• real bad girls on last.fm

    Jul 10 2009, 5h19 por mukeys

    this ournal is going to be veyr hard compared to bad dudes so im just going to take it slow i dnt think i understand girls still girls are more confusing than boys and they do things that odnt make sense to me at all

    ~the metal/4chan bad girl~

    i dont really know thwta they want out of last.fm maybe they dont have many friends irl and hate 'pretty pretty' girls idk but sum of these chiccs are quite pretty something about lying inb black or rats or something idk
    i dont think i get them maybe they want attneiton from alot of dudes that have alot of attention to give to girls because they jerk their peen all day to anime i think girls like attention more than tehy let on maybe i think this journal is about me ttrying to understanding girls as much as understanding the 'bad girl' on last.fm
    maybe these girls didnt have a good father figure in their life that souds like something a psychologisty that coule be used maybe thats why they want alot of comments from random guys on the net these girls will get mabe a comment at mos tevery 30 minutes from some guy tellng her he wants to do her in the ass and she acts like "uhhh..ok" but shes probably happy idk im sorry if i offend dontmean to
    theyre probably bd because if u have chart with popular artists on theyll probably snub u unless u talk about their bod in their avatar their avatar is a big hting to a large number of people that are seeminly "subscribed" to their avatar they might reply wih "...." they probably have an /mu connect and if u insult 1 of these girls u got a huge army of mad homo status 15 year olds calling u a "12 year old basemtnet dweller"

    ~the indie bithc snob~

    this is a super secret type of bad girl theyre realy stuck up to the common man and unless u have a good excuse to talk to them u deserve to get snubbed heh they may or may not be a part of a v exclusive clique
    if ur a girl and ur prettyier than them and u comment ull probably get snubbed heh if ur a guy and ur indie u;ll get a very nice message back that will be a very jokey message its funny iys ok its cool
    if u wear american apparel ad are funny are cute and approachble and inoffensive u can talk to these girls and theyll still play hard to get but joke around some more throw in a few mre smileys and she will probably like u
    if u fuck up she will ignore ur messages or even post something patronizing on ur profile that makes u question whether u have the right to even look these girls in the eye heh we da best we are cybernerds

    ~the bad dude surrrogate~

    not technically dudette but still worth mentioning tof it overal theme and make perfect threes categories this is a type of bad girl that has a pitcure that migth be just a litttle too pretty andn beautifull for social music phenomnenoma also no myspace tumblr bebo twitter facebook lookbookn or n e other arty blog fashionablee social site thenshe is probbably notthe girlk that uthink she is most likelly a bad dude and u know exactly whta to do close that shit

    once agin guise..just be careful dudes/dudettes

    Animal Collective Throbbing Gristle David Bowie Burzum Boris Stars of the Lid Tool Brand New DatA Sean Kingston Radiohead Helloween Ween Jesu Merzbow Charles Mingus Wu-Tang Clan Beastie Boys TLC Orchid Morrissey The Smiths Crystal Castles Grizzly Bear Tilly and the Wall Masonna Patrick Wolf Dave Matthews Band Ulver Xiu Xiu Daft Punk Darkthrone Gorgoroth In Flames Fall Out Boy Anberlin Spitalfield Kanye West Bad Religion Death Cab for Cutie Black Lips Otto Von Schirach 36 Crazyfists Skullflower Metronomy Seu Jorge Hall & Oates Brokencyde Bat for Lashes Linkin Park Piana Enya Dream Theater Katatonia Porcupine Tree The Jesus and Mary Chain Death Pig Destroyer Discordance Axis Slipknot
  • let me hear you say: łege!

    Jul 9 2009, 14h48 por karmel_03

    Czw 2 VII – Heineken Open'er Festival 2009

    Dobra, tak po krótce, bo i tak kto nie był to żałuje i cokolwiek napiszę to nie zrozumie, a kto był ten nie będzie czytał, bo co go obchodzi, który koncert hofa09 uznam za najlepszy/najgorszy.

    Ekhm, dzień 1.

    The Car Is on Fire nuda, a szkoda, bo płyta ma potencjał. Później meeega zaskok po Peter Bjorn and John. Spodziewałam się smętów, kilku skaczących osób przy 'young folks' i ogólnie niczego specjalnego, a tu proszę, jeden z najprzyjemniejszych koncertów festiwalu imao. Nawet nie wiedziałam, że tak dobrze znam teksty na 'living thing' hoho. Chyba jakos po 'Objects of ma affection' (i laaaaaaugh more often noooooooooow) ostatecznie sie odnalezlismy i ruszylismy na Main Stage, co bylo wielkim błędem, gdyz tego, jak przeokropnie męczyli się Arctic Monkeys nie dało się whęcz znieść.
    Skończyło się na tym, że zamiast skakać z indie dziećmi obstawialiśmy co chłopcy ćpają i dlaczego do cholery Alex wygląda TAAAQ źle.
    Yebać, w tent na Late of the Pier byua taka wixa, ze mózg wypływał uszami. Jak dla mnie koncert nr1. i nie chcę słuchać, że jakaś Alice czy m83 (chociaż byli blisko). Late of the Pier roz-je-ba-li kropka.

    Najfajniejszy moment pierwszego dnia?
    Tańczymy sobie z Avi na Basement, juz troche zmeczone, bo chociaż koncert mega, to setlista taka o, zaczynamy sie troche nudzic, troche rozmawiac, ze
    -Avi, to jedziemy do Gdanska jutro, nie?
    -Nooo, tylko sie obudze i mozemy...
    I nagle w połowie zdania: WHEEEERES YOUR HEEEAD AT AT AT ATTTTT?
    Aviszon, Twoja mina - bezcenna <3

    No, później do Burn Beat na Sorry, Ghettoblaster, bo przeciez wixa ne ma konca, jakoś przed trzecią na Alter Space na końcówkę Grabka i last but not least Skinny Patrini.

    GŁOS Z OFFU MÓWI: KOCHAM WASSSSSS!

    Dzień 2. zaczęłam od fe-no-me-nal-nej Pati Yang, która poza chłopakami z Kamp! była chyba najlepszą polską artystką na festiwalu (i najbardziej hot). Później naprawdę zajebisty koncert Gossip. Śmiałam się, że Beth Ditto podskakując wyręcza basistę, ale na serio dziewczyna wymiata i po tym koncercie nie mam wątpliwości, że jest cudna i przesłodziachna. Kooks i szał pał <fruwające staniki>pod sceną na ich koncercie > Arctic Monkeys i ich smęty i przehahahahaha wpadka z nagłośnieniem. Hjaltalin magia (tutaj wielki buziak dla Adamsa).
    Hmmmm a później chyba nudziara Duffy, riki tiki i koncert widmo czyli Crystal Castles. Woooooaaaahaaaa, jaq ja sie balam :O smiejcie sie, ale chyba ten najwiekszy rollercoaster w europie pare lat temu przyprawial mnie o mniejsze skoki adrenaliny niz pieprzona Alice Glass. Na Sex Pistols w zeszłym roku nie zostałam tak zgnieciona, jak podczas Crimewave teraz. Na ramieniu mam taaaakiego strupa. Ale to nic, koncert mega.

