Czw 2 VII – Heineken Open'er Festival 2009
generalnie jest tu relacja z perspektywy osoby, która nie słucha NME-owych gwiazdeczek i na open'era pojechała po to, żeby słuchać, odkrywać nowe brzmienia i (w większości) pierdolić main stage
DZIEŃ 0
Z Ostrołęki przyjechaliśmy najpierw do Gdańska, gdzie zastała nas ulewa, którą przeczekaliśmy w KFC, potem pojechaliśmy do Gdyni, poczekaliśmy trochę i w wielkim ścisku dotarliśmy autobusem na teren festiwalu. Rozstawiliśmy się i zaczęła się całonocna libacja, na której całe pole namiotowe się kołysało, śpiewało i ogólnie z 10tys ludzi naraz najebanych chodziło. Niesamowite przeżycie.
DZIEŃ 1
Tego dnia postanowiłem pierdolić
Renton (gówniane pseudogwiazdeczki Trójki, coś jak muchy, tyle, że duuuużo gorzej),
old time radio,
The Car Is on Fire,
Peter, bjorn and john i cały dzień wyczekiwałem na mój ostatnio ulubiony
Łąki Łan.
Do 19 poznawałem teren festiwalu, zahaczyłem o jam session, jednak właśnie o 19 zaczął się dla mnie festiwal występem Kormoranów w Alter Cafe (zamiast TCioF w tencie). Znakomity występ, tyle, że mało ludzi.
Potem lawirowałem między jam session, a Burn Beat Stage (zajebisty klub swoją drogą), aż nadszedł jeden z niewielu momentów festiwalu, w którym wybrałem się pod main stage.
O 22 wchodzili Arctic Monkeys. Byłem, posłuchałem, poskakałem i po 20 minutach się znudziłem i poszedłem. Widocznie atmosfera ze sceny przeszła na mnie, muzycy byli tragiczni, znudzeni i grali widocznie na 'odpierdol'. Panowi przyjechali, wzięli pieniążki, łaskawie zrobili swoje i pojechali. Nawet indi dziewczynkom się koncert nie podobał, więc o czym tu gadać?
Z Arctic poszedłem znowu do Alter na prawdziwą muzykę, czyli
Wariacje.pl. Znakomity występ, wokalistka dysponująca świetnymi warunkami głosowymi, a sam zespół to naprawdę udany mezalians metalu, wiolonczeli i poezji. Po nich na chwilę poszedłem zobaczyć Late of the Pier (zagrali na początku jedyne kawałki, które mi się podbają i poszedłem) i Basement Jaxx (z nowo poznanymi Anglikami, pozdro dla Josha i Josepha), a o godzinie 1:00 odbył się najlepszy koncert pierwszego dnia i jeden z najlepszych całego festiwalu...
O 1 w Tencie pojawiło się pięciu niezwykłych smakoszy nektaru i pyłku kwiatowego, czyli
Łąki Łan. To co wyczyniali na scenie było ogólnie 'pozytywnie pojebane' ale nie sposób żeby łąki funk nikogo nie porwał. Rzucanie kwiatkami, kalafiorem i wymiana mózgu panu z ochrony to rzeczy, których po prostu smutno nie zobaczyć. Świetne zwieńczenie niezłego dnia, a ja zdarłem sobie gardło na 3 dni, bo znam wszystkie kawałki na pamięć i nie mogłem ich nie wykrzyczeć.
Potem zahaczyłem jeszcze na dobry polski ambiencik, czyli na koncert Grabka w Alter Cafe, było miło.
