Thu 6 Aug – Brutal Assault XIV 2009
Z góry zaznaczam, że rozumiem wszystkie wpisy tl;dr… sam bym tego nie przeczytał gdyby nie to, że jestem autorem :P Z góry również przepraszam za wszelkie błędy. Jak ktoś się nie zgadza z moją opinią… to może spierdalać, mam to w dupie ;)
Dzień 0
5.8.2009
O 7:35 ruszył mój pociąg z Tychów. Już przed ósmą spotkałem pierwszego towarzysza, z którym miałem spędzić następne kilka dni. Pozdro dla
sylvecka! Około 9 byliśmy w Cieszynie, natomiast tuż po 11 ruszyliśmy pociągiem do Pardubic. Szybko, sprawnie, względnie wygodnie. Czyli tak, jak polskimi kolejami się nie da :) Potem jeszcze przesiadka i około 16 lądujemy w Jaromerze. Zaczynamy od Perły, potem dopiero zbieramy się na pole namiotowe. Tam po szybkim znalezieniu dogodnej lokalizacji jeszcze dwie Perełki na łebka i rozkładamy namiot. Wyjątkowo łatwo poszło, w trakcie całego festu był z nim tylko jeden problem - padał przedsionek, jak ktoś linkę nadepnął i zerwał :P Z czasem znaleźliśmy i resztę ekipy, z którą mieliśmy się bujać przez praktycznie cały czas. Szczególne pozdrowienia dla ekipy ze Strzelec Opolskich i okolic,
K0stek (Kostka znaczy się),
BERENZa,
malarza (mimo Flejma przed samym brutalem:P),
FuterFutrzynskiego wraz z kobitą,
TormentorX, Anala i Ordoga. I wszystkich, o których zapomniałem, a z nimi imprezowałem :D Później już typowe przygotowania do festu - pójście po opaskę, zwiedzenie terenu festiwalu, pierwsze przymiarki u mercha (w końcu nic nie kupiłem, bo ceny w sumie wyższe niż na alledrogo). Z czasem wyjście na miasto i trafienie w końcu do Alcoholocaustowej Mekki - U Josefa. Ledwo udało się wyjść o własnych siłach, a po drodze spotkaliśmy jeszcze przesympatycznych Węgrów, z którymi przegadaliśmy dobre parę godzin. Powrót do namiotu nad ranem, z mocnym postanowieniem obejrzenia jak największej ilości koncertów, miast alcoholocaustu :))
Dzień 1
6.8.2009
Niemożliwy do wytrzymania upał wygonił z namiotu już około 9tej. Zapełniając czas do rozpoczęcia festu robiło się to samo, co poprzedniego dnia, proste ;] Przed 15 we dwóch ruszyliśmy zobaczyć czy szykują jakieś fajerwerki przed rozpoczęciem, jednak nic takiego nie miało miejsca. Kilka minut po 15 zagrał pierwszy zespół -
Flowers for whores. Oczywiście po niecałym kawałku wyszedłem, ale zdążyłem stwierdzić, że całkiem przyzwoite nagłośnienie. Po powrocie na pole szybki grill, co było najlepszym pomysłem na pożywianie się w trakcie festu, a o 17 już wybycie na dłużej do twierdzy. O ile
Darkane mnie w ogóle nie interesowało, o tyle starałem się stanąć w dobrym miejscu na pierwsze poważne pierdolnięcie -
Carnifex. Jakież było moje zdziwienie, że taki chucherko na wokalu potrafi tak dojebać do pieca. Może trochę za dużo breakdownów, ale trzeba przyznać, że przy scenie ziemia się trzęsła przy pierdolnięciach całym basem :D
Następny w kolejce był
Sadus. Udało mi się odnaleźć po Carnifexie Kostka, więc usadowiłem się z nim mniej więcej środku między sceną a budką akustyka. Wiadomo, dla najlepszego brzmienia. Utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że nie trawię thrashu w żadnej postaci. Oczywiście pomijając Slayera. Panowie stroili za każdym razem srogie miny oraz przez cały czas smyrali się po fallusach (pozdro dla
eidetic_casein za ten tekst!). Do tego bardzo monotonne. Choć technicznie klasa, trzeba przyznać. Fanom mogło się podobać.
O 18:30 rozpoczął się pierwszy z tych najbardziej wyczekiwanych koncertów.
