"Bardowie i punkowcy
Wiele lat temu w oglądanym przeze mnie reportażu z jednego z wcześniejszych festiwali w Jarocinie padło zdanie które zostało mi w głowie do dziś. Powołując się na współczesnych socjologów i badaczy kultury porównywano taniec pogo do plemiennych tańców ludów Afryki. Prymitywna energia wyzwalana w takich pląsach, często pobudzona dodatkowymi środkami przypomina jako żywo rytualne tańce dawnych mieszkańców Ziemi.
Jednak nie o tańcach, a o muzyce, a dokładniej związkach punk rocka z muzyką folkową, chciałem opowiedzieć. Podobnie jak inne gatunki muzyki, tak i żywiołowy punk bywa często łączony z folkiem, powstał w ten sposób podgatunek nazywany "punk-folkiem" (niekiedy tez "folk-punkiem" pojawiają się również inne sformułowania, jednak dla porządku zostaniemy przy tej pierwszej nazwie). Jego ramy nie są oczywiście zbyt ściśle określone i całość zjawiska obejmuje spory zakres muzyki. Mamy tu do czynienia zarówno z zespołami grającymi punkowe wersje utworów tradycyjnych, jak i z grupami stylizującymi swoje kompozycje na punkowo-folkowe brzmienie.
Wbrew pozorom muzyka ta jest dość popularna, choć w Polsce trudno mówić o jakiejś scenie punk-folkowej. Jest to głównie muzyka koncertowa i w warunkach żywego kontaktu z publicznością sprawdza się najlepiej. Aczkolwiek wiele kapel z powodzeniem nagrywa i wydaje płyty.
Stwórzmy jednak najpierw krótki rys historyczny tego gatunku, a pozwoli nam to ocenić w jakiej kondycji punk-folk jest dzisiaj, oraz wybrać co ciekawsze próbki celem szerszej prezentacji.
Podstawowym związkiem pomiędzy folkowcami i punkami stała się ideologia buntu. Punk rock, który powstał pod koniec lat 70-tych na Wyspach Brytyjskich spotkał się tam z bardzo silnym i prężnie już działającym środowiskiem robotniczym. Bardzo często młodzi punkowcy pochodzili z robotniczych rodzin, ich ojcowie, lub starsi bracia należeli do związków zawodowych.
Co prawda we wczesnym stadium swego rozwoju punk buntował się przeciw wszystkim i wszystkiemu, jednak niekiedy działaczom sceny anarcho-punkowej było po drodze ze związkowcami. W rezultacie kontaktów punkowo-lewicowych spora część angielskich punków przyjęła doktryny związane z lewą stroną sceny politycznej za swoje. Dotyczyło to zwłaszcza spraw związanych ze stroną socjalną. Punkowy bunt rodził się z frustracji i rozczarowania, a ci którzy sięgali dalej trafiali zazwyczaj właśnie na grunt lewicowy. Bardzo popularne stały się wówczas publikacje "czerwonych" ideologów anarchizmu, faworyzowano zwłaszcza Bakunina. W latach 80-tych doszedł jeszcze jeden wspólny wróg - "thatcheryzm".
Do spotkania tych dwu nurtów doszło też na gruncie muzycznym. W klubach robotniczych dzielnic spotykało się zarówno bardów z gitarami, którzy jak
Billy Bragg śpiewali o sprawach robotników, jak i punkowców którzy dodawali do tego sporą ilość "alkoholowych przebojów", jak
Shane MacGowan i jego grupa
The Nips (wcześniej
Nipple Erectors).
O ile tych pierwszych można nazwać spadkobiercami
Ewan McColl i
Pete Segeer, to drudzy są raczej bliżsi The
Sex Pistols. Z resztą nie tylko tematyka utworów zbliżała do siebie obie sceny. Punkowcy coraz częściej spoglądali na folkową scenę tradycyjną, szukając tam inspiracji muzycznych. Początkowo ich kroki były nieśmiałe, większość inspiracji tradycją powędrowała w kierunku reggae i ska. Jednak nie bez odzewu pozostałą też rodzima celtycka tradycja.
Jednym z pierwszych zespołów próbujących połączyć te dwa nurty była grupa
The Clash. Na płycie "Give`m Enough Rope" ci pionierzy punk rocka nagrali utwór "English Civil War", bazujący na melodii angielskiej rebel song "When Johnny Come Marching Home". Uwspółcześniony tekst do zaprawionej ostrymi gitarami piosenki pasował doskonale i po latach sięgnął po ten utwór zespół
The Levellers, który ma go w swoim repertuarze koncertowym.