    Trzeci dzień = namiot. Od Kamp! (lowe tych slodziakow always forevah), przez Fisza, przeuroczą, wzruszającą Emiliankę, White Lies az po "wykurwiające duszę z ciała" M83 było OOOO TAAAAQ. Namiot uber alezzzz.
    Tj, nie siedziałam tam cały czas, bo jeszcze twilite grający MBV na young talents i Madness i Q-Tip na World (liiiife is beeeetaaaah). Yea, nie spodziewałam się, aleQ-Tip był naprawdę spoko. I w ogóle nie żałuję Srendulum i Pattona.

    <łezka> Dnia ostatniego przez to, że chciałam wnieść aparat, nie zdążyłam na ostrego (ponoc najlepszy nedzielny koncert na głownej, heh), ale - tak jak sie spodziewalam - Buraka Som Sistema rozjebali, no po prostu WOAH WOAH co tam sie działo + motyw z kucaniem i wstawaniem, który wyszedł po prostu perfekcyjnie. Pięknie było, jeden z tych koncertów, które mogłyby się w ogóle nie kończyć. Na Santigold szał ciał, oooood dawna mi się tak dobrze nie tańczyło i w ogóle wielkie <przytul> dla stalowej woli, bo to był chyba jedyny koncert, co do ktorego zajebistosci jestesmy wszyscy zgodni :)
    Hmmmmpf, co dalej? Fajny koncert Kings of Leon oglądany z bardzo daleka. Żałuję, że ich nie lubię/nie znam, bo bawiłabym się pewnie lepiej. Później The Ting Tings, tak 5 na 10, bo co to za koncert Ting Tings, jak nie ma kolo Ciebie Magi krzyczącej 'shut up and let me go HEY!' ? Nestety.
    Placebo bardzo smutne. Prodigy, huh, nigdy ich nie lubiłam i po tym koncercie się to raczej nie zmieni, wyszłam przed końcem.

    Ueeeee, tylko tyle?
    Jakoś dziwnie miałam wrażenie, że w tym roku TYLE się działo, w sensie duuużo duuuuużo więcej niż to, co napisałam. Może dlatego, że pominęłam motyw BANI na skrzyżowaniu i innych takich 'party pupa' etc.
    Tak czy inaczej, podsumowując: pomimo względnie miernego lajnapu było całkiem sex, michael jackson był absolutnie wszędzie, największy plus to przesunięcie godzin koncertów tak, że zdążyłam i na M83 i na Burakę, najlepszy koncert Late of The Pier <3, nawiększe zdezo na Arctic Monkeys (WTF is goin on?).
    Buzia wszystkim pstrykom, zofiom, kasicom, gdyniom, gdanskom i w ogole przytulam cale pole namiotowe i łege łege, chaba!

    edit: pozdrawiam moskfe, bo byl super, pozdrawiam czuczu, pozdrawiam mage:*, piotrka, ktory ne jest cfaniaq, diagon, asiunieczkusie, trojana i pisac o kim jeszcze zapomnialam.
  • open'er alternatywniej

    Jul 9 2009, 10h16 por PanPlaneta

    Czw 2 VII – Heineken Open'er Festival 2009

    generalnie jest tu relacja z perspektywy osoby, która nie słucha NME-owych gwiazdeczek i na open'era pojechała po to, żeby słuchać, odkrywać nowe brzmienia i (w większości) pierdolić main stage




    DZIEŃ 0

    Z Ostrołęki przyjechaliśmy najpierw do Gdańska, gdzie zastała nas ulewa, którą przeczekaliśmy w KFC, potem pojechaliśmy do Gdyni, poczekaliśmy trochę i w wielkim ścisku dotarliśmy autobusem na teren festiwalu. Rozstawiliśmy się i zaczęła się całonocna libacja, na której całe pole namiotowe się kołysało, śpiewało i ogólnie z 10tys ludzi naraz najebanych chodziło. Niesamowite przeżycie.





    DZIEŃ 1

    Tego dnia postanowiłem pierdolić Renton (gówniane pseudogwiazdeczki Trójki, coś jak muchy, tyle, że duuuużo gorzej), old time radio, The Car Is on Fire, Peter, bjorn and john i cały dzień wyczekiwałem na mój ostatnio ulubiony Łąki Łan.

    Do 19 poznawałem teren festiwalu, zahaczyłem o jam session, jednak właśnie o 19 zaczął się dla mnie festiwal występem Kormoranów w Alter Cafe (zamiast TCioF w tencie). Znakomity występ, tyle, że mało ludzi.

    Potem lawirowałem między jam session, a Burn Beat Stage (zajebisty klub swoją drogą), aż nadszedł jeden z niewielu momentów festiwalu, w którym wybrałem się pod main stage.

    O 22 wchodzili Arctic Monkeys. Byłem, posłuchałem, poskakałem i po 20 minutach się znudziłem i poszedłem. Widocznie atmosfera ze sceny przeszła na mnie, muzycy byli tragiczni, znudzeni i grali widocznie na 'odpierdol'. Panowi przyjechali, wzięli pieniążki, łaskawie zrobili swoje i pojechali. Nawet indi dziewczynkom się koncert nie podobał, więc o czym tu gadać?

    Z Arctic poszedłem znowu do Alter na prawdziwą muzykę, czyli Wariacje.pl. Znakomity występ, wokalistka dysponująca świetnymi warunkami głosowymi, a sam zespół to naprawdę udany mezalians metalu, wiolonczeli i poezji. Po nich na chwilę poszedłem zobaczyć Late of the Pier (zagrali na początku jedyne kawałki, które mi się podbają i poszedłem) i Basement Jaxx (z nowo poznanymi Anglikami, pozdro dla Josha i Josepha), a o godzinie 1:00 odbył się najlepszy koncert pierwszego dnia i jeden z najlepszych całego festiwalu...

    O 1 w Tencie pojawiło się pięciu niezwykłych smakoszy nektaru i pyłku kwiatowego, czyli Łąki Łan. To co wyczyniali na scenie było ogólnie 'pozytywnie pojebane' ale nie sposób żeby łąki funk nikogo nie porwał. Rzucanie kwiatkami, kalafiorem i wymiana mózgu panu z ochrony to rzeczy, których po prostu smutno nie zobaczyć. Świetne zwieńczenie niezłego dnia, a ja zdarłem sobie gardło na 3 dni, bo znam wszystkie kawałki na pamięć i nie mogłem ich nie wykrzyczeć.

    Potem zahaczyłem jeszcze na dobry polski ambiencik, czyli na koncert Grabka w Alter Cafe, było miło.




    DZIEŃ 2

    Czyli mam w dupie kooksów, duffy, gossip i peszkównę

    O 17 w Tencie pojawił się świetnie rokujący nowy zespół Morettiego - Paristetris. To, że świetni są wiedziałem już od dawna, potrzebowałem tylko zobaczyć ich na żywo - i się nie zawiodłem. Coś między jazzem, noisem, soulem i dobrą psychodelą + PIĘKNA WOKALISTKA było pokarmem dla uszu, oczu i ducha ;)

    W namiocie zostałem jeszcze do FlyKKillera, dali poprawny występ, a po nich wybrałem się do Alter na 100nkę i do World Stage na Kapelę ze Wsi Warszawa, co było dla mnie punktem obowiązkowym festiwalu i zagrali naprawdę dobry koncert.

