Okres przedświąteczny nijak pasuje mi pod bieszczadzkie KSU, lecz jednak nagle, jakimś dziwnym trafem, przypomniało mi się o albumie "Moje Bieszczady", który uważam za szczytowe osiągnięcie zespołu. Przy okazji, jest to jedna z ciekawszych, polskich płyt z początku ostatniej dekady XX wieku.
Pod względem muzycznym "Moje Bieszczady" plasują się wyżej nie tylko od nie do końca udanych "Ustrzyk", ale również od mocnego debiutu w postaci "Pod Prąd". Całość wydaje się być przede wszystkim bardziej dopracowana - wyraźnie słychać, że bieszczadzcy artyści dysponowali sprzętem z nieco wyższej półki, zaś sam krążek nagrywano w lepszym studio. Wydaję mi się też, że na trzeciej płycie w dyskografii KSU pokuszono się o ciekawsze kompozycje. Wprawdzie proste i zadziorne punkowe numery miały swój urok (choćby legendarne "Jabolowe Ofiary"), to jednak trudno nie zauważyć tego, że tym razem trochę bardziej przyłożono się do tworzenia poszczególnych piosenek. Nie można rzecz jasna mówić o większym wirtuozerstwie, ale trudno również odmówić wyjątkowego klimatu tytułowym "Moim Bieszczadom" (obu częściom).
Liryczną stronę albumu cenię właściwie jeszcze bardziej. Lubię teksty zahaczające o tematy polityczne, a tych na płycie znalazło się przecież całkiem dużo. Sporo miejsca zajęły utwory, w których podejmowane są sprawy, wynikające z transformacji ustrojowej ("Runęły mury", "Ostatnia pieśń o wolności", "Wielki bazar", "4 lipca w Warszawie"). Oprócz tego, ze strony muzyków KSU spada fala krytyki na konflikt na Bałkanach ("Na trupach Jugosławii"). O ironio, najbardziej upodobałem sobie jednak utwory odchodzące od ściśle politycznych tematów, w tym przede wszystkim "Wojnę w imię", "Wojownika" i - co chyba jasne - tytułowe "Moje Bieszczady", które w genialny sposób oddają klimat najbardziej dzikich, polskich gór.
Raz na jakiś czas ten album musi zagościć w moich głośnikach, przez co być może przy jego ocenie brakuje mi nieco dystansu. Możecie więc wziąć na to drobną poprawkę, choć nie chce mi się wierzyć, że, lubiąc okołopunkowe klimaty, "Moje Bieszczady" się nie spodobają. Gorąco polecam!
My favorite artists by genre. Just making this so later on I can see how my taste has changed. At least 2 artists per genre, no more than 10. Artists can appear more than once if they work with many genres.
Recently I saw something like this in journal of someone else and I decided to made my own.
I put here only bands from my TOP 50 of last year.
So let's see, which nation is the most popular in my TOP 50.
W tym roku organizatorzy postanowili rozszerzyć formułę konkursową, dzięki czemu na dużej scenie zobaczyliśmy i usłyszeliśmy 11 zespołów z różnych krajów, w tym dwóch reprezentantów Polski. Pierwszego dnia zagrały: Saluminesia - zwycięzca ubiegłorocznego konkursu, czeski Sputnik, niezwykle energetyczny Dis-ney z Rosji oraz ukraińska Karna. Drugiego dnia zaprezentowały się kolejno: Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, przesympatyczni Węgrzy z Vian, Metropolis ze Słowacji oraz finowie z Tuvalu. W sobotę zobaczyliśmy występy białoruskiego zespołu Абшар, zwariowanych i kipiących energią Anglików z BlakFish oraz moich faworytów - serbskie Popečitelji (ach ten bas!).
Zgodnie z moimi przewidywaniami, największą publiczność zgromadził Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach i to właśnie on zgarnął nagrodę publiczności. Nagrodę przyznawaną przez dziennikarzy otrzymał Metropolis, natomiast główna wygrana przypadła zespołowi BlakFish, który nie ukrywał swej radości i ponownie wystąpił na dużej scenie (tym razem w towarzystwie szalonego WWF-skiego niedźwiedzia polarnego ;)).
W porównaniu z ubiegłorocznym konkursem różnorodność była ogromna, oryginalność i poziom również nieporównywalnie wysokie.
DZIEŃ PIERWSZY:
Pierwszy dzień festiwalu otworzył tarnowski zespół Totentanz. Miałam okazję oglądać ich w 2007 r. na trasie promującej trzeci album Riverside. Moje wspomnienia z tego wydarzenia nie są zbyt pozytywne, więc z premedytacją opuściłam większą część ich występu.