Nie jest to jedyna taka wycieczka Clashów. Na jednej z ich płyt znajduje się utwór "Loose Your Skin", z gościnnym udziałem nieznanej mi wokalistki. Piosenka ta ma folkowy, a wręcz pubowy klimat, całości dopełniają tam celtycko brzmiące skrzypce.
Za czasów istnienia
The Clash grupa często sięgała w kierunku klimatów reggae, w tym właśnie upatrywać należy głównych powiązań zespołu z muzyką folkową. Jednak kiedy kapela przestała istnieć Joe Strummer przez jakiś czas był producentem folkowej gwiazdy -
The Pogues. Kiedy Pogues`ów opuścił ich lider i wokalista Shane MacGowan (wspomniany wyżej przy okazji
The Nips), jego miejsce na mikrofonem zajął na krótki czas właśnie Strummer. Jednak zespołem
The Pogues zajmiemy się później.
Miłośnikom punkrocka znana jest zapewne nazwa
Chumbawamba. Zanim zespół ten zaatakował listy przebojów i dyskoteki swoim przebojem „Tumbthumper” wydawał swe płyty w mniejszych, właśnie punkowych wydawnictwach. Początkowo Chumbawamba była zespołem znanym właściwie tylko punkom. Swoją muzykę nazwali anarcho-popem, wychodzili bowiem z założenia że do złagodzonej muzyki łatwiej przyciągną nowych odbiorców do przesiąkniętych anarchizmem piosenek. Jak się okazało było w tym dużo racji, choć oszałamiający sukces Chumbawamby przysporzył im trochę nieprzyjemności na scenie niezależnej.
Chumbawamba należy do kapel, której żadne klimaty nie są obce. Dlatego też obok punkowych gitar, połamanych elektronicznych rytmów, czy łagodnych wokaliz, wielokrotnie znalazło się miejsce dla folkowych, lub etnicznych fragmentów. Szczytem zainteresowań Chumbawamby okolicami folku jest płyta „English Rebel Songs 1381-1914”, która jak wskazuje tytuł zawiera angielskie pieśni rebelianckie (w tym związkowe z początku XX wieku). Cała płyta jest akustyczna, wiele utworów wykonano a capella. Jest to pozycja godna polecenia dla każdego lubiącego ciekawostki słuchacza.
O tym że tematy folkowe były popularne wśród zespołów czysto punkowych może świadczyć fakt, że na płycie "The Power Of The Press" (wydanej w 1986 roku) znanego angielskiego zespołu
Angelic Upstarts znalazła się piosenka Erica Bogle`a "Green Fields Of France". Na tym samym albumie mamy też autorski utwór "angeliców", zatytułowany "Brighton Bomb", a traktujący o I.R.A., częstym temacie folkowych utworów, zwłaszcza w Irlandii.
Przykładów na to, że kapele typowo punkowe sięgają po folkowe kawałki jest znacznie więcej. Od choćby niemieckie
Die Toten Hosen wykonujące takie przeboje folkowe, jak "Auld Lang Syne", czy też "Guantanamera".
Wiele zespołów wyrastających ze sceny punkowej wypracowało sobie własny punkfolkowy styl. Dzięki staraniom ludzi z naszej rodzimej sceny niezależnej większość wartościowych kapel udało się do Polski sprowadzić.
Pierwszymi gwiazdkami punkfolka były na naszym firmamencie były angielskie zespoły
Under the Gun i
Blind Mole Rat.
Under the Gun to specyficzna mieszanka celtyckiego folka, punku i reggae. Do ich popularności przyczyniło się zapewne również i to, że nie stronili od etnicznych wycieczek na wschód. Początkowo jedynymi nagraniami
Under the Gun były dwa studyjne dema, które wydano w Polsce (oczywiście mowa o wydawnictwach niezależnych, związanych z punkową dystrybucją) najpierw osobno, a później na jednej kasecie. Po reaktywacji zespół nagrał płytę "Homeland", którą do dziś można kupić na punkowych giełdach. Z kolei
Blind Mole Rat miało inne kierunki z których czerpali inspiracje. Poza typowo celtyckimi brzmieniami można było w ich muzyce usłyszeć choćby wpływy meksykańskie, czy żydowskie. Nieobce im też było ska. Ich pierwsze wydawnictwo na polskim rynku to kaseta "Live in Poznań". Jak sama nazwa wskazuje jest to koncertowy bootleg nagrany w Poznaniu. Jakość nagrań jest delikatnie mówiąc nienajlepsza, ukazuje za to dość wiernie atmosferę towarzyszącą koncertom zespołu. Drugi fonogram kapeli to kaseta demo "Viva Zapatta!". Jakość jej jest dość dobra i trzeba przyznać że studyjnie zespół również wypada całkiem nieźle.