Rotting Christ postawił jednak na swą ostatnią płytę. Rozpoczęli od niezbyt udanego intra, co i rusz przerywanego problemami technicznymi :P Potem poszło The Sign Of Prime Creation, czyli jak i w 2007 na początek, gdy widziałem ich po raz pierwszy. Później kolejne hiciory, z Athanati Este czy In Domine Sathana na czele. Brakło tylko Under The Name Of Legion na zakończenie np. Koncert bardzo solidny, widać, że ekipa profesjonalistów, stara się nie dać dupy na żywo.
Madball, ikona NYHC wystąpił jako kolejny. Super zabawa pod sceną, widać, że wielu ludzi przyjechało tylko dla nich, Bajohajo i WoJ :P Niesamowita energia, niezła konferansjerka. Jasne, że jednostajne, ale na tym polega hartkur :P A jak wiemy... Hardcore to nie rurki z kremem. Nogi obolałe, szczęka przestawiona, ale warto było.
W trakcie
Orphaned Land postawiłem znów na uzupełnianie pokarmu i płynów w organizmie, tym razem udając się do... Josefa. Wróciłem oczywiście na
Pain. Pełen czad. Ruszył nawet największych drewniaków. Na bisowanym Shut Your Mouth skakali wszyscy, dosłownie wszyscy. A kto nie skakał ten z poli... a zresztą :P Choć mnie najbardziej ruszyło Same Old Song.
Przez zmęczenie trudami dnia
Biohazard wolałem oglądać z nieco dalsza, w pozycji siedzącej. Świetny kontakt z publiką, zakończenie z paniami na końcu przednie, muzycznie jak to Biohazard, nigdy nie czułem w nich przesadnego ognia. Bardzo miły gig, znów mogę powiedzieć, że fani byli jak najbardziej usatysfakcjonowani.
W związku ze zmianą terminarza, kolejny koncert zamiast Cynic dało
Brutal Truth. Warto przytoczyć kilka szczegółów z tego gigu. Przede wszystkim niesamowity pałker, napierdzielał jak CKM. I te miny jakby był na niezłym haju. Wokalista połykający mikrofon... ale to wszystko nic przy pewnym gościu, dość okrutnie jak widzieliśmy dotkniętym przez los, który zaczął się tarzać po scenie. Nie wiem co o tym myśleć, zostawiam do indywidualnej oceny :P
Turisas zaczął grać, my poszliśmy do Josefa. Znów po znakomitym ciemnym piwku (no dobra, po dwa) i decyzja - wracamy na końcówkę
Mithrasa. Okazało się, że panowie całkiem fajnie łoili. Pewnie cały koncert by mnie wynudził, ale sama końcówka jak najbardziej usatysfakcjonowała.
Koniec dnia (acz tylko koncertowo) to
Cynic. Najlepszym pomysłem była ta zamiana z Brutal Truth. Chłopaki miały na prawdę dużo problemów z nastrojeniem, publika już się denerwowała. Ale warto było poczekać. Coś kosmicznego, prawdziwy odlot. Niesamowite brzmienie, perfekcyjne wykonanie. Jeden z kumpli stwierdził, że wokal z playbacku i poszedł. Chłopak przegrał życie :P Drugi wokal zaprezentował świetny growl. Chyba nie mieli w planach w ogóle bisowania bo nawet sampler już im wyłączyli. A jednak wyszli i tak dopierdolili, że nie było co zbierać. Fenomenalny bis. Bez zawahania mogę rzec, że był to najlepszy koncert pierwszego dnia. Mocarne zakończenie. A potem oczywiście wypad do Josefa i powrót tuż przed 4 nad ranem :)
Dzień 2
7.8.2009
Jak się okazało późne powroty sprzyjają wczesnemu wstawaniu. Szczególnie, że upał dowalił jeszcze wcześniej niż ostatnio. Szybkie mycie i wycieczka do sklepu. Ostatnie 5 Pilsnerów Urquell padło moim łupem. Wracaliśmy z koszykiem, acz po drodze jakiś uprzejmy Czech powiedział, że to niedozwolone i mogą nas zgarnąć (nie wiem czemu)... za piwo zgodził się odprowadzić go pod sklep, do którego zresztą zmierzał. W sumie nie pamiętam czy u Josefa przed gigami w ogóle byliśmy? Bo jak tak to chyba tylko na chwilkę :P Na pewno zjadło się po kiełbasce, to wiem. I zaczął się maraton, w sumie ~13 godzin na terenie festiwalu. Przy okazji zaliczyłem fail całego wyjazdu, kupując za kupon bezalkoholowe piwo :O Oczywiście przypadkiem…
