First off, sorry guys and gals for taking that long to finish the video.
As this is our first music video ever, we encountered various technical problems
one after another which had to be fixed. But finally we are done,
so click on the link below for: BUTTERFLY COMA - “You're killing me” !!!
Das war's mal wieder. Café Nova zum x-ten Mal. Aber auch wieder super, sehr super.
Ich bin um 17:30 angekommen um mich mit Freunden zu treffen und mich erschlug die wartende Menge schon förmlich. Zum Glück hatten wir vorbestellt!
Kurz darauf durften die Vorbesteller bereits hinein, während die anderen noch im Regen warten mussten (Ha!).
Schnell Eintrittsgeld bezahlt und Merch angesehen, Caliban haben unter ihrem alten Namen Never Again auf 50 Stück limitierte Shirts verkauft (besitze jetzt die Nr. 48..).
Den Rest eben schnell angesehen, aber nichts Gutes sonst gefunden, also gings in den Hauptraum, wo wir noch kurz warten mussten bis BEAST WAR RETURNS als Opener spielten.
Solide Show, Gesang top, Pigsqueals ausbaufähig ;) ;)
Soviel wie der Bassist hin- und hergerannt ist, man man, die hätten auch Kilometergeld verlangen können! Hat mir aber sehr gut gefallen, die Stimmung war noch eher ruhig, zwei Mosher, einige "Kopfnicker".
Ich frag mich immer noch, warum mich der Sänger während eines Liedes angesprochen hat und danach total ausgerastet ist, haha.
Nach ca. 30 Minuten gab's eine kurze Pause und es wurde für Left The Crowd umgebaut. Left The Crowd habe ich vorher schon öfter gesehen (der Drummer ist der Bruder vom Freund meiner Cousine, oh gott :>) und haben mir auch gut gefallen. Waren an dem Abend ein wenig das Kontrastprogramm, weniger Shouts, mehr Melodie, und vor allem - Deutsch gesungen! Left The Crowd haben auch ca 30 Minuten gespielt, wieder kurze Pause, und wieder Umbau für The Autumn's Regret.
TA'sR wollte ich vorher schon mal sehen, habe aber leider noch die Zeit dafür gefunden und ich war nun positiv überrascht.
Die Stimmung fand einen ersten Höhepunkt, super Klang und tolle Show. Gut!
Nach The Autumn's Regret gab es, wiiieder mal eine Umbaupause, die wir auch endlich nutzen, um uns draussen von dem ganzen scheiss Rauch zu entspannen, haha. Es regnete, schöne Abkühlung!
Deadsoil waren, genau wie beim Essen Original im August letzten Jahres, super drauf. Ein neues, noch härteres Album wurde angekündigt und auch einige ältere Lieder gespielt. Stimmung war teilweise gut, aber auch oft genug eher schleppend, keiner traute sich wirklich irgendwas zu starten. Nach drei Circle Pits und ca. 40 minütiger Spielzeit haben wir uns wieder nach draussen verzogen um uns Pizza zu holen, war auch irgendwie nötig, wenn man den halben Tag nichts isst.
Um 21:30 waren wir wieder fast pünktlich zu Machinemade God zurück. Machinemade God! In so einer Location! Zu dem Preis! Sowas hat definitiv nicht alle Tage.
Hat mir und auch vielen anderen gut gefallen. Es wurde immer mehr getanzt.
Zwischendurch hätte ich mir aber auch selbst ein' auf'n Kopp hauen können - ich dachte die ganze Zeit darüber nach, warumMachinemade God nur wie Butterfly Coma klingen... bis mir auffiel das Sky Hoff bei beiden der Gitarrist ist. Möööh.. doof! :D
Ca. um 22:30 enterten Never Again die Bühne - mit Perücken ausstaffiert, tolle Idee ;)
Nach dem Intro von A Small Boy and a Grey Heaven ging es auch endlich mit Arena of concilement los.
Es wurden ausschliesslich ältere Sachen von A Small Boy and a Grey Heaven und Vent (und der Demo?!) gespielt, ganz zum Schluss durfte sich das Publikum noch zwei neuere Lieder wünschen (Forsaken Horizon war dabei).
