Myślałam o podsumowaniu moich muzycznych odkryć, ale chyba nie ogarnę, co było w tym roku, a co w poprzednim. ;)
No to lecimy według listy Last.fmowej:
1. Beltaine - właściwie sama jestem zaskoczona, że tak wysoko. Ale już przypominam sobie, dlaczego - za sprawą absolutnie genialnej płyty KONCENtRAD. Jest trochę folkowo, ale trochę jazzowo, trochę orientalnie. Słowem - z tradycyjnego zespołu irlandzkiego, stali się artystami swobodnie interpretującymi celtyckie klimaty, bawiącymi się konwencją. Ta płyta jest inna, lepsza, mocniejsza, w ogóle bardziej. Polecam (szczególnie, że chłopaki z Zagłębia są)!
2. FlyKKiller - a tu zdecydowanie zasłużenie. FlyKKiller to projekt mojej ukochanej Pati Yang i jeden z moich pierwszych prawdziwych romansów z trip-hopem. Wyczuwam tu klimat pierwszej płyty Pati - Jaszczurka, jest tylko bardziej hop, a mniej trip. Ale za to dojrzalej. A utwór
3. Ladytron - z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że odkrycie ostatnich miesięcy. Ladytron zawsze kojarzył mi się niekoniecznie dobrze, bo z electroclashem, który lubię, ale bez większego przekonania. Tymczasem piosenka
4. Tool - chyba nie ma o czym opowiadać. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem kopnięta na jego punkcie, a teksty mogę cytować na wyrywki. Tym, którzy nie znają, oświadczam - TOOL jest WIELKI! Choć teraz nie słucham go tak namiętnie, jak kiedyś - co widać - to ciągle jestem pod wrażeniem.
5. The Pogues - muzyka irlandzka zawsze przewijała się w moich zainteresowaniach muzycznych, szeroko pojęty punk - nigdy. Wyjątek stanowi The Pogues (i trochę Dropkick Murphys), w których zasłuchuję się namiętnie. Jak się okazuje, oba gatunki muzyczne współgrają ze sobą bardzo dobrze, szczególnie, jak jest więcej celtic/irish, a mniej punk. ;) W każdym razie wszystkim starym punkowcom polecam przejrzenie taga celtic punk - możecie zostać mile zaskoczeni. ;)
6. Clannad - krótko i na temat - są WIELCY. Koncert genialny. Absolutne "must hear" dla wszystkich lubiących celtyckie klimaty.
7. Cmy - czyli z polskiego Ćmy. ;) Pamiętacie kolesia, co śpiewał
8. Kate Nash - mój delikatny kroczek w stronę muzyki komercyjnej. Ale nie żałuję. Kate gra pop-rock, a jej piosenka Foundations naprawdę daje radę (wsłuchajcie się w tekst, boski :D). Jest wyszczekana i niepokorna, nieźle komponuje i śpiewa z genialnym brytyjskim akcentem. Może dlatego zagościła w moim plejerze tak długo.
9. Colbie Caillat - uh, wolałabym przemilczeć. Było i miło i popowo i jakoś tak poleciało...
10. Nine Inch Nails - kolejny artysta-monument, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Ostatnie płyty, szczerze mówiąc, niespecjalnie mnie zachwyciły, ciągle wracam do obu "spiralek".