Kolejne kapele które trafiły do naszego kraju to
The Ukrainians i
Tofu Love Frogs. Pierwszej kapeli miłośnikom folkowego grania chyba nie muszę przedstawiać. Zespół Petera Solovki grywał w naszym kraju wielokrotnie, a zaczynał właśnie na imprezach punkowych. Siarczysta mieszanka punka i ukraińskiego folku pozostawia po sobie niesamowite wrażenie. Niewątpliwie za sprawą
The Ukrainians wiele polskich kapel sięgnęło po ostrzej graną muzykę ukraińską.
Muzyka zespołu
Tofu Love Frogsv najbliższa jest korzeni celtyckich, niekiedy zdarzają się przeróbki melodii ludowych z dopisanymi nowymi słowami. Zespół dał w Polsce świetny koncert w towarzystwie
Daef Shephard i naszej rodzimej kapeli góralskiej. Z tego co wiem nie pozostawili niestety po sobie żadnych nagrań.
Ostatni zespół o którym chciałem tu napisać pochodzi ze Szwecji i nosi nazwę
Tequila Girls. Wszystkim polecam bardzo kompilacyjny materiał z ich pierwszych demówek, które wyszło u nas na takiej żółtej kasecie z napisem "Tequila Girls". Jest to materiał zbliżony do wczesnych nagrań
The Levellers, bardziej tradycyjny w brzmieniu niż kolejne pozycje. Druga kaseta która u nas się ukazała to czerwona koncertówka "Slupsk". Jako że podczas kilku wizyt w kraju nad Wisła mieli zagrać w Słupsku, a nigdy im się nie udało, postanowili że nazwą tak swoją koncertową płytę (za granicą dostępną na CD). Materiał jest już znacznie bardziej "upunkowiony". Jak obecnie grają Szwedzi możemy się dowiedzieć z ich ostatniej studyjnej płyty zatytułowanej "Mind Tripper". Z niej też dowiadujemy się dlaczego nie podoba im się Warszawa. Zespół wciąż istnieje i nagrał niedawno płytę promo, być może ich nowe wydawnictwo wkrótce ujrzy światło dzienne.
-------
Strumienie whiskey (rzecz o
The Pogues).
Mimo iż grupa
The Pogues już od kilku lat nie istnieje (ostatnie koncertowe reunion w grudniu 2004 roku nie dało jeszcze odpowiedzi na pytanie „co dalej?”), wciąż stawia się ją za wzór punkfolkowego zespołu, wciąż też uznawana jest przez wielu za najlepszy zespół grający w tym stylu. Sam znam kilku fanatyków tej grupy i nie ukrywam że lubię też posłuchać nagrań tej grupy i to zarówno z frontmanem i twórcą kapeli - Shane`m MacGowanem - jak i bez niego.
Dla wielu płyty nagrane przez
The Pogues po odejściu MacGowana z zespołu nie są już pełno-wymiarowymi płytami Poguesów. Również solowe dokonania Shane`a, mimo iż ciekawe i tematycznie zbieżne z działaniami jego macierzystej formacji, nie są tym, co tak bardzo elektryzowało fanów
The Pogues.
Warto zauważyć że
The Pogues było właściwie pierwszym zespołem, który jakoby "programowo" łączył punkową energię z folkowymi melodiami. Pozostałe, wspomniane poprzednio zespoły miały zaledwie pojedyncze utwory swych repertuarach, nawiązujące do folku, lub będące aranżacjami folkowych utworów.