    Następnym przystankiem był dla mnie Alter Stage, i gdy napalone nastolatki bawił się na kooksach, ja postanowiłem sprawdzić Wiolonczele z miasta. Koncert był po prostu niesamowity, bo co można stwierdzić po zespole składającego się ze smyczkowego tria, gitary, basu, perkusji, tria śpiewającego 'na ludową nutę' i różnych elektronicznych efektów? To musiało wyjść świetnie, no i wyszło

    Potem był bardzo dobry koncert Moby'ego na Main Stage, posiedziałem 40 minut, po drodze uciąłem sobie miłą pogawędkę z Digital Girl (ta od elektroniki) z Wiolonczel z Miasta i biegłem na Crystal Castles...

    I było na co czekać mimo, że rozstawiali się 20 min. Powoli już strasznie to czekanie wkurzało, no ale cel był szczytny, a moje miejsce po sceną było jednym z lepszych. Ale kiedy już weszli, było wiadomo, na co tyle czekaliśmy - na najlepszy dźwięk, światła i ogólny rozpierdol - trudno inaczej to nazwac. Alice skakała, piszczała, krzyczała, trzęsła się, turlała, prężyła, rzucała się w publikę, chlała wódę z gwinta, waliła mikrofonem po głowie... Aż ciężko po czymś takim zasnąć, no ale czasem trzeba, już nie miałem siły isc do Alter na Kakofonikt

    PS Crystal Castles na koniec zachowali się jak szmaty, bo nie wyszli na bis





    DZIEŃ 3

    Czyli nie idę na emilianę, white lies i izrael

    Jak co dzień był poranny wypad do Gdyni w celu odwiedzenia MELANŻU i zaopatrzenia się w heńki (co by nie płacić 6zł zdziercom), które ładnie się obaliło na łanie, po czym wstałem i wpadłem na genialny pomysł pójścia do tenta na Kamp!. Naprawdę zajebiście grają, szkoda, że mało ludzi było, mogliby zamienić się na miejsca i pory grania z Izraelem (byli o 18 na mainie), może więcej ludzi by ich poznało.

    O 19 też w namiocie grali bracia Waglewscy z zespołem, czyli Fisz Emade Twożywo - naprawdę fajnie fajnie szkoda, że mało starych utworów i tak krótko, bo 45 min to jest po prostu kpina.

    O 21 poszedłem zobaczyć, jak tam się trzymają dziadki z Madness, a, że trzymają się dość nieźle, po 20 minutach poszedłem do main stage wyczekiwać na największą chyba gwiazdę tegorocznego Open'era, czyli Faith No More

    Weszli o 22:00 i dali najlepszy koncert jaki widziałem w życiu. Zespół grał z matematyczną precyzją, wszystko brzmiało o niebo lepiej, niż na płytach. Ale nic nie umywało się do wyczynów Pattona, którego nie bez powodu nazywam moim bogiem. Ten człowiek (?) ma skalę głosu ponad wszystkich znanych mi wokalistów, a przy tym hipnotyzuje i sprawia, że nie można oderwać wzroku. A ludzie potrafili się odwdzięczyć zespołowi najlepiej, jak mogli - szaleli, krzyczeli, klaskali, gwizdali - i już wiemy dlaczego artyści kochają polską publiczność. W ogóle zespół też zachował się najlepiej jak mógł - poza tym, że idealnie grał, grał długo (1,5h) a przy tym wyszedł na prawie 20min bis! Panowie i panie, widzieliśmy legendę.

    Potem z 30 min byłem na Pendulum bo są fajni.

    Po nich poszedłem na Village Kollektiv zamiast M83 (to znaczy wpadłem na M83 tak na chwilę, akurat było Kim & Jessie) - sam się sobie dziwię czemu, no ale widać taki miałem wtedy kaprys bycia tr00 alternativ. Ale poszedłem i nagle zrozumiałem, jak dobry wybór podjąłem - elektroniczny folk (folkotronika?) to jest coś tak zajebistego, że żadne M83 nie mogłoby tego dać

    Po genialnej muzyce postanowiłem iść na bodaj najbardziej awangardowy, eklektyczny, alternatywny, schizofreniczny i zagadkowy 'zespół' festiwalu - Szelest Spadających Papierków. To było zbyt chore (dla mnie, słuchającego drone psychodelii!), zbyt chaotyczne (dla słuchającego Fantomasa!) zbyt ambientowe (słuchając Tetsu Inoue, Laswella i Alio Die!), czyli po prostu byli tak chorzy i pojebani, że aż genialni. Dobre zakończenie dnia.






    DZIEŃ 4

    Postanowiłem na zakończenie pierdolić co się da, a mianowicie lily allen, kings of leon, black tapes, priscillę ahn, kumkę olik (a te cioty to bym pozabijał), ting tings, sofę, jazzanowę, letko, plug and play, the calog, iowa super soccer i mass kotki

    O 17 w Burnie miał swój set Envee (bardzo dobrze go posłuchać ale nie ma różnicy czy w domu, czy w klubie, więc poszedłem coś zjeść), potem o 18 na mainie OSTR (wszystko fajnie, ale jak na mój gust za dużo o synku gadał i trochę populista z niego, no ale każdy wielki artysta populistą choćby w najmniejszym stopniu być musi), potem pochodziłem sobie po terenie festiwalu, zahaczyłem o Santigold (a co mi tam, lubię ją), a kiedy ok 59900 ludzi poszło na buractwo, czyli kings of leon, ja postanowiłem, że znowu będę fajny i tr00 i w ogóle najbardziej alternatywny na świecie i udam się do Alter Cafe. Jeden z najlepszych wyborów w moim życiu.

    Równo o 22:30, czyli o dokładnie tej samej porze, co króle leona na drewnianą scenkę wszedł Contemporary Noise Sextet. Dziwiłem się sam, jak można dać na taki festiwal zespół jazzowy, ale widać można, za co dziękuję organizatorom ponad wszystko - dali ludziom wybór, czy iść na rzecz świetną dla mas, czy na rzecz świetną dla indywidualistów. Ok 100 osób zdecydowało się na indywidualizm, i pewnie wszyscy są podobnego zdania do mojego - to było coś niezwykłego i tak dobrego jazzu w Polsce długo nie słyszałem. Poza tym świetne wywody lidera na temat piwa na festiwalu ('takiego syfu nie piłem z 10 lat, tamto piwo nazywało się chyba kujawiak' ;D), czy poziomu muzycznego czwartego dnia festiwalu ('no, dziś jest taki dożynkowy dzień, więc i my zaczniemy dożynkowo) miażdżyły po prostu.

    Potem koncerty Placebo i Prodigy, zobaczyłem ich bo są fajni.




    Następnego dnia wróciliśmy do Ostrołęki, a jak wyjeżdżaliśmy z Gdańska staliśmy w korku 1,5h. Ogólnie rzecz biorąc świetny festiwal po prostu.