Po części konkursowej pojawiły się chmury i zerwał się niezbyt przyjemny wiatr, na który nie byłam przygotowana, więc trzeba było przebrać się w cieplejsze ciuchy, wskutek czego ominęła mnie Renata Przemyk i pierwszy, przygotowany specjalnie na ten festiwal, jubileuszowy koncert.
Po powrocie na pole koncertowe, stroił się już Renton. Nie porwali mnie swoją muzyką, dlatego też po wysłuchaniu kilku utworów, oddaliłam się od sceny i zaciekawiona wstąpiłam do namiotu TVP Kultura, w którym wyświetlano koncert Dżemu z ’91 r. warszawskiego Remontu. Były śpiewy, tańce oraz łzy.
Nawet się nie spostrzegłam, gdy na scenie zaczęto instalować sprzęt Lao Che. Po ostatnim klubowym koncercie w Warszawie, który powalił mnie na kolana, byłam przepełniona nadzieją, że może tym razem uda mi się wreszcie przekonać do ich twórczości. Niestety w połowie koncertu, lekko znudzona i zmęczona, oddaliłam się od sceny by na spokojnie wyczekiwać utworów z jedynej płyty Lao Che, która w pełni przypadła mi do gustu. Jednak jedynym reprezentantem „Powstania Warszawszego” okazał się „Czerniaków” (zagrany zresztą w niezbyt ciekawy sposób). Rozczarowanie. Duże rozczarowanie.
Po szybkiej i sprawnie przebiegającej wymianie sprzętu nastąpiła chwila, której długo wyczekiwałam… Na scenie pojawił się Oceansize! Dzięki temu, że Brytyjczycy grali jako przedostatni, pod sceną zebrało się niewiele przypadkowych osób i tym samym nikt nie zepsuł tego wspaniałego, magicznego klimatu, jaki udało się stworzyć zespołowi oraz Panom odpowiadającym za oświetlenie sceny (A co! To też ich zasługa! :)). Bez wątpienia był to jeden z najlepszych koncertów tegorocznej edycji festiwalu. Niecierpliwie czekam na płytę i kolejne koncerty w Polsce.
Set lista:
1. One Out Of nONE
2. Unfamiliar
3. The Charm Offensive
4. Women Who Love Men Who Love Drugs
5. A Homage to a Shame
6. Trail of Fire
7. You Can't Keep a Bad Man Down
8. Ornament/The Last Wrongs
Ostatnim wykonawcą, wieńczącym pierwszy dzień festiwalu, był wrocławski zespół Hetane. Bardzo chciałam ich zobaczyć, jednak senność zwyciężyła i nie udało mi się doczekać nawet do pierwszego utworu… Wielki minus dla organizatorów za wrzucenie ich na szary koniec.
DZIEŃ DRUGI:
Pierwszą gwiazdą drugiego dnia Eko Union of Rock była Armia. Widząc, iż przypadło im granie koncertu przy dziennym świetle, miałam wiele obaw, jak wypadnie materiał z „Der Prozess” pozbawiony całej otoczki wizualnej, jaka towarzyszyła klubowej części trasy promującej najnowszy album. Na szczęście moje wątpliwości okazały się bezpodstawne, a nowy materiał nie stracił ani trochę na swojej mocy. Bardzo dobry koncert i świetne warunki do fotografowania (po raz drugi brawa dla oświetleniowców!). Szkoda, że ktoś popełnił falstart i przerwał „Animę” festiwalowym dżinglem. Dodam jeszcze, że dość interesującym zjawiskiem występującym pod sceną, był pewien podchmielony mężczyzna, który przez większość koncertu Armii krzyczał „Brylu napierdalaj!”. :D
Set lista:
1. Opowieść zimowa
2. Poza prawem
3. Popioły
4. Zły porucznik
5. Proces
6. Statek burz
7. Katedra
8. Przed prawem
9. Anima
10. Underground
Następnie na scenie pojawiła się wybuchowa mieszanka polsko-ukraińska, czyli Voo Voo i Haydamaky, którzy jakiś czas temu wydali wspólny album. Było niezwykle kolorowo, energetycznie i żywiołowo. Na scenie działo się bardzo dużo, a poszczególni muzycy co i raz pokazywali, że nie tylko świetnie brzmią jako zespół, ale również każdy z osobna jest wspaniałym instrumentalistą. Zaangażowanie, uśmiech i ogromny luz na scenie – tak w kilku słowach można podsumować to, co zobaczyliśmy. Najlepszy koncert festiwalu! Z niecierpliwością będę wypatrywać kolejnych koncertów.