Wiele osób kojarzy
The Pogues z muzyką irlandzką, nie wiedząc że zespół powstał w rzeczywistości w Londynie, w środowisku irlandzkich emigrantów. Północno zachodnia część Londynu była tak przez nich zdominowana, że ludzie z typowym brytyjskim akcentem mieli powody by czuć się tam nieswojo. Bez względu na to co robili, Irlandczycy w Londynie trzymali się razem. Chodzili do swoich pubów, pili tam irlandzkie piwo, lub whiskey i słuchali irlandzkiej muzyki. Dotyczyło to także młodych, którzy jak Shane MacGowan dali się ponieść fali punk rocka. Jego
The Nips rozpadli się zostawiając po sobie jedną płytę długogrającą i kilka singli.
W atmosferze irlandzkich pubów powstał jednak pomysł, by zrobić coś nowego, coś, czego jeszcze w muzyce irlandzkiej nie było. Miał być to projekt skierowany do szerszej publiczności, a oparty z grubsza na muzyce celtyckiej z ostrą sekcją rockową. Sam MacGowan wypowiada się o tym w następujący sposób: "Chodziło nam o to, by karmiona popową papką publiczność udławiła się czymś, co tkwiło głęboko w tradycji, w czym jest więcej tradycji, więcej gniewu."
Nazwa
The Pogues jest utworzona nieco sztucznie, przez co nieprzetłumaczalna. Początkowo grupa nosiła nazwę Pogue Mahone, co irlandzkiego tłumaczy się dość dosadnie jako "pocałuj mnie w d...", jednak zwiastowało to raczej kłopoty niż popularność, więc skrócili nazwę.
Muzyka
The Pogues rzeczywiście mogła przyprawić o szok. Ugrzecznionym telewizyjnym zespolikom Poguesi przeciwstawili swój punkowo-bałaganiarski wizerunek. Z czasem i wygląd i muzyka
The Pogues uległy pewnym zmianom, jednak do końca istnienia zespołu był w niej bunt i nieokrzesane, punkowe spojrzenie na tradycyjną muzykę folkową. Nie miało znaczenia czy sięgają po kompozycje tradycyjne (a tych nagrali wiele), czy wykonują własne utwory - ich brzmienie było charakterystyczne i rozpoznawalne. Później pojawiło się wielu kontynuatorów, niektórzy bardzo zbliżyli się do brzmienia Pogues`ów, ale o nich później.
Już pierwszy długogrający album
The Pogues, płyta „Red Roses For Me” wydana w 1984 roku niosła ze sobą sporą dawkę punkfolkowego grania. Jest to mieszanka utworów tradycyjnych („The Auld Triangle”, „Waxie Dargle”, czy choćby „Greenland Whale Fisheries”) i kompozycji zespołu (w większości autorskie piosenki Shane`a – jak choćby „Boys From County Hell”, „Dark Streets Of London”, czy pierwszy wielki przebój The Pogues „Streams of Whiskey”). Piosenki te, przepełnione młodzieńczym buntem, zabawą i whiskey zdobyły sobie spore grono zwolenników. Niektóre kawałki
The Pogues są dziś równie często wykonywane przez młode zespoły, jak tradycyjne irlandzkie piosenki.
Na fali tej popularności już w 1985 roku wydano kolejny album Pogues`ów. „Rum, Sodomy & the Lash” to płyta odwołująca się w swym tytule do słów Winstona Churchila, który w tak obrazowy sposób określił życie w brytyjskiej marynarce wojennej. Ta płyta jest już nieco poważniejsza, niektóre piosenki mówią o wojnie i o śmierci („Billy`s Bones”, ” The Sick Bed of Cuchulainn”). Oczywiście towarzyszom im typowe dla irlandzkich rozrabiaków piosenki o miłości i alkoholu („Pair of Brown Eyes”, „Sally MacLennane”). Płyta zawiera też dwie przeróbki, jedną jest utwór znanego australijskiego „folksingera” Erica Bogle`a – „The Band Played Waltzing Matilda”, druga to słynne „Dirty Old Town” Ewana MacColl`a. W przypadku tej drugiej piosenki wykonanie
The Pogues przewyższyło popularnością pierwowzór i mimo pewnych różnic to ich wersja jest obecnie bazą dla kolejnych przeróbek.