DZIEŃ 2
Czyli mam w dupie kooksów, duffy, gossip i peszkównę
O 17 w Tencie pojawił się świetnie rokujący nowy zespół Morettiego -
Paristetris. To, że świetni są wiedziałem już od dawna, potrzebowałem tylko zobaczyć ich na żywo - i się nie zawiodłem. Coś między jazzem, noisem, soulem i dobrą psychodelą + PIĘKNA WOKALISTKA było pokarmem dla uszu, oczu i ducha ;)
W namiocie zostałem jeszcze do FlyKKillera, dali poprawny występ, a po nich wybrałem się do Alter na 100nkę i do World Stage na Kapelę ze Wsi Warszawa, co było dla mnie punktem obowiązkowym festiwalu i zagrali naprawdę dobry koncert.
Następnym przystankiem był dla mnie Alter Stage, i gdy napalone nastolatki bawił się na kooksach, ja postanowiłem sprawdzić
Wiolonczele z miasta. Koncert był po prostu niesamowity, bo co można stwierdzić po zespole składającego się ze smyczkowego tria, gitary, basu, perkusji, tria śpiewającego 'na ludową nutę' i różnych elektronicznych efektów? To musiało wyjść świetnie, no i wyszło
Potem był bardzo dobry koncert Moby'ego na Main Stage, posiedziałem 40 minut, po drodze uciąłem sobie miłą pogawędkę z Digital Girl (ta od elektroniki) z Wiolonczel z Miasta i biegłem na
Crystal Castles...
I było na co czekać mimo, że rozstawiali się 20 min. Powoli już strasznie to czekanie wkurzało, no ale cel był szczytny, a moje miejsce po sceną było jednym z lepszych. Ale kiedy już weszli, było wiadomo, na co tyle czekaliśmy - na najlepszy dźwięk, światła i ogólny rozpierdol - trudno inaczej to nazwac. Alice skakała, piszczała, krzyczała, trzęsła się, turlała, prężyła, rzucała się w publikę, chlała wódę z gwinta, waliła mikrofonem po głowie... Aż ciężko po czymś takim zasnąć, no ale czasem trzeba, już nie miałem siły isc do Alter na Kakofonikt
PS Crystal Castles na koniec zachowali się jak szmaty, bo nie wyszli na bis
DZIEŃ 3
Czyli nie idę na emilianę, white lies i izrael
Jak co dzień był poranny wypad do Gdyni w celu odwiedzenia MELANŻU i zaopatrzenia się w heńki (co by nie płacić 6zł zdziercom), które ładnie się obaliło na łanie, po czym wstałem i wpadłem na genialny pomysł pójścia do tenta na
Kamp!. Naprawdę zajebiście grają, szkoda, że mało ludzi było, mogliby zamienić się na miejsca i pory grania z Izraelem (byli o 18 na mainie), może więcej ludzi by ich poznało.
O 19 też w namiocie grali bracia Waglewscy z zespołem, czyli Fisz Emade Twożywo - naprawdę fajnie fajnie szkoda, że mało starych utworów i tak krótko, bo 45 min to jest po prostu kpina.
O 21 poszedłem zobaczyć, jak tam się trzymają dziadki z Madness, a, że trzymają się dość nieźle, po 20 minutach poszedłem do main stage wyczekiwać na największą chyba gwiazdę tegorocznego Open'era, czyli
Faith No More
Weszli o 22:00 i dali najlepszy koncert jaki widziałem w życiu. Zespół grał z matematyczną precyzją, wszystko brzmiało o niebo lepiej, niż na płytach. Ale nic nie umywało się do wyczynów Pattona, którego nie bez powodu nazywam moim bogiem. Ten człowiek (?) ma skalę głosu ponad wszystkich znanych mi wokalistów, a przy tym hipnotyzuje i sprawia, że nie można oderwać wzroku. A ludzie potrafili się odwdzięczyć zespołowi najlepiej, jak mogli - szaleli, krzyczeli, klaskali, gwizdali - i już wiemy dlaczego artyści kochają polską publiczność. W ogóle zespół też zachował się najlepiej jak mógł - poza tym, że idealnie grał, grał długo (1,5h) a przy tym wyszedł na prawie 20min bis! Panowie i panie, widzieliśmy legendę.
Potem z 30 min byłem na Pendulum bo są fajni.