Po tym emocjonującym występie przyszła pora na drugi jubileusz festiwalu… 20-lecie zespołu Acid Drinkers. Z tej okazji Kwasożłopy postanowiły oddać hołd innej kapeli, która również ma srogie powody do świętowania. Chodzi oczywiście o legendę hard rocka – Led Zeppelin, którzy obchodzą w tym roku 40-tą rocznicę wydania swoich dwóch pierwszych płyt. W związku z tym na scenie pojawiła się Ewelina Flinta oraz Piotr Cugowski, którzy wspomogli wokalnie Titusa w kilku utworach. Pierwsza cześć koncertu wypadła znakomicie. Flinta i Cugowski pokazali potęgę swoich głosów i doskonale sprawdzili się w tym wspaniałym repertuarze, aczkolwiek Titus wcale nie był gorszy od kolegów. Jego forma wokalna przeszła moje wszelkie wyobrażenia! Dodatkowo porzucił granie kostką i zaczął szarpać struny palcami, co nadało zespołowi zupełnie innego (lepszego! - nie wstydźmy się tego słowa :)) brzmienia. Druga część była zarezerwowana dla Kwaśnego materiału i tutaj już mniej mi się podobało. Wyszło dość przeciętnie jak na Acid Drinkers i niezbyt zaskakująco (nie licząc oczywiście niesamowitego i zupełnie niespodziewanego Del Rocca). Generalnie wyglądało to tak, jakby 40-lecie Zeppelinów było ważniejsze od ich własnych 20-tych urodzin. Niemniej i tak miło było zobaczyć ich w Węgorzewie i wreszcie przekonać się na własne oczy o potędze Jankiela.
Set lista:
1. Kashmir
2. Communication Breakdown
3. Immigrant Song
16. The Jocker
17. Swallow The Needle
18. Pizza Driver
Następnie na scenę wskoczyła druga zagraniczna gwiazda festiwalu. Biohazard to mega legenda nowojorskiej sceny HC, która w zeszłym roku postanowiła wznowić działalność. Niestety na koncercie zabrakło Billy’ego Graziadei, któremu tego samego dnia urodził się syn. W zastępstwie zagrał Scott Roberts znany z ostatniego albumu „Means to an End”. Już na samym początku Evanowi udało się złapać doskonały kontakt z publicznością, który utrzymywał się do ostatnich minut koncertu. Poza „old school shit” usłyszeliśmy także „Victim in Pain” - cover Agnostic Front oraz „We're Only Gonna Die” z repertuaru Bad Religion. Niesamowicie energetyczny koncert, przy którym nie dało się stać w miejscu. Jeżeli w Stodole zaprezentowali się równie dobrze, to padam na kolana i biję pokłony legendzie! Nowy album zapowiedziany został na 2010 rok, więc niewykluczone, że jeszcze będziemy mieli okazję zobaczyć ich w naszym kraju.
Na deser zagrał łódzki L.Stadt, który z ogromną przyjemnością odpuściłam.
DZIEŃ TRZECI:
O 17:00 na placu koncertowym zebrał się całkiem pokaźny tłum, zupełnie niespotykany w poprzednich dniach o tej porze. A wszystko za sprawą KSU, którzy grają już od 30 lat i wpisali się na stałe w historię polskiego punka. Dla mnie był to jeden z najsłabszych koncertów festiwalu, ale zabawa pod sceną wskazywała na to, iż byłam w tym odczuciu raczej osamotniona. Mimo, że fanką KSU nie jestem, to przykre jest, że kapela z takim stażem została wrzucona na sam początek i to właśnie jej przypadło otwarcie ostatniego dnia festiwalu.
Po koncercie konkursowym na scenie pojawiła się polsko-norweska grupa De Press, która w swojej muzyce łączy punka z ludowymi melodiami prosto spod Tatr. Tutaj również się lekko zawiodłam. Gdyby nie szlifierka oraz widok zaskoczonych min ochroniarzy, którzy z przerażeniem obserwowali poczynania Andrzeja Dziubka i wylatujące spod beczki iskry, to chyba bym zasnęła na barierce.