Końcówkę
Psycroptic pomijam, chłopaków już raz widziałem, tu niczym się nie różniło. Solidny kawał defowego łupania. Na poważnie zaczęło się od rumuńskiego zespołu
Negură Bunget. Brzmienie mogę opisać jako... różne. Zdecydowanie za głośna stopa, ale w ramach rekompensaty niezwykle selektywne słyszenie poszczególnych muzycznych dodatków. Samo w sobie świetne, acz pora dnia jak najbardziej nieodpowiednia. No i zeszli jakoś tak... bez niczego. Skończył się kawałek, a oni zniknęli :P
Vomitory coś tam łoiły, ale już wtedy wiedziałem, że mam dość deathu na najbliższe miesiące. Koncert obejrzany z murka koło oficjalnego mercha, nawet znośne, acz oczywiście po pewnym czasie zlewało się w jedno. Gadget w ogóle ominąłem, bo cała moja uwaga była przykuta do rozmowy z BERENZEM oraz do obserwowania gościa, który 'zginął' pod murami twierdzy. A 'życzliwi' ludzie włożyli mu fajkę do gęby, pety w łapy i robili sobie wspólne fotki.
Grave. Miejsce przy barierkach, tylko nie wiem po co. Dobrze, że całkiem z prawej strony. Ale przynudzili, ja Cię kręcę :D Niektórzy wręcz usypiali… wiem, bo widziałem :P Może i technicznie fajnie, ale jak rzekłem, defu mam zdecydowanie dość.
Dagoba niestety nie wystąpiła, a szkoda, bo bardzo liczyłem na ten zespół. Korzystając z okazji przekąsiłem jakiegoś kebaba i zająłem dobre miejsce siedzące między scenami, gdy w tle popierdywało
Atheist. Jak zwykle, technicznie nieźle, nawet troszkę progresywnie. Wokal za to wkurzający, a i obsuwa, jaką zafundowali niezbyt miła.
Kolejny z wyczekiwanych deathcoreów-
Beneath the Massacre. Było jeszcze lepiej niż na Carnifexie, może dzięki mniejszej ilości breków. Również sprawiali, że gleba się trzęsła. Samo w sobie bardzo ruszające, na skrajnie szybkich tempach. Do tego wszystkiego publika nawet dała radę.
Na
Vreid poszedłem zachęcony opinią znajomych. Fajne, fajne, w sumie black n’roll momentami. Niezłe miny stroił ten krótko ścięty gitarzysta. A może był basistą? Nie pamiętam :P Sama muzyka całkiem żywa i parę razy przytupnąłem nogą.
Korzystając z koncertu
Novembers Doom znaleźliśmy niezłe miejsce siedzące pozwalające oglądać wydarzenia na lewej scenie i zarazem dobrze to wszystko słysząc. Na myśli mam palety między budką sprzedającą żetony a namiocikiem RedBulla. Sam zespół startu do brytyjskich ikon doomu nie ma, więc spuszczam zasłonę milczenia.
Podczas
Pestilence kręciłem się bez celu po terenie miedzy scenami. Kumple twierdzą, że dali radę mi wpadało jednym uchem, wypadało drugim. Kilka momentów raptem spamiętałem, choć technicznie całkiem dobrzy byli.
Brujeria oglądana była raczej spod prawej sceny, licząc na dobre miejsce na Opeth (które zresztą udało się wywalczyć). Jednak to już nie to samo co kiedyś, goście chyba nawet nie bardzo są w stanie prowadzić hiszpańskojęzyczną konferansjerkę :P Muzycznie całkiem fajnie, szoł niezłe, a niektóre kawałki zrywały czapki z głów. Brujerizmo, Satanismo!! :))
Opeth był chyba jedną z lepszych technicznie kapel na całym feście. Wszystko mieli dopięte na ostatni guzik. Możliwości wokalne Åkerfeldta są niesamowite, to przechodzenie z growlu do śpiewu jest perfekcyjne. No i ma gadane, choć pewnie na każdym koncercie można usłyszeć to samo co i tu :P Jedyne czego mi brakowało w tym jammowaniu chłopaków to przestrzeń. Taka przestrzeń była u Cyników, tu trochę tego brakło. Choć jakby nie patrzeć, Opeth gra trochę siermiężniej od Amerykanów. Cały koncert jak najbardziej na plus, choć to i tak był dopiero wstęp do niszczenia wszechświata.