    Najlepsze koncerty:
    1) Faith No More
    2) Łąki Łan
    3) Crystal Castles
    4) Moby/Contemporary Noise Sextet
    5) Prodigy/ParisTetris


    Najlepsze nowe rzeczy:
    1) ParisTetris
    2) Wiolonczele z Miasta
    3) Kamp!
    4) Wariacje.pl
    5) Kormorany


    Poza kategorią - Szelest Spadających Papierków


    PS byłoby miło, jakby ktoś zechciał to przeczytać i skomentować ;)
  • eklektyczny open'er 2oo9

    Jul 8 2009, 21h59 por MadlyBlooming

    Czw 2 VII – Heineken Open'er Festival 2009

    przeczytawszy koło piętnastu recenzji tego nieziemskiego festu, nie mogę się powstrzymać od podjęcia próby stworzenia własnej. będzie to nieco nonsensowna reminiscencja sentymentalna. a więc, ad rem.

    dzień pierwszy

    old time radio
    trudno określić, czy old time radio jako wykonawca otwierający tegoroczną edycję open'era to wybór idealny. i tak i nie. nie powiem, że grali monotonnie, skądże. raczej leniwie i bardzo relaksująco. wokalista prezentował się wyjątkowo uroczo w okularach i koszulce a la polibuda. zabrakło mi tylko preopenerowej adrenaliny, która zdecydowanie powinna się pojawić na pierwszym gigu. szkoda również, że nawet na wyraźną prośbę pewnej słuchaczki zespół nie przedstawił żadnego utworu w języku ojczystym. no chyba że jako taki kwalifikuje się uroczy skądinąd numer "la la la". mimo to, pozytyw.

    The Car Is on Fire
    jak lubię carsów, nie spodziewałam się tak zniechęcającego koncertu. pomijając już fakt, że nowy album bynajmniej nie zachwyca, także live to zupełnie nie było to. starsze kawałki w wykonaniu nowych wokalistów brzmią szorstko i nienaturalnie, a nowe trafiają gdzieś w przestrzeń. tęsknię za delikatnym akcentem borysa.
    wyszłam przed końcem.

    Renton
    a więc wyszłam przed końcem carsów. rozczarowana. i trafiłam prosto na jeszcze gorszy gig chłopców z sgh. co oni robili na głównej scenie?! to było artystyczne dno. tysiąc metrów poniżej poziomu franza f, kserowanego zresztą bez najmniejszego skrępowania. "a ja luubiee tańczyć w kluubiee..." aaaaaa!
    ten set będzie do mnie wracał w koszmarach.

    Arctic Monkeys
    koncert, który w założeniu miał załamać dotychczasową mierność. cóż, tyle może nawet się udało. trzykrotna awaria dźwięku była co prawda raczej żenująca, ale ponoć to się zdarza. (biedny alex śpiewający do cichego mikrofonu...) generalnie jednak występ był ot, neutralny. ani to rozczarowanie, ani objawienie. może po prostu byłam poza zasięgiem scenicznej charyzmy turnera. choć weterani koncertów arktycznych również twierdzą, że bywało zdecydowanie lepiej.

    Basement Jaxx
    krótko: houseowy beat, ruch na scenie, optymistyczny feeling pośród audytorium. czego więcej chcieć!

    dzień trzeci

    Pati Yang
    abstrahując od moich pierwotnych oczekiwań, obejmujących raczej solowe dokonania yang, flykklrowa aranżacja wywarła na mnie wrażenie wręcz hipnotyzujące. gdzieś w głębi wokalu pati wibruje intrygująco erotyczna nuta, której nie sposób zignorować.

    The Gossip
    dużo zostało już na temat występu beth powiedziane, a ja nie zamierzam się powtarzać. wyrażę więc tylko parę refleksji niewielkiej wagi. po pierwsze: nieruchawość podscenicznego tłumu jest dla mnie niewytłumaczalna. przecież neo-punk idealnie nadaje się do barbarzyńskiego pogo. może była to antycypacja kooksów, wiszących już w ciężkim powietrzu. zastanawia mnie również poparcie publiczności dla warstwy ideologicznej tekstów gossip. naprawdę wolałabym myśleć, że wskazuje to raczej na wzrost polskiej świadomości politycznej niż na zwykłe niezrozumienie. w kwestii muzyki niestety muszę przyznać, że zgadzam się z powszechną opinią - wiele kawałków brzmiało dokładnie tak samo.

    Gaba Kulka
    królestwo i pół wprawiło mnie w błogi stan admiracji.
    "i nie wiedzieć, kiedy zgadniesz więcej, jaki ze mnie sukinsyn w tej letniej sukience."
    co z tego, że tori amos i kate bush. perełka polskiej altersceny, to się liczy.

    The Kooks
    rurki pritcharda - tyle zapamiętałam z tego koncertu. z takimi nogami można zdobywać galaktykę. zaintrygowała mnie również specyficzna relacja między wokalistą a masą psychofanek, której przykładem było chociażby entuzjastyczne wykonanie "do you wanna" oraz szalony skok za barierkę. jeżeli zaś chodzi o aspekt muzyczny występu, był jak na możliwości kooksów całkiem satysfakcjonujący. dowiódł mi tego własny cheshirowski grin.

    Crystal Castles
    crystal castles. crystal castles. crystal castles.
    boże, mogę to powtarzać jak litanię. nie, nie nazwę tego koncertu doświadczeniem mojego życia, to byłoby takie tandetne.
    (nie, czyżbym właśnie to powiedziała?)
    zero jeden zero zero. na scenie pusto. oczekiwanie to niespokojna ulga - znając genialny debiut na pamięć, nie mam pojęcia czego oczekiwać live.
    nagle - czarno. wszystkie światła out.
    momentalnie elektroniczna błyskawica i kanciasta 8bitowa ścieżka.
    dantejski start. to może trwać bez końca.
    rozdarcie glass. w jednej chwili dziewiąty krąg.
    wściekłość wrzask i muzyczny gwałt. alice rzuca się ze sceny.
    oczy obrysowane węglem i czarna bluzka lumpiarska - fala rąk pulsująca na niej. czarna euforia. myśli out. reckless i piana na ustach.
    (szalenie groteskowe słowa są zupełnie nie na miejscu.)
    ten koncert to był sztorm na atlantyku nocą.
    (tak, definitywnie to powiedziałam.)

    dzień trzeci

    Kamp!
    znając twórczość łódzkiego trio, byłam w pełni usatysfakcjonowana ich występem. chillowy electropop nadawał się idealnie do leżenia na trawie w słońcu godziny siedemnastej. chociaż - pod sceną mogło być jeszcze lepiej... tak czy inaczej, pełen respekt!

    Fisz Emade Tworzywo
    koncertu tworzywa oczekiwałam z zaintrygowaniem i bynajmniej się nie zawiodłam. efieszet brzmi zupełnie inaczej live. aranżacje poszczególnych utworów miały w sobie rockową iskrę, a wokal emanował sceniczną charyzmą. tak, tak, jesteśmy gotowi!

    Kawałek Kulki
    kawałek widziałam na hof po raz drugi w ciągu niespełna dwóch tygodni. sobotni koncert bynajmniej nie poprawił mojej o nich opinii. teksty może i zabawne, ale w ostatecznym rozrachunku raczej infantylne. warstwa instrumentalna nieciekawa. no cóż, szkoda.