Paradise Lost w przeciwieństwie do koncertu, który miał miejsce kilka lat temu na warszawskich juwenaliach, niesamowicie przynudzali, więc zamiast męczyć się pod sceną odwiedziłam stoisko z wegetariańskim żarciem i pognałam do namiotu TVP Kultura, w którym akurat wyświetlali dokument o… Paktofonice. Tak, tak, Paktofonika również znalazła swoje miejsce na rockowym festiwalu. :) Po zakończonym występie Paradise Lost poleciałam się pakować i wróciłam na ostatni numer Myslovitz, którzy pomimo zachęty ze strony konferansjerów, olali swoją publiczność i nie zechcieli wyjść na bis. No cóż…
Festiwal zamknął Oddział Zamknięty, który zagrał specjalny koncert podsumowujący ich 30 lat działalności. Podobnie, jak na akustycznych koncertach w Warszawie, na scenie znów pojawiły się bongosy i klawisze, więc wygląda na to, że instrumenty te znalazły stałe miejsce na koncertach OZ, co mnie niezwykle cieszy. Wszystko zaczęło się od pokazu sztucznych ogni i intra, które przeszło w przebojowy „Ten wasz świat”. Podobnie, jak przy poprzednich jubileuszowych koncertach, również OZ wystąpił z niezwykłymi gośćmi. W utworach „Odmienić los” i „Nazajutrz” pojawili się muzycy zespołu TSA – Andrzej Nowak oraz Marek Piekarczyk. Połączenie to byłoby idealne, gdyby Piekarczyk bardziej się przygotował i nie śpiewał tekstów z kartki. Drugim gościem była Krystyna Prońko, która w duecie z Cezarym Zybałą przepięknie (!) zaśpiewała „Rzekę” oraz „Ich marzenia”. W utworach „Pokusy” i „Twój każdy krok” usłyszeliśmy pierwszego wokalistę zespołu - Krzysztofa Jaryczewskiego. Po „Pokusach” musieliśmy lecieć na PKS do Warszawy, więc nie wiem czy w końcu pojawił się Robert „Jaka to melodia?” Janowski. Gdy szliśmy z plecakami w stronę dworca, po Węgorzewie nosiła się muzyka Oddziału Zamkniętego, a mnie było niezwykle żal, że nie mogłam do końca zobaczyć tego wyjątkowego koncertu. Świetny występ godny 30-tych urodzin. Sto lat!
Na dodatkowe wyróżnienie zasługuje konferansjerka. Panowie z Kuśka Brothers wykazali się oryginalnością, pomysłowością oraz niezwykłym poczuciem humoru, które niejednokrotnie doprowadziło mnie do łez. Negatywne wyróżnienie wędruje do ochrony. W niedzielę, będąc na koncercie Dropkick Murphys w warszawskiej Progresji, z podziwem i uśmiechem na twarzy patrzyłam na pracę ochrony, która traktowała publiczność jak przyjaciół zespołu i wręcz zachęcała do zabawy. Niestety w Węgorzewie fani byli traktowani jak wrogowie i zagrożenie dla muzyków, co nawet pozwolił sobie skomentować ze sceny Evan Seinfeld – lider Biohazard. No cóż, „mieszkam w Polsce”…
Do zobaczenia za rok!
Zaczęło się od tego, że we wtorek wsiedliśmy w nocy autobus do stolicy. Po długich 15 godzinach jazdy szczęśliwie udało nam się dotrzeć do w tamtym akurat momencie, słonecznego Węgorzewa. Była to środa, 8 lipca. Dzień zerowy ;). Odebranie karnetów i te sprawy. Potem naszym oczom ukazało się błotniste, wówczas puste jeszcze, pole namiotowe. Znaleźliśmy sobie miejsce przy rzece. Rozbiliśmy się, rozpadało się... I potem pogoda szalała już przez cały festiwal.
Wieczorem zaczęła się integracja nad Węgorapą. "Utopimy wszystkie emo w Węgorapie..." :D. Była gitara, dużo śmiechu i rzecz jasna legendrane trunki czyli Biały Patyk i te sprawy. Po pewnym czasie, zimno skutecznie mnie przegoniło.
I nastał dzień pierwszy, czwartek. Około 12 rozpoczęły się koncerty na małej scenie. Trochę posłuchaliśmy trochę popadało... Akurat tak się złożyło, że udało mi się usłyszeć późniejszych zwycięzców konkursu :). Po przeegzystowaniu reszty dnia, przed 17 udaliśmy się na plac koncertowy.
