Urodzony w Kromieryżu raper wybrał drogę łatwego zarobku i nagrał album, który miał się po prostu sprzedać. Biorąc pod uwagę brzmienie, trudno nie zauważyć, że tak jest w istocie. Na "Kral" znalazły się zarówno świetnie nadające się do radia utwory o popowym zabarwieniu (co podkreślają śpiewane refreny, często w wykonaniu Igora Kmeto bądź Tiny), jak i imprezowe kawałki, w całości oparte o nowoczesny bity, czasem inspirowane nawet muzyką elektroniczną (jak w przypadku numeru "Vsetko ma svoj konec"). Obie stylistyki zupełnie mi nie leżą, lecz potrafię docenić dobrą robotę, o której jednak w przypadku solówki Rytmusa nie może być mowy. Bity są na ogół słabe, mało oryginalne i nieciekawe (jedynie w "Na toto som cakal" w ucho wpadł mi świetny sampel). Sytuacji nie poprawia też obecność w "Jedlinach" DJ Premiera (tak, TEGO Preemo).
Sam członek Kontrafaktu wypada nienajlepiej. Wprawdzie nadal dysponuje sporymi umiejętnościami, ale za to nie serwuje tekstów z najwyższej półki. Język słowacki dla Polaka jest w miarę zrozumiały, wystarczy się tylko trochę bardziej wsłuchać. Jeśli jednak zrobi się to w jednym, drugim i trzecim utworze, to w mig pojmie się, że nie ma sensu tego kontynuować. Dlaczego? Z prostego powodu - w linijkach Rytmusa nie ma nic interesującego. Co więcej, gdzieś tam mieszkaniec Bratysławy eksperymentuje, bawi się autotunem i nie wychodzi to dobrze.
Lepiej chyba byłoby, gdyby ta płyta nigdy nie wyszła. Rytmus (zarówno w Kontrafakcie, jak i solowo) przez wiele lat wyrabiał konkretną markę, którą "Kral" całkowicie zepsuł. Album jest słaby pod każdym względem - i lirycznie, i muzycznie. Omijać szerokim łukiem!