Po nich poszedłem na
Village Kollektiv zamiast M83 (to znaczy wpadłem na M83 tak na chwilę, akurat było Kim & Jessie) - sam się sobie dziwię czemu, no ale widać taki miałem wtedy kaprys bycia tr00 alternativ. Ale poszedłem i nagle zrozumiałem, jak dobry wybór podjąłem - elektroniczny folk (folkotronika?) to jest coś tak zajebistego, że żadne M83 nie mogłoby tego dać
Po genialnej muzyce postanowiłem iść na bodaj najbardziej awangardowy, eklektyczny, alternatywny, schizofreniczny i zagadkowy 'zespół' festiwalu -
Szelest Spadających Papierków. To było zbyt chore (dla mnie, słuchającego drone psychodelii!), zbyt chaotyczne (dla słuchającego Fantomasa!) zbyt ambientowe (słuchając Tetsu Inoue, Laswella i Alio Die!), czyli po prostu byli tak chorzy i pojebani, że aż genialni. Dobre zakończenie dnia.
DZIEŃ 4
Postanowiłem na zakończenie pierdolić co się da, a mianowicie lily allen, kings of leon, black tapes, priscillę ahn, kumkę olik (a te cioty to bym pozabijał), ting tings, sofę, jazzanowę, letko, plug and play, the calog, iowa super soccer i mass kotki
O 17 w Burnie miał swój set Envee (bardzo dobrze go posłuchać ale nie ma różnicy czy w domu, czy w klubie, więc poszedłem coś zjeść), potem o 18 na mainie OSTR (wszystko fajnie, ale jak na mój gust za dużo o synku gadał i trochę populista z niego, no ale każdy wielki artysta populistą choćby w najmniejszym stopniu być musi), potem pochodziłem sobie po terenie festiwalu, zahaczyłem o Santigold (a co mi tam, lubię ją), a kiedy ok 59900 ludzi poszło na buractwo, czyli kings of leon, ja postanowiłem, że znowu będę fajny i tr00 i w ogóle najbardziej alternatywny na świecie i udam się do Alter Cafe. Jeden z najlepszych wyborów w moim życiu.
Równo o 22:30, czyli o dokładnie tej samej porze, co króle leona na drewnianą scenkę wszedł Contemporary Noise Sextet. Dziwiłem się sam, jak można dać na taki festiwal zespół jazzowy, ale widać można, za co dziękuję organizatorom ponad wszystko - dali ludziom wybór, czy iść na rzecz świetną dla mas, czy na rzecz świetną dla indywidualistów. Ok 100 osób zdecydowało się na indywidualizm, i pewnie wszyscy są podobnego zdania do mojego - to było coś niezwykłego i tak dobrego jazzu w Polsce długo nie słyszałem. Poza tym świetne wywody lidera na temat piwa na festiwalu ('takiego syfu nie piłem z 10 lat, tamto piwo nazywało się chyba kujawiak' ;D), czy poziomu muzycznego czwartego dnia festiwalu ('no, dziś jest taki dożynkowy dzień, więc i my zaczniemy dożynkowo) miażdżyły po prostu.
Potem koncerty Placebo i Prodigy, zobaczyłem ich bo są fajni.
Następnego dnia wróciliśmy do Ostrołęki, a jak wyjeżdżaliśmy z Gdańska staliśmy w korku 1,5h. Ogólnie rzecz biorąc świetny festiwal po prostu.
Najlepsze koncerty:
1) Faith No More
2) Łąki Łan
3) Crystal Castles
4) Moby/Contemporary Noise Sextet
5) Prodigy/ParisTetris
Najlepsze nowe rzeczy:
1) ParisTetris
2) Wiolonczele z Miasta
3) Kamp!
4) Wariacje.pl
5) Kormorany
Poza kategorią - Szelest Spadających Papierków
PS byłoby miło, jakby ktoś zechciał to przeczytać i skomentować ;)