Die Stimmung war famos, es wurde gemosht, mitgeschrien und soweit ich das beurteilen konnte hatte jeder Spaß. Caliban sind ja nicht nur wegen ihrem Aussehen eine der besten Metalcore-Bands der Welt ;)
Nach einer sehr geilen Wall of Death gab es bei (Jaa? Wer weiss den Liednamen noch? Ich hab den vergessen oh gott, Comment bitte!) eine geile Aktion *hust*: Alle sollten sich beim Breakdown auf den Sänger schmeissen. Diesem Aufruf folgten einige, zuerst war ich noch recht weit oben, doch beim zweiten Mal gaaanz unten, autsch, haha.
Caliban haben einen super Auftritt hingelegt, den ich nicht so schnell vergessen werde: Wer kann schon von sich sagen einen Secret Gig von Caliban mit 160 Leuten gesehen zu haben?
Deshalb, gerne wieder Café Nova, gerne wieder Caliban und BEAST WAR RETURNS, gerne wieder so geile Action.
Man sieht sich.
HunterFest 2007
Boska data, boski koncert
"Najlepszy metalowy open air tego lata"
Wszystkie przytaczane słowa mogą się lekko różnić od tego co w rzeczywistości zostało powiedziane, nie jestem w stanie zacytować w 100% poprawnie :P
14:30 przyjazd do Szczytna
Bilet 80 zł..
..wrażenia bezcenne
WEJŚCIE ok. 15:30
Koncert miał się zacząć o 14:00, ale oczywiście to jest tylko taka godzina mówiąca, o której wyjechać z Władywostoku żeby zdążyć na koncert, który zaczął się ok. 16:00.
Trochę wiało jak na plażę przystało, ale pogoda dopisała.
Przed wejściem jakiś brother of metal nie miał kasy na wejście i prosił ludzi o parę złoty. Każdy solidarnie dawał i uzbierał te 80 zł. Taka refleksja mi się nasuwa, że gdyby to była dyskoteka to co najwyżej dostałby wpierdol.
Po wejściu dopadł pierwszy głód, stoisk gastronomicznych nie brakowało, wybrałem zapiekankę (zły wybór), której głównym składnikiem była jakaś papierowa bułka. Miałem wątpliwości czy czasami nie wpieprzam tekturki, za którą trzymałem tą magiczną zapiekankę, ale tekturka była cała.
Zespoły konkursowe zostały wybranie przez słuchaczy Antyradia. Jak się nazywał pierwszy zespół nie mam pojęcia, a nazwę drugiego pamiętam tylko dlatego, że rozdawali płyty i była o nie walka. Po dłużącej się minucie opuściłem szamotaninę bez trofeów. Moment później waleczny Eadrin przyszedł z płytką, na której znajdują się tylko 2 piosenki (Zabawka, Robaczek), a tak oto wygląda
Oficjalne godziny koncertów (po występie każdego zespołu była przerwa 10-15 minutowa na strojenie i przemeblowanie):
Wokalista: jesteśmy zespołem niekomercyjnym a to oznacza, że nie mamy pieniędzy, a to oznacza, że teraz usłyszycie blok reklamowy.
No i usłyszeliśmy reklamę rozrzutnika gnoju.
15:00Self Respect - nic nie pamiętam 15:30Butterfly Coma - tu był wall of death ^^ 16:05Totem - jedna z piosenek bardzo mi się spodobała ogólnie nie pamiętam nic, ale jeśli piosenka się spodobała znaczy, że źle nie grali. 16:45Virgin Snatch - nic nie pamiętam 17:25Hurt (w dzikim składzie, bo zagrali "członkowie HURT'u z poprzednich wcieleń grupy") - Zaliczyłem pierwszy upadek w piachu. Mimo szybkiej reakcji podnosicieli ktoś zdążył nadepnąć mi na rękę. 18:10Acid Drinkers - ogólnie fajnie zagrali, ale pamiętam tylko jak grali cover Wherever I May Roam.