W trakcie występu
Testamentu robiłem wszystko, byleby na koncert nie iść. Na KO Festiwal wytrzymałem 3 kawałki i poszedłem w cholerę, więc wiedziałem czego tu się spodziewać. Zaczęło się od pizzy wraz z Kostkiem, przy której podziwialiśmy gostka, typowego thrashowca, który kimał, zamiast napierdzielać na Testamencie oraz drugiego człowieczka, który próbował jeść. Próbował, bo za cholerę mu to nie szło. O pół dwunastej doszliśmy do wniosku, że najwyższa pora iść zajmować dobre miejsce przed Ulver. Przy okazji widzieliśmy Testament, który wkurwiał coraz mocniej, gdyż coraz bardziej przedłużał. Do tego jeszcze 3 kawałki na bis, litości. Jedyny pozytyw, to polska flaga na scenie, w Czechach, haha. I to flaga od kumpla poznanego na Brutalu, z którym nakurwiałem na Madballu i chlałem w środę :P
Ulver rozjebał. Tyle w temacie. Po prostu brak mi słów, żeby opisać to, czego doznałem. Tak, doznałem, bo tego się doznaje. Nie słucha się, nie naparza się, tylko się DOZNAJE. Powiem szczerze, że przed samym koncertem miałem pewne wątpliwości, jak to się przyjmie na Brutalu. Jednak po pierwszych dźwiękach wiedziałem, że były one nieuzasadnione. Wiedziałem, że to jeden z koncertów życia, że moja szczęka spadła już na ziemię. Garm z epicką, post-metalową brodą, jarający szluga za szlugiem, goście przy konsoletach, jarający niewiele mniej, lekko post-rockowy gitarzystobasistoklawiszowiec i uradowany perkusista dali tak popalić tej imprezie, że długo o tym będę pamiętał. Jakby facio bardziej podkręcił te drony, to puściłby scenę z dymem, hehe. Przeżycie roku!
A potem co? Potem do Josefa :D Z tradycyjną ekipą, w składzie: ja, Tormentor, K0stek i Futrzyński z dziewoją (dlaczego do dziś nie wiem/pamiętam jak miała na imię?!). Krzywe akcje, ciemne piwo. To, co było potrzebne do powrotu do ‘normalności’ po Ulverze. Na polu byłem znów w okolicach czwartej, co dało łącznie 4 h snu po kilkunastogodzinnym maratonie koncertowym. Tak styrany dawno nie byłem.
Dzień 3
8.3.2009
Dzień planowanego alcoholcaustu (choć tak naprawdę upić się nikt nie chciał, żeby koncertów nie przegapić. Inaczej wzięlibyśmy śliwowicę, proste:P). Zaczęło się od wizyty w sklepie i kupienia kraty Kozla. Jakimż failem to się okazało. 4% oranżada, chyba samemu trzeba by ją wypić ,aby poczuć szumek w głowie. Do godziny 14 siedzieliśmy na górce tuż obok wejścia na fest. Całkiem przyjemne czilałtowanie, z piwkiem i w ogóle, dyskutując o pierdołach. Ni stąd ni zowąd przyszedł porządkowy i nas stamtąd… wyjebał :P My kulturalnie poszliśmy do siebie, nad rzeczkę. Grill już był rozpalony, więc rzuciliśmy na niego kiełbaski. Siedzieliśmy tak, popijając sobie rzeczoną oranżadkę i czuliśmy się, jakby to były zajebiste wakacje. Tak mógłbym parę dni spędzić, nie powiem. Na koncerty ruszyliśmy dopiero koło 18. Zaczęło
Misery Index. Oczywiście… death. Matko, jak mnie to wkurzało już tego 3ego dnia :P
Ale nie trwało to długo i już przed 19 rozpoczął
Anaal Nathrakh. Zaczęli tak jak się wszyscy spodziewali, czyli In The Constelation Of Black Wi… dow. Jebjebjebjeb :P Perkusista takie blasty zapieprzał, że głowa mała. Chodził jak automat, a nawet lepiej. Cały set zresztą zniszczył, Submission Is For The Weak czy Pandemonic Hyperblast z Codex Necro dały potężnego kopa w twarz. Choć trzeba przyznać, że wokalista dawał z siebie wszystko i nawet w śpiewanych momentach wyrabiał. Do tego The Destroying Angel. Dla mnie zabrakło jedynie ich największego hiciora…. A szkoda, bo mogli na koniec nim walnąć.