    Emiliana Torrini
    najbardziej kameralna atmosfera festiwalu. nieśmiałość artystki co najmniej rozbrajająca, wyjątkowo sympatyczne intra do poszczególnych utworów. co z tego, że brzmienie zupełnie jak na krążkach. nie, jakoś nie przechodzi mi przez usta żadna refleksja negatywna.

    White Lies
    głęboki wokal harrego mcveigh był jednym z najbardziej urzekających elementów dnia. ciemna poetyka post-punku jest niesamowicie uwodzicielska. white lies są tego uroku znakomitym przykładem.
    z pewnych względów był to również bardzo romantyczny koncert. dlatego teraz kiedy słucham lajsów budzi się we mnie nieodparta melancholia.

    dzień czwarty

    The Black Tapes
    wybrałam się na czarne taśmy, zainteresowana zdecydowanie pozytywnymi opiniami na temat warszawskiego składu. na samym koncercie jednak moją uwagę zwróciła nie tyle sama muzyka, co pewne satyryczne elementy okolicznościowe. zastanawiam się na przykład, dlaczego wokalista tak niemożliwie krzywił się podczas śpiewania. może miał to być akcent autoironiczny, a może specyficznie rozumiana ekspresja sceniczna. nieważne, klasyfikuję tejpsów jako zjawisko być może obiecujące - ze szczególnym uwzględnieniem gitar.

    O.S.T.R.
    muszę powiedziec, że uważam oesteera za postać wyjątkowo zabawną. chociaż skroblowanie go na co dzień nie sprawia mi szczególnej przyjemności, autentycznie cenię jego live ekscesy. zawsze można liczyć na jakiś wdzięczny akcent chrześcijański, chociażby: "przekażcie sobie znak domu". co więcej, adam ujawnił się ostatnio jako niestrudzony propagator wartości rodzinnych. niewątpliwie cała polska została już poinformowana, że w żadnym razie nie należy kupować płyt składu, a zamiast tego przeznaczyć rzeczoną kwotę na dom dziecka - wszak pampersy wcale tanie nie są. pomijając to wartościowe przesłanie oraz niewątpliwie szczery apel ostrego, aby jebać komercję, doceniam niewątpliwą moc wirus flow. tyle na ten temat, pozdrawiam roczno-i-czteromiesięcznego synka!

    Lily Allen
    nie oczekiwałam wiele od występu brytyjki i z tego też względu nie byłam nim rozczarowana. zaznaczę tylko, że pomimo przeciętnego moim zdaniem głosu, lily poradziła sobie całkiem nieźle od strony melodycznej.

    Kings of Leon
    kingsi. aka najbardziej pożądany zespół świata. czyżby? nie przeczę, że kiedy zabrzmiały pierwsze takty closer, a także kiedy caleb bodajże wyraził swoje uznanie dla polskiej publiczności, opanowało mnie uczucie całkiem przyjemne. pozostało jednak nieodparte wrażenie, że koncert został dany nieco na odpierdol. nie po to ryzykowałam zmiażdżenie klatki. ruinę kończyn. utonięcie. gdzie ta legenda?

    Placebo
    grupa ta, jak powszechnie wiadomo, wzbudza nieustannie różnorakie kontrowersje. komercha to czy li prawdziwy alter?? aczkolwiek osobiście skłaniam się niechętnie ku opcji numer jeden, zdecydowanie szanuję briana. i żywię wobec placebo uczucia raczej ciepłe. tak przynajmniej było do czasu rzeczonego występu.
    (w tym momencie zaczyna się malkontenckie narzekanie.)
    otóż, rozbił mnie skandaliczny set! być może jest to z mojej strony brzydka ignorancja, ale zupełnie nie dociera do mnie idea otwarcia koncertu czterema piosenkami stricte jak leci na battle for the sun. 1, 2, 3, 4! nie czaje kompletnie. ale ox, może taka właśnie była koncepcja briana: popularyzować nowy album na użytek nieświadomego tłumu. w takim jednak razie, dlaczego następnie polecieli w największe hity? (których wykonanie było zresztą, muszę przyznać, dość satysfakcjonujące, pomimo braku objawień). zaznaczam, że dłuższą część koncertu przetrwałam pod sceną, mając możliwość całkiem niezłego oglądu - pomijając fakt, że czułam się nieco wyobcowana w tłumie brianowych psychofanek. mimo to - mam poczucie że coś mnie ominęło. dotychczas nie wiem, czy była to wina jakości koncertu, czy może moich nietrafionych oczekiwań.
    podsumowując tą gorzką wypowiedź: generalnie jakość koncertu korelowała z poziomem płyty. komercja. brak balansu pomiędzy artyzmem a przyjemnością. sukces, sukces, sukces. jakiś pozytywny akcent? szacunek dla perkusisty. tyle...

    The Prodigy
    zacznijmy od tego, że w momencie rozpoczęcia koncertu czułam już trzydziestodziewięciostopniową gorączkę, która opanowała mnie kompletnie o świcie. gdyby nie to podłe zrządzenie losu, byłby to bez wątpienia najbardziej rozszalały gig mojego życia. stałam jakieś dwieście metrów od sceny, utrzymując się w pionie samą siłą woli. był to zresztą bardzo dziki pion - maxim on stage wywołuje niekontrolowany bachiczny szał. słowa nie wyrażą scenicznej siły tego fantastycznego zamknięcia festu. nie moje, przynajmniej.

    ARE YOU THERE MY MOTHAFUCKIN WARRIORS?!


    ***
    jako że jest to bardzo introweryczna recenzja, nie załączam żadnych pozdrowień dla festiwalowych towarzyszy. kogo kocham ten wie : ))
  • recęzuję openera dziwko!

    Jul 8 2009, 16h54 por zofiazofia

    Czw 2 VII – Heineken Open'er Festival 2009

    jak kasia i maciek recęzują to ja też muszę, bo nie mogę być gorsza, bo ja jestem CREW.

    przede wszystkiem pozdro dla brajta, który też był crew i widział przez to ze 3 koncerty i pozdro dla mojego pana pracodawcy, dzięki któremu byłam crew i widziałam wszystko co chciałam!

    DZIEŃ 1

    z daleka posłuchałam jak na mainie obsysa Renton i udałam się po piwo, które pozytywnie nastroiło mię na petera, bjorna (należy pamiętać o o umlaut w słowie "bjorn" <wymawiaj: bjoyrn>) i johna. ludzie wyszli po "young folks", co wprawiło mnie w lekkie zażenowanie, ale choj. poskakałam, popłakałam (i cry more often now, i laugh more often now, i am more me = najbardziej wzruszające linijki ever). ci co zostali popatrywali na mnie z politowaniem i pytali czy płaczę, bo zgubiłam telefon, ale ogólnie Peter Bjorn and John WYJEBALI.
    następnie udałam się ze świtą w postaci olgi (dobra dupa) na Arctic Monkeys, którzy też troszkę obessali, szczególnie ze swoją zyebaną konsolą. przygodę z iściem dwa metry za nimi pominę milczeniem bo jest zbyt lanserska żeby dzielić się nią ze wszystkimi. ponadto, to z jej powodu nie zobaczyłam ani minuty Late of the Pier, ale zostało mi to wynagrodzone jeszcze bardziej lanserską przygodą z ich udziałem, więc się nie skarżę, tak tak tak!
    dnia pierwszego rozjebał także Basement Jaxx, dla podkreślenia jak bardzo rozjebał napiszę to zdanie raz jeszcze, ale kursywą: dnia pierwszego rozjebał także basement jaxx.