[jezioro ogrodzone]
ja: witam, można umyć ręce w jeziorze?
ratownik: no tak nie za bardzo
ja: ale tylko na moment wejdę i wychodzę.
ratownik: Ale w tym jeziorze to syf, ty ze Szczytna jesteś?
ja: niee
ratownik: no właśnie, te jezioro jest od dawna zamknięte, w nim są różne syfy bakterie coli (i jeszcze parę, których sobie nie przypomnę), że jak pójdziesz do toi toia dotkniesz ptaka to jutro rano zamiast ptaka zobaczysz kalafior.
ave Jezioro Domowe Duże!
19:00Ektomorf - nic nie pamiętam 19:55Caliban (występ odwołali "z powodu choroby wokalisty") 20:55KAT & Roman Kostrzewski - Roman już stary dziadek, ale jego niepowtarzalne ruchy sceniczne przeczyły wiekowi (prawie 50 lat). Mogli zagrać o 1 balladę mniej, trochę za dużo ich było w moim odczuciu. Zabrakło mocy z jaką Kat grał kiedyś. No i nie zagrali, albo mało pamiętam, swojej najlepszej, a jeśli nie najlepszej to jednej z trzech najlepszych piosenek, "Odi Profanum Vulgus". Brakowało mi też wykonania "Ostatni tabor". Nie zagrali niczego, co bezpośrednio mogłoby świadczyć o propagowaniu przez nich satanizmu (typu "Noce Szatana"), co osobiście mi się podobało (sprawa nagłośniona za sprawą "listy zespołów propagujących satanizm" p. Nowaka, przez którą ich występ stał pod znakiem zapytania podobnie jak Behemoth'a dnia następnego).
Głos z ciemności
22:00Hunter - gospodarz imprezy, głównie dla nich tam pojechałem i się nie zawiodłem. Niezapomniane, nastrojowe solóweczki Jelonka na skrzypcach. Wystąpili z chórkiem (mniej więcej 10 osobowym + dyrygent). Zagrali parę swoich wspaniałych utworów, po czym chórek został nagrodzony oklaskami i zszedł. Drak porozmawiał trochę z publicznością:
Na początku powiedział, że mają bardzo mało czasu więc nie będzie za dużo gadał.
Drak: A KAT grał?
publika: TAAAAAK!!
Drak: A wiecie, że miał nie grać?!
publika: <konsternacja>
Drak: Bo są ludzie, kórzy chcą żeby ten festiwal już nigdy więcej się nie odbył!
publika: BUUUUUU..
Drak: Mówią, że my tu obrażamy jakieś uczucia religijne... że namawiamy do czegoś... Zapraszamy władze tutaj niech zobaczą sami co tu się dzieje.
publika: <oklaski>
Hunter zagrał jeszcze jedną piosenkę i na scenie pojawił się Krzysztof Daukszewicz więc nadszedł czas na Easy Ridera.
Daukszewicz zszedł, Hunter zagrał jeszcze 1 piosenkę i występ zakończył (grał dokładnie 35 min, stanowczo ZA KRÓTKO!! jak jakiś zespół konkursowy!). Na koniec zeszli ze sceny do publiczności żeby się pożegnać i nastąpiła przerwa.
23:20Samael - śmieszył mnie wiatrak przed gitarzystą. Rozwiewało mu włosy i może to dobrze wyglądało, ale mocno się to kojarzy dla mnie z jakimś komercyjnym gównem. Nie trafia to w moją estetykę. Nie podobało mi się również to, że korzystali z perkusji syntetycznej. Brak perkusisty w zespole sprawia, że zespół jest jakiś taki niepełny. Ocena: bardzo dobry za muzykę. Jak to Wroncia powiedział "kawał porządnego disko blek metalu"
-przerwa-
Makak (prowadzący) [widać, że już nieźle wcięty]: Teraz przerwa od 8 minut 30 sekund do 15 minut 30 sekund. A następnego zespołu nie zapowiem, po prostu nie wiem jak go zapowiedzieć. (w ten sam sposób zapowiedział co najmniej 3 zespoły)
publika: wy-pier-da-laj!!! wy-pier-da-laj!!!
Makak: <śmieje się>
publika: po-każ cycki!! po-każ cycki!! po-każ cycki!!
