I znów za nami kilka dni w zapyziałym acz kochanym Bolkowie ;)
Miasto nie wiele się zmienia, ludzie również ale może to i lepiej bo wiadomo czego oczekiwać.
Jako że rok temu mnie nie było, gdyż byłam na tak zwanych ostatnich nogach w ciąży to w tym roku wiele sobie obiecywałam po tym wydarzeniu.
I co w zasadzie mało interesujące dla "obczych" nie muzycznie acz towarzysko.
Bo ja na Cp jeźdzę z mażem już w zasadzie tylko dla dobrej zabawy, wzruszeń mam muzycznych niewiele, zwykle dwa góra trzy zespoły mnie zainteresują.
Ale nie tylko muzyką człowiek żyje.
Musi się napić, wyszaleć i wylansić ofkors ;)
Choć z lansu w tym roku straszna dupa, podobnie jak dwa lata temu.
Zimno, pizg i tornado w czwartek. Kosmos.
Zostawiam wpis głównie dla Się, bo miło mi było czytać poprzedni, szkoda że nie mam takich od 2003. Toż to historia...
W tym roku miałam masę obaw, że fajnie nie będzie.
Po pierwsze umówiliśmy się ze znajomymi że tym razem bawimy się już od czwartku, ale zdrowie ich córy i burze uniemożliwiły w zasadzie im pojawienie się o sensownej porze w domu naszych gospodarzy.
Poza tym całą środę wieczór już tęskniłam za swoją młodą i było mi źle :]
Matka Polka z uboższej łaski pomyślałby kto!
Na szczęście gospodarze i ich goście musieli się odstresować po tornadzie, które przeszło przez Bolków niszcząc świeżo postawioną scenę i parę drzwi w domu oraz mebli ogrodowych, także przynajmniej o suchym pysku nie czekaliśmy na zagubionych w akcji atomhertów.
Ci dotarli w końcu późno bardzo, ale szybko nadrobili nieobecność.
Piątek był już nader wesoły od samego ranka ;]
Zebranie forumowiczów cepa też było ok, choć skormnie w tym roku gdyż azaliż część ludzi przez te burze mocno się spóźniła niestety.
W każdym razie nalewek popróbowaliśmy ale nie wiem czy któraś wygrała bo poleciałam zobaczyć
Irfan na które się nie wbiłam... strasznie żal tyłek ściska... za to zobaczyłam w całości
Moon Far Away i bardzo mi się podobawszy. klimat ładny, na bosaka, bębny itepe.
Tak zakończył się wieczór koncertowy dla mnie w piątek (żal... noż kurde żal) ale towarzycho pijackie wzywało i nie było bata). Odwiedziliśmy Kino, Hacjendę i nad ranem wróciliśmy na kwaterę.
Sobota była ciężka już od samego rańca, gdyż w łóżku już spożywaliśmy napoje wyskokowe w różnorakiej postaci :] Po telefonie do mamusi upewniona że wszystko u córci gra "spuściłam się ze smyczy" i nawet się polansiłam ;) ale zimno było to i krótko.
Nie zdążyłam na
Joy Disaster ale już widziałam ich na drop dead fest, także mogę sobie przebaczyć to fopa :>
Dotarliśmy na
Madre Del Vizio, którego kiedyś dużo słuchałam. Podobawszy mi się i owszem za to mój mauż stwierdził, że to największa chała jaką w życiu słyszał.. cóż o gustach się nie ten tego tak? :)
Po nich zagrały lachony ze
Spectra Paris, całkiem zgrabnie, chyba najbardziej obfocony zespół tego roku.
Na
Dreadful Shadows strasznie zgłodniawszy więc w dół... ale szkoda mi trochę bo kiedyś sporo słuchałam takich klimatów, w sumie w niedzielę widziałam solowy projekt imć Svena zwany
Solar Fake ale żałuję mimo.
Faidingów za to nie żałuję, bo już totalnie nic nie czuję w związku z tą muzyką.
Przybyliśmy za to na
Crematory głównie dla mego męża, który musiał powspominać stare czasy no i nie bardzo mu się udało ;)
Nagłośnienie takie se, a i panna jakaś skundś nie wiadomo skund się przyplątała i udzielała wokalnie co było nie do przetrawienia.
Covenant słyszeliśmy już tylko z kwatery znajomych, którzy ostro mordowali temat nagłośnienia na crematorrrach, podziwialiśmy kunszt wnętrza wynajmujących.. na prawdę git! aniołki, chińskie znaki plus złota i stiuki ze steropianu. rewela. Tak Polska cała mieszka. Ot prawda.
W niedzielę postanowiłam odstać swoje pod sceną jako że w zasadzie byłam zadowolonym cpowcem tylko na 2 koncertach a to nie wiele jak na 185 złociszy za karnet. Postanowiłam pod groźbą leżenia krzyżem na
Front 242 odfajkować wszelkie koncerty. I w zasadzie mi się udało, nawet część mi się w miarę podobawszy a na pewno
Jacquy Bitch.
Bałam się że zagra elektronicznie ale było prawie po staremu i naprawdę żywiołowo :) Super się bawiłam pod sceną i widziałam, że nie tylko ja ;)
Deathcamp Project również ładnie się zaprezentował, zdaje się dwa lata temu mieli pół widowni a teraz cała i bardzo oddana :) Mimo kłopotów z nagłośnieniem było ładnie i ciekawie.
Artrozgryzu odmówiłam z powodu przekonań gdyż religia mi nie pozwala ;)
Natomiast na
KMFDM czekałam sercem i duszą całą.
No i trochę nie ten tego. Ale w sumie dali radę. To już po prostu dla mnie nie ten klimat choć koncert w porządku. Niestety mam tak z tą imprezą castlową że dla mnie koncerty tych zespołów które akutalnie grają winny się odbywać parę lat wcześniej.. wtedy byłabym szczęśliwa i wniebowzięta.
Diary of Dreams oj na rany.. co to było hę?
Wyszłam po paru kawałkach, których praktycznie nie rozpoznałam... Nie chciałam psuć sobie wrażeń estetyczno-słuchowych z koncertu w 2003.
Ja wiem że Adrianek i reszta pewnie stwierdzili, że publikę trza zaskoczyć bo ileż można grać to samo na tym samym feście ale metalowe aranżacje? Tfu.
Znów zapłoną kościoły ot co. Ale to przecie nowa płyta Burzum tak? ;)))
No i muzycznie tak skończył się ten fest dla mnie bo już nie musiałam się mordować za karę na froncie, który nigdy mnie nie ruszał.
Wybrałam się na Bats Night do Hacjendy ale zmękolenie materiału organicznego przez 4 dni zmusiło mnie do ewakuacji o 1.30 na kwaterion.
We wspomnieniach jak zwykle masa haseł do rozpamiętywania przez kolejny rok na imprezach, zdjęć i oby udało się znów wybrać za rok.
Może kiedyś wezmę ze sobą córkę. Kto wie.