    DZIEŃ 2

    Gossip - bez podjary. The Kooks - bez podjary, ale to mój defekt ponoć, bo niby byli mega mega mega. Moby - PODJARA! koncert dnia. i pomachał, trzea więcej? Crystal Castles - średnia podjara, bo widziałam tylko 1/3 przez moby'ego, ale nie żałuję. Koń rafał - PODJARA!

    DZIEŃ 3

    cały dzień spędzony w tencie i jego okolicach. Kamp! megaprzezajebisty, co było zaskoczeniem, bo ich nigdy live nie widziałam a i epkę przesłuchałam tak z 10 razy, w sumie z pozytywnymi odczuciami, ale nie jakoś tak żebym kisiel w majtkach miała. a po koncercie już mam. Fisz Emade spędzony przed tentem z olgą i lu i maćkiem i kasią i przyległościami (<3) ale "tak, tak, jesteśmy gotowi" i tak skandowałam, więc jestem na tak. Emiliana Torrini po drobnym pchanku spędzona pod samą sceną, rząd 2. (byłoby lepiej, ale mam dobre serce.) White Lies bardzo mie się podobało. M83 podobało mi się bardziej niż bardzo. obejsrałam. <m833

    DZIEŃ 4

    O.S.T.R sponio lonio, ale z daleka i kawałek, bo widziany już razy milion. The Black Tapes niby sponio lonio, ale muzyka to jakaś taka nie moja jednak. a poza tym i tak tylko fragmentarycznie. Plug&Play też tylko kawałek, ale znacznie przyjemniej. Lily Allen najbardziej podobała mi się w womanizerze i z daleka, wnioski łatwo wysuwalne. Buraka Som Sistema przezajebioza! i to nie tylko z sentymentu do łege łege, ale po prostu mega dobrze się bawiłam. pozdro dla pana w pomarańczowym kombinezonie, chyba też się dobrze bawił. Kings of Leon - <33333. obiektywnie ponoć troszkie nudnawo, ale to kings o leon, stąd <3333 i pierdolę obiektywizm. poza tym - WHOAAA, she's sucha a TocarCharmer live = O KURWA. Placebo pewnie by mi się z sentymentu podobało, gdyby nie to, że przede mną stał woniejący pan, a za moim prawym ramieniem łkająca fanka i oboje gnietli mnie tak że jelita przemieściły mi się do łokci i musiałam wyjść przed Prodigy i pójść spać do namiotu, żeby mi się narządy wewnętrzne zregenerowały, bo czułam że niedługo umrę. nie recenzuję więc the prodigy i ostatnionocnej bani (*).

    pozdro dla pana co piątego dnia rano intonował "gównoooo" pod naszym namiotem, bo się nawet dobrze bawiłam. i pozdro dla osła i pingwina i bani i łege i w ogóle!

    amę

  • i po Openerze.

    Jul 8 2009, 16h52 por ainoalaatuinen

    Heineken Music Opener Festival pełen zaskoczeń.

    Arctic Monkeys tak średnio, dobrze ale bez wzruszeń.
    Kings of Leon działają mi na nerwy - ale na Sex on fire i Use somebody skakałam, darłam sięi wbijalam w ciżbę- bo zimno było ;P i nawet zauroczył mnie jeden kawałek.
    jakie to tam jeszcze gwiazdy byly..? hm hm hm.
    a!
    Moby! miałam opuścić ten występ bo jakoś średnio mnie podnieca, ale zostałam i... absolutnie nie żałuję! naprawdę, jeden z lepszych koncertów tego festiwalu.
    Faith No More. miałam się im przyjrzeć, bo to komus obiecałam, i nic z tego nie wyszło gdyż w trakcie ich koncertu byłam zajęta szukaniem telefonu który się zdematerializował w tajemniczych okolicznościach. God bless openerowiczów,a w szczególności istotę,która ten telefon znalazła i oddała! dzięki,dzięki dzięki!!
    Lily Allen. cóż, no był to koncert na 'odwal się'. ale co poradzę,że ja tę księżniczkę kocham, nawet jeśli na scenie śmierdzi cebulowymi czipsami. co nie zrobi- i takmi się spodoba, publiczność natomiast mi się nie podobała, podobnie jak na Rentonie. Złażą się pod scenę,czekają na jakieś tam swoje coś (od 16 czekać na The Prodigy o 2? hardkorowcy) ale jeśli po drodze jest tam ktoś inny, to należy obdarzyć pobłażliwymi uśmiechami, pokwękać, jeśli ktoś się dobrze bawi i rzucać niewybredne komentarze, zarówno do artysty jak i -w tym przypadku- mnie. Brawo brawo,oby tak dalej. Ja się na Lily świetnie bawiłam. Na Rentonie również. I bardzo mi przykro że niektórzy nie potrafią tego uszanować.
    Po Lily był KoL, po KoL'u Placebo. Bardzo pozdrawiam fana FNM z Ełku, który zaplątał się pod scenę na Placebo ^^ Ja z młyna uciekłam, alekoncert bardzo fajny. Nie mogę jedynie znieść tego ich nowego blond-kundelka, zabaweczki takiej. No nie mogę i już, niezależnie jakim wirtuozem perkusji by nie był. jestem dzieckiem pokolenia Molko, wychowałam się na Placebo z Hewittem w składzie, i cóż, teraz to dla mnie towar wadliwy, powinien po promocji jakiejś być.

    tyle o mejnstejdżu.
    Tent.
    Late of the Pier - koncert festiwalu!!! moi mistrzowie i bogowie od tej pory, wymietli zamietli i zostawili mnie bez butów. nikt im nie dorównał.
    chyba że Łąki Łan, ale to nie ta kategoria wagowa, w ogóle nie ta dyscyplina. kto ich widział- wie co mam na mysli. kto nie widział- i tak nie zrozumie, o czym ja mówię. o królikach, pszczółkach, Paprodziadach i kalafiorze. czy to ma jakikolwiek sens?
    Księżniczka Duffy przepiękna i przepięknie i w ogóle och! i ach! a na Crystal Castles, choć bardzo chciałam,nie udało mi się wbić do namiotu :(
    Kamp! reklamowany ostro przez moją towarzyszkę spłynął po mnie jak przysłowiowa woda po kaczce, zupełne nic, za to Jazzus, który w tym czasie produkował się na Young Talents Stage zauroczył.
    Fisz dobrze, zwłaszcza te 'szlagiery', które znałam. Emiliana Torrini, i Priscilla Ahn urokliwie bardzo. White Lies świetnie, nie przepadałam za nimi, ale na koncercie mnie 'wzięli'. Choć wciąż twierdzę, ze wyglądają jak świeżo wykopane ziemniaczki. I M83 bardzo pięknie i hiper nastrojowo.

    a u Young talentów?
    Jazzus sie wyróżnił, podobnie jak Furia Futrzaków, za którymi nie przepadałam,ale po koncercie jakoś bardziej na plus.The Calog też fajnie, Plug&Play jak zwykle,twilite - nie pamiętam.

    aha. Alter Space. Ryczałam jak dziki bóbr oglądając 'Heima'.