Makak: <zdejmuje szałowy, czerwony szaliczek, kapelusz, marynarkę> OK, nie ma problemu. <z gołą klatą> I co myśleliście, że tego nie zrobię, hę?!!
publika: po-każ dupe!! po-każ dupę!! po-każ dupę!!
Makak: o wy geje!
publika: po-każ rycha!! po-każ rycha!! po-każ rycha!!
Makak: A wy co?! Boicie się pokazać cycki!! No pokaż cycki <wskazuje na kogoś>
publika: [Z 10 osób rozebrało się od pasa w górę] po-każ rycha!! po-każ rycha!!
Makak: <udaje, że nie widzi, że się rozebrali> No pokażcie cycki!
publika: gej! gej! gej!
Makak: O NIE [dostaje od kogoś z backstage'u wino] <robi łyka>
publika: chuj ci w dupę!! chuj ci w dupę!! chuj ci w dupę!!
Makak: Kocham was!!
publika: [Ktoś oblał go wodą]
Makak: <klęka> Jesteście wspaniali!
publika: wy-pier-da-laj!!! wy-pier-da-laj!!!
Makak: Dobra idę, to jeszcze raz dla mnie czułe "WYPIERDALAJ"!!
publika: wy-pier-da-laj!!! wy-pier-da-laj!!! wy-pier-da-laj!!!
i już go nie zobaczyliśmy. Po mniej więcej 10 minutach na scenie pojawiła się Sepultura.
00:20Sepultura - wcześniej ich praktycznie nie znałem jedyne co o nich wiedziałem to to że przecinają równo i są cholernie popularni. No, ale to co przeżyłem to był jeden wielki muzyczny przecinak! Grali na najwyższym poziomie. I ta sztuczka z mikrofonem ;] W między czasie zrobili konkurs (zaczął się słowami: "No, a teraz zobaczymy ilu jest tu starych fanatyków Sepultury") zagrali kawałek piosenki, a koncertowicze mieli odgadnąć tytuł. Okazało się, że za wielu fanatyków tam nie było. Obok Huntera jeden z najlepszych występów.
Około 3:00 po 30 minutowym bisie koniec dnia pierwszego.
Kto już śpi na trawie ten zostaje, kto ma karnet idzie na pole namiotowe, a reszta wraca do domu. Gdybym został na drugi dzień to prawdopodobnie nie byłoby mnie na tym pięknym świecie.
Po błogim śnie pojawiły się problemy z gardłem, chodzeniem, poruszaniem głową, piskiem w uszach i bólem ręki w łokciu, czyli koncert był wyśmienity.
Mon 28 May – Pfingst OpenAir Werden 07
Morgen erstma.. Gehts eigentlich nur mir so, oder hab ich als einziger verdammte Nackenschmerzen? ^^
Schlammschlacht ohne Ende - so kann man das diesjährige Open Air doch sehr gut beschreiben.
Ich war erst ab Butterfly Coma anwesend, die für mich der eindeutige Höhepunkt waren!
So viel Spaß hatte ich schon lange nicht mehr.
Hier ein kleines Video von der Wall of Death.. sry für die Handyquali..
Der Circle Pit war natürlich auch nicht zu verachten, nur hab ich mich nicht getraut bzw hatte keine Zeit mein Handy rauszureissen und ein wenig mitzufilmen ;)
Nach Butterfly Coma kamen dann Chelsy - von denen ich nicht sonderlich viel mitbekommen haben, aber das was ich gehört habe fand ich gar nicht mal übel.
Das einzige was nur immer zwischen den Bands genervt haben waren die endlosen Soundchecks - jaja ich weiss schon muss sich ja gut anhören.. aber. Naja, es war gerade noch auszuhalten :) leo can dive fand ich auch recht gut, schöne Musik, auch wenn ich die persönlich nicht so oft hören würde ;) Fire in the Attic danach waren wiedermal sehr gut ;) Ich hab sie zum zweiten Mal gesehen, letztes Mal beim Vainstream Rockfest '06 und fand sie haben eine gute Show abgeliefert.