Następne co widziałem to dopiero
Suffocation. Z tej samej pozycji, co poprzedniego dnia Novembers Doom. Trzeba przyznać, że brzmieniowo ekstraklasa. Ale przepełniony defem w trakcie festu już za bardzo zdzierżyć nie mogłem :] Tak jak już kiedyś tam wyżej pisałem – fani mogą być w pełni usatysfakcjonowani.
Immortal wszedł z niezłym pierdolnięciem w postaci fajerwerków. Potem ich srogie miny i bieganie w kółko po scenie. Tak jest, poszedłem żreć po 2-3 kawałkach, bo w perspektywie był najważniejszy ‘zabawowo’ gig dnia.
Walls of Jericho wiedziałem, że dobrze wypadnie. Widziałem ich już na Hunterfeście w 2007, babka naprawdę ma kopa. Tym razem po prostu było tak intensywnie, że po tym wszystkim miałem już totalnie dość. Ciągłe circle pity, zajebisty (acz trochę spalony) wall of death, Revival na bis. Czego chcieć więcej?! A że monotonne… kogo to obchodzi, większość kapel była monotonna, ale żadna nie miała takiej energicznej wokalistki :)))
Po WoJ i zobaczeniu intra
Marduka poszedłem do namiotu, troszeczkę się ogarnąć. Po drodze oddałem jednemu kumplowi kumpla opaskę, bo chciał iść na Marduk, a ja chciałem iść spać… szczególnie, że pierwsze objawy przeziębienia zaczynały wychodzić na wierzch. Żałuję w sumie nieco
Skepticism, które ponoć całkiem fajnie zagrało i późniejszej wizyty u Josefa, gdzie już być nie mogłem, bo spałem.
Dzień n+1
9.8.2009
Czyli dzień powrotu. Wstałem z potwornym bólem gardła, myślałem, że szlag mnie trafi. Poza tym głowa od upału w namiocie też solidnie łupała. Poszedłem się pożegnać z ekipą odjeżdżającą autami. Potem szybki prysznic, ażeby po drodze godnie się prezentować. Tego brakowało, aby zaczynając chorobę doprawić się lodowatym prysznicem, grrr. Wyjątkowo sprawnie poszło pakowanie i składanie namiotu. Po drodze na stację małe zakupy, na samej stacji w Jaromerze kupno biletów powrotnych i krótki sen. Oj dobrze się spało, trudy całego festiwalu wyszły na wierzch. Spotkaliśmy jeszcze z sylveckiem jeszcze Futrzyńskich i wsiedliśmy do pociągu na Pardubice. I znów kimono. Na samym dworcu w Pardubicach nieźle porobiony kolo, próbował z nami nawiązać kontakt, jednak nasze zjebanie poprowadziło do olania go. Pociąg do Bohumina dość pełny był, pierwsza część podróży to sen na podłodze, druga już na fotelu. W Bohuminie przesiadka na PKP do Katowic. Zaczęła się gorsza część trasy, bo w 2 h pokonaliśmy raptem 60 km, co w Czechach zajmował nam kilkadziesiąt minut. Niemniej wysiadłem w Mikołowie, gdzie czekał na mnie już transport pod dom. O godzinie 18:30 zakończyłem akcję Brutal Assault 2009! Dziś budzę się ledwo żywy, z zatkanym nosem, bolącym gardłem i nieprzyjemnym kaszlem. Ale warto było ;)
Podsumowując
Wakacje życia, mimo iż tylko 5 dni (w sumie niecałe). Świetna ekipa. Świetna impreza poza festem. Jeszcze lepsza na nim samym. Organizacyjnie kosmos. Niesamowite koncerty. ULVER! ULVER! UUUUULVEEEEEEER!!!
Brutalu, nadchodzę za rok!
Subiektywna ocena najlepszych występów:
1 dzień: Cynic
2 dzień (i cała historia koncertów :P): Ulver
3 dzień: Walls of Jericho/Anaal Nathrakh
Największe plusy pozamuzyczne:
+ ekipa
+ u Josefa
+ market
+ nieudane próby alcoholocaustu :D Dzięki temu mogłem zobaczyć wszystko, co mnie interesowało.