    Podsumowując:
    fav koncerty:
    Late of the Pier (absolutnie najlepszy!)
    Renton
    Moby
    Lily Allen
    Placebo


    Cztery dni naprawdę świetnej i światowej muzyki.
    Cztery dni całkiem niezłej organizacji.
    Cztery dni wypełnione tysiącami muzycznych maniaków.
    Cztery dni fantastycznej zabawy.
    Cztery dni jedzenia frytek.
    Four days of love made a mark, I've never been so happy,why?

    ale.
    Dlaczego zabrakło nie-piwa czwartego dnia?
    Dlaczego niektórzy nie tolerują ludzi o odmiennych gustach?
    I dlaczego przez te cztery dni widziałam chyba każdego openerowicza, tylko nie tego jednego, którego chciałam zobaczyć? xD a właściwie nie tych dwóch.

    drugi to chłopiec z Krakowa, który w tym samym czasie co ja utknął na 2 godziny w Pruszczu Gdańskim, ze względu na awarię torów. Przeradosny blondyn dobijający się do autobusu jadącego dokądś, który na hasło 'pociągi zaraz pojadą' rzucił się dzikim pędem przez 'pola'. Zauroczył mnie straszliwie i chciałam po prostu spytać, czy dogonił ten pociąg ^^
  • A Slightly Less Belated Top Albums of 2008

    Jul 8 2009, 14h59 por Datura22

    ~*~
    So I once again failed to post my 2008 year-end top ten list in a whatsoever timely fashion, it now being July 2009. I'm going to justify it like this - writing my year-end list six months into the next provides additional perspective, which albums do I actually return to, which have fallen from favor, etc. That said, I'm keeping the actual order as it was at the end of last year, just changing the commentary. But enough blathering, here we go.

    10. Cut Copy - In Ghost Colours
    This was really the only slot that served as a bit of filler this year - I thought about replacing at the time with M83, but six months later, I'd still keep it this way. It's not meaningful or anything, and I don't really listen to straight up dance music all that much.. but when I do, this is exactly what I go for. Happy happy synthesizers. Favorite track: Far Away.

    9. The Dodos - Visiter
    If I were making this list now, this would probably be several slots higher. I've actually listened to this a lot more this year than I did last. At first I mostly listened to 'Fools' and one or two other tracks that reminded me of Animal Collective. But having absorbed Visiter as a whole many times over now, it certainly deserves a lot more credit than that. I'm totally in love with this one to this day. Favorite track: Definitely hard to choose, but I just adore Park Song in its simplicity.

    8. Deerhunter - Microcastle / Weird Era Cont.
    I don't know if Microcastle and Weird Era Cont. should be considered separate albums, but they came out together, i got them together, and it makes it easier for me this way, so yeah. These might be another I'd be even higher considering how much I listen to them even now , but maybe not - it was tough this year. All that said, each of these albums is fucking fantastic in their own way. I didn't get into Cryptograms at all, but I simply couldn't overstate my satisfaction with these releases, they're each absolutely fantastic. As music to chill and smoke to, they're hard to beat. Favorite tracks: From Microcastle, Nothing Ever Happened, from Weird Era Cont., Operation.

    7. TV on the Radio - Dear Science
    Well, I don't really have much to say about this one, other than it's pretty great. Though this has slipped a bit beneath both the Dodos and Deerhunter albums in my current estimation, it's still definitely solid, and I return to it occasionally. Favorite Track: Dancing Choose.

    6. Crystal Castles - Crystal Castles
    I absolutely fucking love absolutely everything about this album. My placing it this far down on the list again only illustrates how rigorous the competition was this year. Another one that I just can't put into words exactly how much it delights me - when I (embarrassingly) fell in love with the 8-bit synthesizer sound of Joy Electric so long ago, this was where I only could have dreamt it would lead. It still feels fresh, still commands my attention, I was listening to again just yesterday and still enrapt with nearly every song. It has 8-bit synthesizers, heavy vocal effects, measured edge and beauty, almost everything that compels me these days. Favorite track: Untrust Us.

    5. Santogold - Santogold
    I know she's changed her name due to legal challenges by some fruitcake lowlife, but I prefer to stubbornly go by what it says on the record. Anyway, I absolutely adored this when it came out, and I still like it a whole lot, but this is one that has admittedly burned off a lot for me since its release. Maybe it's just been overplayed, and maybe it's part of that whole pretentious mindset that lowers my esteem for something when it has osmosed its way through to the mainstream, lol. But when every other beer commercial is playing it, as well as So You Think You Can Dance (twice this week!) it does seem slightly less special. Or maybe it's just the straight-forwardness of it all. Nevertheless, it's still a fun and fabulous record, and it would still be on the list, if not a bit lower to make better room for Deerhunter, Crystal Castles and the Dodos. Favorite track: L.E.S. Artistes - man, did i play myself out on this one, i'd almost forgotten how truly excellent it is.

    4. Why? - Alopecia
    The rise of Why? to the upper ranks of my last.fm Overall Artists chart last year was meteoric, and for good reason. This record defined my summer of '08, I barely even listened to anything else for months. And I did end up playing it out hard, so much that I don't go back to it as often, but everytime I do, I am reminded once again of how truly masterful it is in the music, the blend of genres, and certainly, the songwriting. I've never spoken to a single friend I could convince of the merits of Why?, so I may be a bit out in the woods on this one, but that doesn't deter me for one moment, I absolutely adore it. It's hard to imagine ever not liking this one. Favorite track: again exceedingly hard to choose as this is a near non-skip album, but it probably has to go to Song of the Sad Assassin.

    3. MGMT - Oracular Spectacular
    I certainly don't need to hype up the merits of this one, it was all over last.fm's top tens, and near everyone I know is highly fond of it, even my mother and aunt both took to it immediately. I overplayed the fuck out of Time to Pretend and Electric Feel, but only because they're a couple of the best songs I've heard in years. Instantly catchy, instantly accessible, with synthesizers to die for, this is really as good as pop music gets, to me. I have exceedingly high hopes for the follow-up, and I hope they can be met. Favorite track: honestly, any of the first five are contenders, but as I previously mentioned the first two I've totally burnt myself out on, I'd have it give it to Weekend Wars at present.

    2. of Montreal - Skeletal Lamping
    Okay, maybe pop does get a bit better than MGMT, but it almost feels like blasphemy to call this structure-shifting, genre-blending madness 'pop.' It seems like of Montreal tend to fall into the you love it or you hate it category, and for me, obviously, I fucking love it. I just can't put into words how fantastic this record is, and my rapture was only compounded tenfold by seeing their ludicrously entertaining live show twice this year. I can't call out one or even two tracks on this, because it just feels wrong - this is truly a record that deserves and demands to be listened to from start to finish. This would certainly be a in the top spot any year, if not for..