Nur der Emo-Pogo und die etwas seltsam anmutende Schlammschlacht zweier anwesender Damen haben gereicht um dafür zu sorgen das ich aus dem Lachen nicht mehr heraus kam x)
Danach kamen anscheinend Mediengruppe Telekommander, die ich nicht miterlebt habe, da der Hunger und der Durst mich nach Werden zogen :) Sollen aber auch sehr gut gewesen sein wie ich gehört habe.
Joaa... Dann kam wohl der Höhepunkt der ganzen kleinen Mädchen.. "Sugarplum Fairy!!! *kreiiiiisch"
xD Ich war doch erstaunt wie sehr sich Sugarplum Fairy nach Mando Diao anhören, das muss wohl in der Familie liegen ;)
Hier ein kleiner Auschnitt von ihrem Konzert:
Wiedermal sorry für die scheiss Qualität und den Sound, aber mein Handy kanns nunmal nicht besser..
Nach Sugarplum Fairy bin ich dann abgehauen, Panteón Rococó sollen aber wohl auch eine Spitzenshow als diesjähriger Headliner abgeliefert haben..
Mein Fazit: Spitzenbands für lau - jedes Jahr wieder!
Nur das Wetter hätte besser mitspielen sollen ;)
Ein großes Danke an die Veranstalter und an die Bands :)
thx fürs Lesen..
Hier nochmal die komplette Running Order nebst MEINER Wertung ;) imho you know? :p
Dunkel war es an diesem Abend wirklich über Europa. Und über Berlin speziell. Mächtig dunkel. Zum einen war halb Deutschland wieder wie blöd scharf auf Fußi mit Kuranyi uder die gefühlten anderen 30 Millionen versammelten sich kollektiv vorm Brandenburger Tor, um sich anzuhören wie Angie über europäische Verfassungen visioniert. Beides ist aber nach 15 Minuten hohl und langweilig. Also doch lieber wieder Metalkrach der Europa- und Kickerhysterie vorgezogen.
Doch auch im Berliner SO 36 war es heute erst einmal nicht anders - nämlich ebenso voll und hysterisch. Und hohl irgendwie auch. Denn wenn man überpünktlich 20 Uhr, wie es die Karte vorschreibt, eintrifft und dann noch genau drei Songs von I Killed the Prom Queen sieht, dann hat wohl jemand das mit der Zeitumstellung an diesem Wochenende nicht ganz geblickt. Mehr als ärgerlich wieder einmal für die Band Butterfly Coma, die in einer halbleeren Halle spielte und dabei so tun musste, als würde sie dieser Umstand überhaupt nicht stören. Aber auch ärgerlich für die Leute, die sie verpassten. Zum Glück war das interkulturelle Publikum ein paar Kilometer Luftlinie entfernt, sonst hätten sie doch glatt das Klischee des stets organisatorisch-pünktlich korrekten Deutschen revidiert.
Ebenfalls nochmal überdenken sollte man das Urteil über die Australier von I Killed The Prom Queen, denn über eine solide Leistung kamen die drei gehörten Lieder keineswegs hinaus. Vielleicht lag es aber auch einfach daran, dass ohnehin nur fünf Songs gespielt werden durften und der neue Sänger Colin Jeffs in seiner Rolle als Frontmann noch nicht richtig warm geworden ist. Zwar knüppelte das “Music For The Recently Deceased”-Eröffnungs-Dreiergespann aus “Sharks In Your Mouth”, “Say Goodbye” und “666″ auch live ordentlich, doch der Funke konnte bei einem derart kurzen Gastspiel nicht überspringen und schwupsdiwups sagten die Jungs dann wirklich goodbye.
