Czw 19 XI – Placebo
Bilet na koncert dostałam juz we wrześniu, jednak nigdy nie pomyślałabym, że będzie tak wspaniale. Godzinę przed wejściem na halę wciąż nie mogłam w to uwierzyć. Droga do Warszawy przedłużała się w nieskończoność, ale ja... miałam to już gdzieś, bo za chwilę usłyszę najwspanialszy zespół na świecie.
Gdyby
Expatriate mieli odrobinę więcej czasu i większy kawałek sceny do dyspozycji, mogłabym ośmielić się twierdzić, że dali równie dobry koncert. Bo dali, a oceniałam to spod samej barierki. Czułam na sobie groźne spojzenie Bena, i na pewno było to najlepsze uczucie w moim życiu.
Gdy tylko usłyszałam zapowiedź
Gotta Get Home zaczełam odpływać. To moja ulubiona piosenka tego zespołu, a ja wątpiłam, że ją zagrają. Myślę, że to właśnie ona rozkręciła publikę. Cały czas skakałam, dotrzymując tempa perkusji.
Przed i po supporcie telebimy pokazywały jakieś filmiki, jednak będąc tak blisko sceny, nic nie widziałam.
I nadeszła chwila na którą czekałam, odkąd usłyszałam pierwsze takty
Protege-Moi dwa lata temu. Moją pierwszą, dziwną reakcją na Briana było zaskoczenie, że on tak na prawdę istnieje. Nie umiałam go sobie wyobrazic. Tak samo z resztą jak pozostałych członków zespołu. W końcu weszli, w pełni zmaterializowani, Brian mniej więcej mojej figury i wzrostu (może nieco węższy w biodrach i bez piersi, ale to jednak wynika z jego płci), Stefan, wysoka tyczka i w końcu bez grzywki, i najlepiej zbudowany i najprzystojniejszy z całej trójki Steve. Zaczęli od
For what it's worth, a za pierwszym dźwiękiem gitary poszedł młyn. Każdy chciał stać jak najbliżej.
W pamięć zapadły mi jeszcze fenomenalne
Every You Every Me i
Meds (zaledwie kilka godzin wcześniej powiedziałam, że dałabym się poćwiartować za wersję z Angkor, i zaczęli właśnie tak jak wtedy),
Soulmates... Nie rozróżnialam własnego potu od łez szczęścia.
Niestety, ani ja, ani moja koncertowa dziewczyna nie byłyśmy na tyle mocne, by wytrzymać warunki panujące w pierwszym rzędzie. Na Twenty Years nie stałam już na wlasnych nogach, tylko opierałam się o tłum. Jednak to jedna z moich ulubionych piosenek, i obiecałam sobie, że muszę ustać.
Na pierwszych dźwiękach
Julienodpłynęłam. Nie wiedzialam, gdzie jestem, co to za piosenka i kim w ogóle jestem. Magda szarpnęła mnie, żebysmy wyszły bo z nią jest podobnie. I myślę, że gdyby tak się nie stało, wynieśliby mnie stamtąd jak 15 innych osób wcześniej.
The Never-Ending Whyspędziłam już odzyskujac swiadomosc przy cholernie drogiej nestea, jednak na następnej piosence,
Devil In Details, wróciłyśmy na halę. Jak już wspomniałam, Meds zaczęło się w niezwykle intymny sposób, który znałam juz wczesniej z youtube...
Pierwszy bis nie zawierał moich szczególnie lubianych piosenek. Drugi, który rozpoczął się od coveru
Trigger Happywprawił mnie w zakłopotanie. Zdało mi się to niemozliwe, zebym nie znała jakiejś ich piosenki. Wróciłam do domu i jakimś cudem uważałam, że to cover weird Ala, ale cudowne grono lastefemowiczów mnie oświeciło. Byliśmy w bądź co bądź, zaszczytnym gronie testerów nowej piosenki, i choć grali ją już wcześniej, dalej czuję się wyróżniona.
Taste in Men równiez należy do grupy moich faworytów, toteż odśpiewałam całe jak hymn, pełnym, wyczerpanym głosem.
Zabrakło mi tylko
Protect Me From What I Want, lub
Protege-Moi(obojętnie, obie wersje znam na pamięć). Teledysk strasznie mi zaimponował, choć wygląda jak wysoko-budżetowe porno. Uwielbiam go, a przez to sam utwór staje się niesamowicie zmysłowy i... podniecający.
Po koncercie pobiegłam do Bena Kinga po autograf i zdjęcia. Na całe szczęście nie zapomniałam języka w ustach, pogadałam chwilę... Niesamowitą radośc sprawiło mi to, że Ben przytulił nas do zdjęcia (niby nic, a ciągle czuję jego łapę jak ich słucham) i był niesamowicie miły.
Z koncertu wywiozłam plakat, tatuaż, bransoletkę i kondom z placebo, autografy, naklejki i zdjęcia z
Expatrate.
To był najlepszy dzień mojego życia. Lepszy byłby chyba, gdybym to ja znalazła się po drugiej stronie.