z pewnością da się tego słuchać. Niektórych nawet bardzo się da (znów odsyłam do swojej biblioteki). Zauważyłem jednak, że coraz trudniej o coś dobrego, szczególnie z ogolnodostępnych albumów, nie mówiąc o Epkach, jednak udaje się czasem dostać coś ciekawego. Ostani album Muse i Jaya-Z nie zawodzi, jednak są to odstępstwa od normy. A bardzo pozytywny Culture Prophet jest niemalże niedostepny (nie liczac marncyh kilku utworów na last.fm) A 50 odtworzeń w pierwszy dzień słuchania samego utworu Hustler (na dzień dzisiejszy polecam wraz z teledyskiem na You Tube) odkryteg oznów dzięki M :P
Ostatnie kilka (naście?) linijek było o electro, jednak nie oznacza to, że zatraciłem się w tym gatunku (choc nie ukrywam, że jest to jeden z bardziej mi odpowiadających). Indie, alternative czy nawet industrial nadal pozostają mi bliskie, a także starzy wykonawcy The Killers, Kings of Leon, wesołe Boys like Girls, Paramore, All American Rejects, oraz Breaking Benjamin, Three Days Grace, i Radiohead. Ale to znów jedynie naparstek doświadczeń z tym gatunkiem. Wymieniać mógłbym długo, jednak muszę wspomnieć, że dowodem, że nie gości u mnie w głośnikach monopol na muzykę warto dodać, że nie spotkałem jeszcze osoby, z którą niemiałbym żadnego wspólnego wykonawcy.
Jeżeli chcesz mi coś polecić, wal śmiało, chętnie odkryję coś nowego.
Ale bez pierdolenia, nawaliłem tego tekstu, że sam nie wiem do końca o czym to ma być. Ale niech jest. Co ma wisieć nie utonie.