Festiwal na głównej scenie, rozpoczął zespół Totentanz. Zagrali bardzo przyjemnie. Ludzi było jeszcze niewiele, słoneczko świeciło. Po Totentanzie, przyszedł czas na zespoły konkursowe. Rozpoczęli laureaci zeszlorocznego konkursu na małej scenie, zespół Saluminesia. Grali specyficznie, nieco smętnie. Skojarzyli mi się od razu z KDZKPW, Negatywem i nieco z Muchami. Później na scenie pojawił się zespół Sputnik z Czech. Zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Wokal, muzyka... Po prostu nie. Następnie przyszedł czas na naszych północnych sąsiadów - Kalingradzki zespół Dis-ney. Osobiście, byli moimi faworytami. Zagrali świetnie, dużo energii, kontakt z publicznością... Pod sceną zrobiło się wesoło. No i ta sekcja dęta :). Po nich ostatni zespół konkursowy - Karna z Ukrainy. W zasadzie, nie było źle. Jednak większość ich koncertu przesiedzieliśmy w magicznym namiocie WWF, ponieważ się rozpadało.
Padać przestało i na scenie została zapowiedziana kolejna gwiazda - Renata Przemyk. Nie wspomniałam jeszcze nic o prowadzących ^^. Osobistości to były ciekawe, jaźni mieli wiele. Ale wróćmy do koncertu. Renaty zbytnio nie słucham i za bardzo nie znałam... Jednak zakończyła i rozpoczęła piosenkami mi znanymi. Zaczęło się od "Babę zesłał Bóg". Wejście mocne, głos niesamowity... Podobało się. Pojawiła się też na scenie Anja Orthodox. Nie porwała mnie, ale wypadła jak dla mnie lepiej niż z zespołem Closterkeller. Druga z niespodzianek - Maria Peszek, niestety nie dotarła. "Maria awaria miała awarię". Zakończyła , śpiewając na bis piosenkę "Kochana".
Jako kolejny pojawił się Renton. Grali przyjemnie i wesoło, jednak ich koncert upłynął mi ogólnie na oczekiwaniu na występ kolejnego zespołu, chyba największej gwiazdy tego wieczoru - Lao Che. Koncert Lao był dla mnie w pewnym sensie walką o przetrwanie. Ale zagrali świetnie, jak to oni :). Głównie Gospel, pojawił się też utwór z Powstania i Guseł. Mimo wszystko czułam pewien niedosyt - za mało, za krótko... Bądź co bądź jednak - genialnie :). Po nich jeszcze Oceansize. Na początku trochę mnie zniechęcili, ale przy dwóch ostatnich kawałkach już odpływałam. Na Hetane już niestety nie zostaliśmy. I tak zakończył się dzień pierwszy...
I nastał dzień drugi, piątek. Pochodziliśmy trochę po mieście, odpoczęliśmy... I na koncerty. Zaczęło się od zespołów konkursowych. Jako pierwszy, nasz rodzimy Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Osobiście trochę się na nich zawiodłam. Lubię ich smęty, ale koncert był średni. Do tego - wokalista na siłę robił z siebie gwiazdkę... Irytowało. Na temat trzech kolejnych zespołów się nie wypowiem - Vian, Metropolis i Tuvalu po prostu umknęły mojej uwadze.
Po nich - pierwsza gwiazda wieczoru, Armia. Nie podeszli mi. Dużo hałasu, ale dla mnie nic specjalnego. Następnie na scenie pojawili się Voo Voo i Haydamaky. Najlepszy koncert wieczoru! Pozamiatali, po prostu. Podczas tego koncertu to ja byłam gdzieś ponad tą sceną. "Co goście nie robili!" Saksofon, akordeon, "szabelki"... Do tego niesamowity Waglewski na gitarze. Jedyne czego mi tak naprawdę zabrakło to własnie jego wokalu. Ale zagrali niesamowicie. Szał i odlot :).
Następnie nadszedł czas na Acid Drinkers i gości. Pierwsza część koncertu, utwory Led Zeppelin - bardzo mi się podobało. Nawet zaproszona przez zespół Ewelina Flinta dała radę. Na scenie pojawił się także Piotr Cugowski. Jeśli chodzi o dalszą część koncertu - nieźle, ale dla mnie trochę nudno. Ciężko by mi było odróżnić jedną piosenkę od drugiej,taka prawda ;).
Kolejnym zespołem była zagraniczna gwiazda -Biohazard. Muzyka mi nie podeszła - łupanka, wokal też jak dla mnie na nie... Jednak zespół ma dużego plusa za świetny kontakt z publicznością. I zrobili show :). L.Stadtnie doczekalismy. Zimno i spać ;).