    1. Amanda Palmer / Who Killed Amanda Palmer?
    Amanda Fucking Palmer, y'all. How could it not be? You might accuse me of overlapping my love for the woman with my love for the record, and you might be a bit right, but I can't blame myself and it's a fucking fantastic record anyway. Amanda Palmer is a singular artist I loved instantly and ever more ever since the first moment I heard Girl Anachronism, and after anticipating this album with astronomically high expectations, they were met in spades. Yes, the back half is a bit ballad-heavy, the only bit I could possibly fault her for, but otherwise this was everything I could have hoped for, powerful, beautiful, inspired. With Conor Oberst continuing to pump out disappointing alt-country dreck, Amanda Palmer is the most brilliant songwriter working right now, and Who Killed Amanda Palmer? has earned its top spot in my heart with no equivocation. Favorite tracks: Guitar Hero, Leeds United, Astronaut - I can't be asked to choose.

    ___________________

    Wow. Looking back, 2008 was a staggeringly good year for music. 2007 included a few questionable albums, and in 2006, I couldn't even fill a proper top ten. Several of these albums I expect to live on in any future list of my favorite albums ever. We're halfway through 2009, and it's looking good, but not quite so hot. It's between Bat for Lashes and Yeah Yeah Yeahs for the 2009 top spot so far, and Tori's Abnormally Attracted to Sin is the best she's done in years - but there's not much else on my radar for the rest of the year. But I should save all that for the next list, I suppose. So, see you halfway through 2010, heh.
  • Seen live

    Jul 8 2009, 13h54 por electronic_haze

    Placebo

    HIM

    Arctic Monkeys
    Basement Jaxx
    Coco Rosie
    Cool Kids of Death
    Crystal Castles
    Dżem
    Editors
    Emilíana Torrini
    Fisz Emade
    Goldfrapp
    Hatifnats
    Interpol
    Kings of Leon
    Lao Che
    Lili Marlene

    Lily Allen
    M83
    Massive Attack
    Moby
    Muchy
    Myslovitz
    New Model Army
    PJ Harvey
    Renton
    Sex Pistols
    Sigur Rós
    The Gossip
    The Kooks
    The Police
    The Prodigy
    The Raconteurs
    T.Love
    White Lies

    [last edit on the 8th of July,2009]
  • Magic Camera 'THRASH' Mix

    Jul 7 2009, 21h18 por Nicoprados

    You can download Magic Camera new 'THRASH' mix. Here's the tracklist:

    1.Love & Caring - Crystal Castles
    2.Walkman - SebastiAn
    3.TocarWaters of Nazareth - Justice
    4.Tocar& Down - Boys Noize
    5.Tocar11h30 (DatA Remix) - Danger
    6.TocarElectric Feel (Justice remix) - MGMT
    7.TocarThrough the Hosiery - Crystal Castles
    8.TocarTell Me What to Swallow - Crystal Castles

    I hope you enjoy it and any feedback on it will be appreciated.

    DOWNLOAD:
    http://blogs.myspace.com/index.cfm?fuseaction=blog.view&friendId=460726453&blogId=499018496
    ***************************************************************************************
  • Recencja koncertów, na których byłem

    Jul 7 2009, 19h48 por l00z

    Czw 2 VII – Heineken Open'er Festival 2009
    Dzień 2
    Pati Yang - massakra, co za cuda ta panienka wyprawia na scenie w takt tych hipnotycznych dźwięków. Szkoda tylko, że grali tak wcześnie, w namiocie było odrobine za jasno, przez co klimat trochę ucierpiał. Najlepsza z "polskich" gwiazd, które widziałem. 8/10
    Gossip Słuchałem ich trochę przed festiwalem, więc na wielki szoł się nie nastawiałem, ale mimo wszystko Beth jest przesympatyczna, potrafi ucieszyć publikę i swoją muzyką, i swoim zachowaniem. 6/10
    The Kooks Świetny koncert, chłopaki nie mają wielu arcydzieł w swoim repertuarze, ale to, co grają, potrafi pobujać publiczność i wysłać trochę pozytywnej energii :) 7/10
    Moby Jak dla mnie to wcale nie jest artysta festiwalowy - nie twierdze wcale, że gość jest słaby, ale IMO w jakiejś większej hali robiłby większe wrażenie. Ludziom się jednak podobał, mnie nie zachwycił (ale ucieszył mnie coverem Ring of Fire Johna Casha :)) 4/10
    Crystal Castles To był właśnie czarny koń tegorocznego Open'era! Rewelacyjny koncert, namiotem bujało na wszystkie strony, ludzie byli zachwyceni, ja byłem wniebowzięty (szkoda, że tak daleko od sceny...) 9/10

    Dzień 3
    Madness Praktycznie nie kojarzyłem tej kapeli (mea culpa!) i niewiele brakowało, a nawet nie wybrałbym się na World Stage, ale na szczęście poszedłem i bawiłem się rewelacyjnie cały czas tańcząc i skacząc. Szkoda tylko, że spadł deszcz, bo skończyło się to dla mnie jakąś świńską grypą :) 8/10
    Tworzywo Sztuczne Byłem parę chwil, dostałem to, czego się spodziewałem, czyli solidne "sztuczne" granie, ale jakoś nie mogłem poczuć klimatu, to wina chyba publiki w namiocie. 6/10
    Faith No More Też byłem tylko parę chwil, niemniej to, co widziałem, robiło spore wrażenie, szczególnie jeśli chodzi o wygląd sceny i wokal Pattona. Ale fanem nie jestem więc tylko 7/10.
    artist]Q-Tip Byłem tylko trochę, bo gość miał sporą obsuwkę, ale to co dostałem w zupełności mnie zadowoliło :) Fakt, że do zeszłorocznego koncertu Wyclefa Jeana w Warszawie to mu cholernie daleko, ale jednak czarni raperzy potrafią zrobić fajny koncert. 7/10
    Pendulum Wściekłem się rok temu, jak nie zagrali we Wrocławiu na Creamfields i miałem rację - jeden z najlepszych występów festiwalu, porwali publikę muzyką i charyzmą, nawet kawałki z nowej płyty chyba trochę podrasowali na potrzeby koncertu :) Szkoda tylko, że te nowe utwory zaczynają brzmieć trochę jak Linkin Park. Ale i tak 9/10.

    Dzień 4
    Lily Allen O raaaany, ale ta panna jest słaba. Momentami była tak słaba, że nawet na support Dody bym jej nie wystawił. Tyle. 2/10
    Kings of Leon Muszę się zgodzić, że koncert tylko "odpykali", od "najbardziej pożądanego zespołu świata" wymagałem trochę więcej. Bawiłem się dobrze, ale tylko dobrze. 6/10
    Placebo Tu z kolei rozczarowałem się pozytywnie, bo o ile lubię ich posłuchać w domu, to nie sądziłem, że będą nadawali się na festiwal. A jednak się nadali i zagrali naprawdę fajnie, ich perkacz jest dla mnie bogiem :) 8/10
    The Prodigy MASSAKRA! Spełniło się moje marzenie - zobaczyłem ich na żywca i to co zobaczyłem przekroczyło najśmielsze oczekiwania. Jestem w stanie do końca życia bronić tezy, że to bezdyskusyjnie najlepszy koncertowy zespół świata. REWELACJA! 10/10

    Wnioski ogólne:
    - jestem pozytywnie zaskoczony sprawną organizacją festiwalu - owszem, były wpadki, ale jak na tak ogromne przedsięwzięcie było ich bardzo niewiele
    - zgadzam się z opinią, że dla niektórych to tylko festiwal lansu, a nie muzyki
    - za rok też idę :)