Pia 6 XI – Kult, Zacier
Listopad to najmniej estetyczny miesiąc w Polsce, tak powiedział
Kazik, zapowiadając ,,Gdy nie ma dzieci". Muszę się z tym zgodzić, chociaż urodziłam się w listopadzie, to okropny miesiąc, listopad, prawie koniec świata.. Okropny jest listopad w Katowicach, rozkopane ulice, drazniący zapach asfaltu, deszcz bez końca. Chyba trudno tu żyć.
Właśnie w ten parszywy miesiąc do tego parszywego miasta przyjechał
Kult.
Trwały roboty drogowe; na ulicach długie sznury samochodów, które nie mogły ruszyć. Światło zmieniało się na zielone, a one nie posuwały się nawet o kilka centymetrów. Mogłyśmy iść między nimi, samym srodkiem jezdni, samym środkiem skrzyżowania, jak u Cortazara w ,,Południowej autostradzie", między białym fordem i dauphine, zahaczając o ich lusterka.
Miałam w głowie tą całą surrealistyczną ulicą, całe to miasto, kiedy zaczynał się koncert. Najpierw na scenie pojawił się
Zacier, najgorszy support, niemal tak irytujący jak Katowice. Rozwrzeszczany wokalista, beznadziejne teksty, co chwilę patrzyłyśmy na zegarki, jak to dobrze, że support ma ograniczony czas!
Wreszcie przyszedł czas na
Kult. Pierwsza piosenka z pierwszej płyty - "Wspaniała Nowina". Pierwsza piosenka z nowej płyty. Widać, że bycie w trasie służy
Kazikowi. Nonszalancki, pełen energii, biegał po scenie i wkładał duszę w każdy utwór. Właściwie, całemu zespołowi służy trasa - przyjemnością było słuchać naelektryzowanego głosu
Kazika i długich solowych akcji, na jakie pozwalali sobie muzycy
Kultu.
Kazik nie jest artystą, który raz po raz rzuca publiczności zabawne uwagi i nawiązuje świetny kontakt z tłumem. Raczej introwertyk, skupiony na muzyce, takie miałam wrażenie po wrześniowym koncercie
KNŻ. Tym razem naprawdę się starał, przed niemal każdym utworem mówił jakieś dwa zdania, wprowadzał w klimat, przynajmniej na początku koncertu. I czytał dedykacje, rzucane przez ludzi stojących tuż przy scenie. To było urocze.
Grali najbardziej znane utwory: świetnie wyszła ,,Brooklińska Rada Żydów", przez te kilka minut zespół stworzył klimat jak na bar micwie, jak w brooklińskiej wersji ,,Historii z cynamonem"; ,,Lewe lewe loff" bardziej emocjonalne niż na płycie, z melancholijnym ostatnim wersem, jak nóż prosto w serce; anarchistyczno - melodyjna ,,Wódka", ,,Baranek" - och! Mistrzoswo!!
Kiedy zabrzmiały pierwsze takty, publiczność zaczęła śpiewać razem z
Kazikiem, ale mało kto wytrzymał narzucone przez zespół tempo. Przy zawrotnej muzyce
Kazik, z idealną dykcją!, śpiewał coraz szybciej. A potem melodyjny refren. I wygłupy.
Grali utwory z nowej płyty, trudno mi będzie nie uśmiechnąć się, kiedy spotkam jakąś Marysię, bo w głowie mam te wyspiewane przez
Kazika linijki ,,Marysiu, powiedz że/ Marysiu, proszę Cię/ Że to nieprawda, że facetem jesteś Ty". Grali trochę zapomnianych czy raczej rzadko pojawiających się melodii. A wszystko perfekcyjne i super.
I na koniec ,,Sowieci"!!! :)
I potem, kiedy już wychodziłam, znowu w to miasto, w noc, nieprzytulne światło latarni, szumiał mi w głowie ,,Baranek", nie żałowałam nawet, że nie pojadę za kilka dni na koncert
Placebo i zazdrościłam dzieciom
Kazika, że mają takiego ojca.