I nastał dzień trzeci, piątek. Dzień niestety ostatni... Na koncerty szliśmy już spakowani praktycznie ze świadomością rychłego wyjazdu. Tego dnia ludzi pojawiło się najwięcej. Zaczęło nasze bieszczadzkie KSU. Koncert mi się podobał, zagrali przyjemnie i w ogóle. Ludzie świetnie się bawili. Siczka raz zapomniał tekstu, ale mu to wybaczymy. Później znów konkurs... Rozpoczął go tym razem zespół Abszar. Ogólnie byli ok... Tylko ten wokal. Drażnił mnie niesamowicie. Po nich pojawił się BlakFish z Wielkiej Brytanii. Ogólnie trochę łupanka, ale nawet niezłe. Świetny kontakt z publicznością - nie ma to jak kupa mięsa z muzykami pod sceną ;). I ostatni zespół konkursowy - Popecitejli. Podobali mi się, mimo braku wokalu bardzo przyjemnie zagrali. Klimatycznie.
Po zespołach konkursowych na scenie pojawił się zespól De Press. Jak dla mnie... no niezbyt. Po prostu nie przypadły mi jakoś do gustu góralskie piosenki w ich wykonaniu i jestem na nie jeśli chodzi o pilarkę :P. Następnie wyniki konkursów i koncert laureatów... Mała scena - Transsexdisco, duża - BlakFish. Nagrody publiczności - Egipt (ten kontakt z publicznością o tak ;) ) i Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, co jakoś mnie nie zdziwiło.
Zagraniczną gwiazdą trzeciego dnia był Paradise Lost. Muszę przyznać, że koncert naprawdę mi się podobał. Przyjemnie zagrali, można było sobie troszkę "odlecieć". Ogólnie na plus.
Po nich, pojawił się oczekiwany przeze mnie Myslovitz(taa, tipsy w górę). Na koncercie odleciałam. Ucieszyło mnie, że zagrali dużo starszych kawałków. Była Korova Milky Bar, Miłość w Czasach Popkultury no i oczywiście Hapiness is Easy też było. "Alexander" i "Myszy i Ludzie" - dla mnie po prostu miazga... Odlot, szał i bańki mydlane. I troszkę niedosyt - zespół nie zagrał nic na bis. Mówi się trudno.
No i ostatni zespół festiwalu... Oddział Zamknięty. Byli świetni. Kawał dobrej muzyki, rock'n'roll! :) Publiczność śpiewała razem z zespołem, zabawa była świetna. Na scenie pojawili się także goście - Krystyna Prońko, Marek Piekarczyk i A. Nowak. Widać było, że wszyscy na scenie świetnie się bawią. Zrobili bardzo przyjemny show. Gdy wracaliśmy na pole namiotowe, z żalem, że "już po wszystkim" słońce powoli wschodziło. Było magicznie. Później już tylko składanie namiotów, do autobusu i w drogę...
Podsumowując - genialna impreza. Warto było przejechać tyle kilometrów, żeby tam być. Świetne koncerty, klimat pola namiotowego... Sąsiady, wózki z biedronki, chodzące drzewa, dziecko, arbuzy, gubałówka, Slayer... I dużo by wymieniać :). Jedna wielka impreza. Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji! Mnóstwo dobrej muzyki, świetna zabawa, niepowtarzalna atmosfera... Mam nadzieję, ze do zobaczenia za rok! :)
Zabawa zaczęła się 7 lipca, kiedy w godzinach wieczornych wsiadałem do nocnego autobusu relacji Sanok – Warszawa. Prawie osiem godzin jazdy, oczekiwanie na autobus do Węgorzewa na stadionie X-lecia (Chińców w hooj) i kolejne 6 godzin podróży. Wreszcie w godzinach popołudniowych następnego dnia razem z 5 znajomymi dotarliśmy do Węgorzewa i po odebraniu opasek, płyt i innych śmieci udaliśmy się na pole namiotowe. Szybko rozbiliśmy trzy namioty i udaliśmy się na obchód. Oczywiście stacja pierwsza – Biedronka…
DZIEŃ ZEROWY
Kupiliśmy wino (eh słodka Amarena), piwo, cos do jedzenia i powróciliśmy na pole namiotowe. Nie obeszłoby się bez zapoznania z sąsiadami i wymianie poglądów na temat „Białego Patyka”. Zaczęliśmy pić nad zimną wtedy jeszcze Węgorapą i poznawać nowych sąsiadów…
DZIEŃ PIERWSZY
