Tak się złożyło, że mimo spędzania każdego dnia, począwszy od 16. sierpnia 2005 roku, na Lastfm.pl (wcześniej Last.fm), nie udało mi się napisać ani jednego słowa w Dzienniku. Ale stało się coś, co wzmogło we mnie chęć uczynienia kroku do przodu. Oto otwieram usta zainspirowana wczorajszym koncertem. A wczoraj, w krakowskim klubie Rotunda usłyszeć i zobaczyć można było tzw. francuskich Mistrzów muzycznych interpretacji, a mianowice grupę Nouvelle Vague.
Wystartowali o 20:30. Poprzedzała ich krótka rozgrzewka w wykonaniu ciemnoskórego, miłego pana, którego nazywają Gerald Toto. Wyszedł, jakby zawstydzony, z podniszczoną gitarą elektro-akustyczną. Zaczął grać, pytolić niemal. Pomyślałam What the fuck?! I będzie tak nudził? Ku mojemu zdziwieniu rozkręcił się, jak wstrząśnięta butelka Coca-Coli. A jego miny. Bezcenny widok. Zrobiłam mu kilka zdjęć, ale Pan Ochroniarz w bluzie EVERLAST grubym głosem, bardzo serio zwrócił mi uwagę. Aparat schowałam. Nie podobał mi się ten Pan, bo w trakcie koncertu jadł niezgrabnie owiniętą w folię aluminiową kanapkę z szynką.
Wracając do koncertu. Po występie Geralda przyszła kolej na gwiazdę wieczoru. Oto w całej swej krasie ukazali się oni. Marc Collin i Olivier Libaux. A wraz z nimi Nadeah Miranda i Sophie Delila (z charakterystyczną, ogrooomną fryzurą) w towarzystwie perkusisty i kontrabasisty. Zaczęli nieznanym mi utworem Hundres Years. Później przyszła kolej na utwór otwierający ich najnowszą płytę: Master and Servant. Publika szalała, a ja wraz z nią. Stojąc przy samych barierkach nie dało się nie wejść w rytm muzyki.
Nadeah podgrzewała atmosferę skacząc, krzycząc, piszcząc. Po każdej piosence musiała poprawić frywolnie upięte wcześniej włosy, które pod wpływem tańca rozpinały się, opadając na jej twarz i ramiona. Sophie, spokojniejsza od koleżanki, kiwała się w rytm utworów, tańczyła. Pięknie śpiewała spokojniejsze utwory. Dziwnie to brzmi "spokojniejsze". Przecież na płytach wszystkie są spokojne. A koncert był inny. Żywiołowy i ekspresyjny. Olivier skakał na swoim krzesełku, śmiał się. Marc, stojący przy klawiszach, wydawał się być mocno skupiony, od czasu do czasu puszczał oczka dziewczynom.
Myślę, że epicentrum nastało wraz z wyczekiwanym przeze mnie utworem
Następny musiał być Johnny and Mary. Ania została sama na scenie. Wyśpiewała "swój" utwór. Z charakterystycznymi dla niej wrażliwością i zaangażowaniem.
Przy okazji Don't Go uświadomiłam sobie, że śpiewa go Gerald. Ten sam, który tworzył support. Słuchając płyty byłam święcie przekonana, że to kobieta.
Koncert zakończył się utworem
Światła zgasły. Zeszli ze sceny, aby powrócić po gromkich brawach. Na dokładkę dostaliśmy Relax w wykonaniu Geralda,
Koncert trwał przeszło 2 godziny, wliczając występ Geralda. Jak dla mnie o kolejne 2 godziny za krótko.
Oczywiście musiałam zdobyć setlistę. A do tego plakat z autografami Oliviera, Marca, Nadeah i Ani. Krótka wymiana zdań, gratulacje.
Pełny spis utworów:
01. Hundred Years
02. Master and Servant
03. Ever Fall In Love
04.
05.
06. Human Fly
07.
08.
09.
10. Sex Beat
11.
12. Johnny and Mary
13. Don't Go
14. Heart Of Glass
15. Israel
16.
17. Dance With Me
18. Bela Lugosi's Dead
19. friday night
20.
Encore:
21. Relax
22.
23. In a Manner of Speaking