Fast hatte man schon Angst, wenn das bei den nächsten drei Bands in diesem atemberaubenden Tempo weitergehen sollte, dass man sich wirklich noch am Brandburger Tor Monrose oder Joe Cocker anschauen musste. Doch All Shall Perish sei Dank sollte daraus nichts mehr werden, denn wer nach diesem Auftritt noch lauffähig war, hat entweder das komplette Set auf dem Klo verbracht oder hatte einen großen Beschützer, wie diese kleinen Mädchen, die sich im wirklich übel abgehenden Pit aufgehalten haben, aber sobald sie auch nur berührt wurden, der beschützende Freund kam und epileptisch um sich schlug. Der brave Ritter. Aber ganz abgesehen davon war die Partystimmung wirklich berechtigt, denn “The Price Of Existence” in Liveform animierte nicht nur die schier tausendfachen Stagediver, sondern sorgte auch weit hinten für Kopfnicken. Spaß gab es trotz stressig-wummernder Hassmucke aber auch zur Genüge auf der Bühne, denn Sänger Eddie hatte Geburtstag, sein Neffe wurde geboren und sicher noch zig andere Glücksfälle, die ihn selbst zum Stagediven und wilden Rumwirbeln anstachelten. Witziger Höhepunkt waren dann die locker 15 weiblichen Fans beim Hand-in-Hand-Stagediven. Schön gemacht von denen. Und der Band sowieso.
Bleeding Through hatten daraufhin leichtes Spiel in der Mischung aus noch bestehender Euphorie und gleichzeitiger Vorfreude auf Caliban. Selbstverständlich machte die Band wieder einen auf dicke Hose, aber im Gegensatz zu früheren Shows konnten sie diesmal überraschenderweise auch musikalisch überzeugen. Doch sieht man von dem Intro und einigen Zwischensequenzen einmal kurz ab, fragt man sich trotzdem immer noch, warum sie die Keyboarderin Marta Peterson eigentlich live dabei haben. Nichts gegen die junge Dame, aber ihr qualitativer Status reicht einfach nicht über das Gutaussehen hinaus, obwohl doch eigentlich musikalisch mit dem Tastengedrücke noch viel mehr rauszuholen wäre, aber stattdessen werden die elektronischen Spielereien einfach vom restlichen Krach übertönt. Schade. Aber angesichts der erheiterten Lage dürfte das so ziemlich jeden egal gewesen sein und das Publikum war ohnehin schon dreiviertelst fertig.
Der finale Abschuss kam dann für viele, als Caliban nach dem Opener “I Rape Myself” und “In The Revenge” schon beim dritten Song zur mittlerweile vollkommen künstlich-gestellten wall of death aufriefen. Doch siehe da, auch beim 345345-mal machen wieder alle mit und “Stigmata” wird zum reinen Prügelsong. Glücklicherweise gab es aber mit einem erneuten Geburtstagsständchen für All-Shall-Perish-Eddie eine kurze Verschnaufpause und 20 Flaschen Wasser ins Publikum. Aber wirklich große Entspannungszeiten gab es trotzdem nicht, denn Sänger Andy Dörner verzichtete diesmal auf große Reden und auch viele Songs vom aktuellen “The Undying Darkness” und beschränkte sich mehr aufs Wesentliche. Und das waren diesmal viele härtere Songs und ein neuer, der aber - abgesehen davon, dass er instrumentaler klang - gar nicht einmal sonderlich herausstach. Ob das nun gut oder schlecht ist, dürfte dann “The Awakening” restlos aufklären. Fest steht allerdings jetzt schon, dass Caliban trotz all ihrer Für und Wieder immer noch ordentlich Dampf machen können. Einzig die cleanen Gesangsstimmen von Denis Schmidt gingen wieder einmal unter, aber das gehört ja mittlerweile genauso zur Band wie die wall of death und das Gefühl das komplette Set wäre ein einziger Breakdown. Wobei allerdings letzteres ja nicht zwangsläufig schlecht sein muss.
Festivals/Tours I've been To: Vainstream Rockfest 2006
Vainstream Santa Claws Night
Essen Bebt Fest
Hell on Earth Tour 2006
Ragnarök 3
RockHard Festival 2005
Phoenix Fest
Filled With Hate Fest 2007
Pressure Festival 2007
Vainstream Rockfest 2007
Eastpack Antidote Tour 2007
Filled with Hate Fest 2008
Fear & Fury Festival 2008
Summer Slaughter Tour 2008
Heidenfest 2008
Never Say Die Tour 2008
Trash And Burn Tour 2009
Death Feast Open 2009
Summer Breeze Open Air 2009
Neckbrecker Ball 2009
Paganfest 2009