Głowy prawie nie ma, twardo… ale ciepło! Przejdźmy do koncertów, bo reszty jakby nie było… Zaczęło się na małej scenie. Jedyne co dało się jako tako posłuchać to Transsexdisco (jak się okazało później – zwycięzca) i Egipt (słynne już „Zamknij mordę, lisz mje torbe”). Ogólnie poziom wyrównany, kilka „gwiazdek” (czyt. De Marians, czy jakoś im tak było) i kilku pedałów. Nie zabrakło też zespołów, które zaprezentowały dosyć wysoki poziom, ale nazw nie pamiętam. Duża scena prezentowała się o wiele lepiej. O godzinie 17:00 festiwal oficjalnie otworzył zespół Totentanz. Nie wspominam ich zbyt dobrze po wspólnym koncercie w sanockim klubie, ale tutaj wypadli nieźle i wydawali się milsi niż wtedy. Niektórym podobało się do tego stopnia, że popadali w „lekki trans” (kolega w płaszczu po lewej stronie barierek – dobrześ się chłopie namachał). Następnie zespół Saluminesia otworzył konkurs międzynarodowy. Wypadli średnio moim zdaniem. Można ich słuchać od czasu do czasu w domu, ale nie na koncertach. Zmuła lekka, a poza tym nic szczególnego w muzyce. Zespół Sputnik również nie wypadł za dobrze. Nawet nie ma co wspominać… Tyle, że zagrali. Następnie wielka niespodzianka Dis-ney. Dobry kontakt z publiką, świetne rosyjskie ska, sekcja dęta (za to już mają u mnie plusa) i ciekawe utwory. Polecam posłuchać! Przeglądy pierwszego dnia zakończyła grupa Karna, która grała co najmniej dobrze. Mocno, przejrzyście, podobało mi się, bez gwiazdorstwa. Kolejną gwiazdą wieczoru była Renata Przemyk. Renata… No śpiewała nieźle, nie powiem. Jak normalnie jej nie słucham, tak na koncercie mi się podobało. Niestety jedna z jej „niespodzianek” – Maria Peszek nie dojechała (choroba czy coś), a wychwalana Anja mi się po prostu nie podobała. Następnie zagrał zespół Renton, który ogólnie był dobry, ale wszystkie kawałki na jedno kopyto tworzone i raczej dla mas. Z własnej woli nie wybrałbym się na ich koncert w innym miejscu. Co innego Lao Che – jak zawsze genialne. Kolejny raz przekonałem się o ich geniuszu. Zagrali co prawda prawie sam „Gospel” i po jednej piosence z pozostałych albumów, ale atmosfera była niesamowita, a pogo pod barierkami miażdżące. Był to jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Pierwszy dzień kończył dla mnie zespół Oceansize, ponieważ Hetane już opuściłem. Oceansize na początku mnie zniechęcił pierwszymi dwoma, czy trzema utworami. Potem było coraz lepiej, ale ogólne wrażenie tylko „dobre”. Niezły zespół, ale jakoś mnie nie porwał.
Powrót do namiotów, sen…
DZIEŃ DRUGI
Wstajemy, głowa jest. Chwila odpoczynku po nocy, przechadzka po mieście, jedzenie i na koncerty… Małej sceny tego dnia nie oglądaliśmy, nie wiem czy było warto. Co do sceny dużej – konkurs jako pierwszy zaczął zespół z najdłuższą chyba nazwą w Polsce, czyli Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Powiedzmy, że zagrali ładnie, zgrabnie, trochę smętnie. Wokalista zrobił z siebie gwiazdkę, za co minus. Na płytach zmulają, na koncercie lepiej, ale jakoś tak średnio mi podeszli. Następnie zagrali Vian, Metropolis i Tuvalu. Wrzucam do jednej beczki bo nie zachwycili. Po prostu, zagrali, jak dla mnie. Tyle. Koncerty gwiazd tego dnia zaczęła grupa Armia. Widziałem wielu fanów w koszulkach Armii, słyszałem ze zajebista grupa, ale coż… Mnie nie zachwycili. Zwykła łupanka. Nie wsłuchiwałem się w teksty, a podobno to one tworzą tą grupę, wiec mam trochę inne zdanie na ich temat. Następnie chyba najlepszy koncert na Eko 2009 – Voo Voo i Haydamaky. Rozpieprzyli całe Węgorzewo jak gnój po polu! Pierwszy raz widziałem Waglewskiego jak tak gra na gitarze, nie mówiąc o akordeoniście i saksofoniście. Genialne połączenie ukraińskiego folku, wagla i rozpierduchy! Moc biła ze sceny i nie dało się stać w miejscu. Naprawdę genialnie zagrali i już cieszę się na myśl, że niedługo grają w Ustrzykach… Następnie na scenę weszli Acid Drinkers. Koncert podzielili na dwie części. Pierwszą z coverami Led Zeppelin i drugą – swoją. Bardzo dobry koncert „ledowy”, dwójka gości (zwątpiłem jak Titus zaprosił gościa i wyszła Ewelina Flinta, ale nie było źle) dała sobie bardzo dobrze radę, szczególnie Cugowski. Druga część koncertu średnia raczej, acz dało się posłuchać. Koło północy przyszedł czas na gwiazdę z USA – Biohazard. Spodziewałem się ostrej napierdalanki bez większego sensu i po części tak było. Jednak mieli znakomity kontakt z publicznością i cały koncert wyszedł im bardzo fajnie. Podobali mi się muzycznie i scenicznie. Cytując Titusa: „Oł raaaaajt!”. L.Stadt – nie wiem, słyszałem z pola namiotowego. Dzień pozytywny, z dużą dawką dobrej muzyki.
DZIEN TRZECI
Trzeci dzień koncertów rozpoczęło nasze bieszczadzkie KSU. Zagrali jak zwykle dobrze, jak zwykle to samo, ale w nieco zmienionych wersjach. Siczka walnął się raz z tekstem, było smiesznie i muzycznie nieźle. Następnie koncertowy pojedynek. Grupa Abszar – niby nieźle, ale wokal drażniący, mogli by się bardziej postarać. A przynajmniej zmienić wokalistę. Zwycięska angielska grupa BlakFish zagrała bardzo dobry koncert. Kontakt z publiką był dobry do tego stopnia, że obaj gitarzyści wyszli na plac koncertowy aby zachęcić więcej osób do zabawy. Troche zajeżdżali RATM’em, ale to dobrze, było to coś innego niż do tej pory. Wygrali zasłużenie. Po nich ostatni koncert konkursowy serbskiej grupy Popecitelji i… pozytywne zaskoczenie! Bez wokalu, ale za to jak… Basista wylewał z siebie wiadra potu próbując zachwycić grą i udawało mu się to znakomicie. Bardzo dobry koncert w stylu folk, etno coś tam. Podobali mi się! Na tym zakończył się konkurs międzynarodowy. Następnie zagrał zespół De Press. Nic specjalnego – góralskie śpiewy w rockowej aranżacji z „odkurzaczem” sypiącym tonami iskier. Zagrali, ok. Graja w Sanoku w przyszłą niedzielę, może, może się wybiore. Potem był Paradise Lost. Koncert jak koncert, dobry muzycznie, niezbyt zachwycający, ale powyżej średniej. Powtórka mile widziana. Po Brytyjczykach na scenę wszedł Myslovitz. Zespół, który zachwyca miliony dziewczyn i jest wzorem dla wielu facetów dla mnie okazał się dnem. Pewnie wiele osób mnie za to zjedzie, ale taka prawda. Nic szczególnego w muzyce, w tekstach. Może jeden kawałek mógłbym uznać za strawiony, a reszta po prostu kiepska. Jestem na „nie” dla Rojka. Za to humor poprawił mi Oddział Zamknięty, który wraz z gośćmi dał wspaniały koncert. Prońko, Piekarczyk i Nowak dali radę jako goście, razem zrobili niezłe show, w którym przyjemnie było uczestniczyć. Dało się poczuć optymizm i radość z grania muzyki. Gitarzysta po prawej (patrząc od publiczności) strasznie przypominał mi Slash’a. Trochę zachowaniem, trochę wyglądem Les Paula i bardzo sposobem grania. Okazał się pod koniec pieprzoną gwiazdką, której „sława” uderzyła do głowy. No ale ogólnie rzecz biorąc przyjemnie stało się i słuchało muzyki gdy słońce zaczęło wstawać i powoli jaśniało. Ostatni koncert festiwalu był jednym z najlepszych.
KONIEC
Podsumowując całe EkoUnion jestem bardzo zadowolony. Warto było jechać te prawie 700km alby posłuchać dobrej muzyki, poczuć klimat pola namiotowego (szczególnie jak sąsiad wjeżdża w nocy „do ogródka” wózkiem z biedronki śpiąc jednocześnie w środku, czy widok palącej się soczystym spirytusem Dody, parówki w arbuzie, albo dziecka trzymającego namiot ) i popodziwiać mazury (no i te chodzące po polu drzewa i hiszpańska inkwizycja). Nawet okrzyki „Slayer! Napierdalać” nie były tak denerwujące w nocy jakby się mogło wydawać. Dużo przeżyliśmy (np. dzień zerowy ^^ ) i sporo zobaczyliśmy. Myślę, że za rok trzeba powtórzyć!