Na kolejną płytę fani
The Pogues musieli czekać aż trzy lata. Jednak był to album znacznie dojrzalszy i lepiej wyprodukowany. "If I Should Fall From Grace With God" jest dziś często uznawany za najlepszą płytę Pogues`ów, nie ulega wątpliwości, że był to pierwszy ich album, który zdobył aż taką popularność. Tytułowy utwór to kwintesencja stylu jaki wypracował zespół na poprzednich płytach. Ostry folkowy numer z punkowym pazurem. Na "If I..." po raz pierwszy zespół zaczął się oglądać nie tylko na muzykę irlandzką. "Turkish Song of Damned" niesie ze sobą melodie, która ma nam się kojarzyć ze wschodem. Mamy tez utwór "Metropolis", który wydaje się być inspirowany starym filmem o tym samym tytule. Wesoły utwór "Fiesta" wprowadza nas w klimaty meksykańskie, ze świetnie zaaranżowanymi dęciakami, wciąż jednak jest to muzyka Pogues`ów.
Jest tu też wspaniała świąteczna piosenka "Fairytale of New York", będąca duetem Shane`a i angielskiej wokalistki
Kristy McColl, córki słynnego robotniczego pieśniarza Ewana McColla. To pierwszy taki duet Shane`a i jak się później okazało nie ostatni. Konstrukcja utworu na zasadzie "piękna i bestia" została ponownie użyta w piosenkach "You`re The One" z Marie Brennan (wokalistką grupy Clannad) i "Haunted" z
Sinead O`Connor. Jednak te dwa utwory to już nowsza historia i inny zespół.
Co ciekawe na tej płycie Shane dopisał swoje słowa do kilku tradycyjnych utworów. Obecnie wielu polskich wykonawców postępuje tak z piosenkami Pogues`ów.
Po "If I Should Fall From Grace With God" przyszła pora na album nieco słabszy, lecz i tak ciekawy. Wydana w 1989 roku płyta "Peace & Love" nie odniosła takiego sukcesu jak jej poprzedniczka. Nie znaczy to jednak że nie ma tu dobrych utworów. Na pewno warto posłuchać choćby coveru piosenki "Young Ned Of The Hill" Rona Kavanagh. W wersji
The Pogues napiera ona prawdziwego ognia. Jest też jedna z najpiękniejszych ballad zespołu - "Misty Morning, Albert Bridge", która pokazuje że zespół dobrze czuje się także w spokojniejszych kompozycjach. Warto też zwrócić uwagę na "USA", "Cotton Fields" czy "Tombstone".
O ile "Peace & Love" jest płytą spokojniejszą, a może nawet nieco bardziej melancholijną, to kolejny krążek - "Hell`s Ditch" z 1990 roku - powraca do weselszych rytmów znanych choćby z "If I...", czy "Red Roses Form Me".
Jest tu całe mnóstwo naprawdę dobrych piosenek. Wesołe "Sunnyside of the Street" otwiera płytę, po nim następuje równie skoczne "Sayonara". "W Ghost of Smile" można doszukać się elementów ska. Tytułowy "Hell`s Ditch" to z kolei jeden z najciekawszych kompozycyjnie utworów zespołu z długim, rozbudowanym wstępem instrumentalnym. Ciekawy muzycznie jest też wsparty saksofonem "Summer In Siam". Bardzo fajny jest też utwór "Rain Street" który można postawić obok "If I Should Fall From Grace With God" i "Streams Of Whiskey" jako wizytówkę zespołu.
Można spokojnie orzec że to szczytowe osiągnięcie
The Pogues. Jest to też ostatni album nagrany z Shane`m MacGowanem jako wokalista. Problemy między liderem a zespołem wynikały z problemów alkoholowych Shane`a i kiedy kolejny raz zdarzyła mu się zapaść i kapela musiała odwołać koncerty, koledzy podziękowali mu za współpracę. Shane po jakimś czasie sformował nowy zespół i trzeba przyznać że nie tylko nazwą przypomina on wcześniejszą kapele. Mowa tu o
The Popes. W początkowym, bardzo rockowym składzie tego zespołu, znalazł się Brian Robertson, gitarzysta legendarnego
Thin Lizzy.
Na pierwszej płycie sygnowanej nazwą
Shane MacGowan & the Popes (zatytułowanej "The Snake") mamy materiał bardzo bliski temu co robił wokalista z kolegami z
The Pogues. Płyta ta wyszła w 1994 roku i zawiera takie przebojowe utwory jak: "The Church of the Holy Spook", "Victoria" czy "I`ll Be Your Handbag". Na płycie pełno jest odniesień. Niemal punkowy "I`ll Be Your Handbag" jest odniesieniem do "I Wanna Be Your Dog"
Iggy Popa. Z kolei w "Victorii" można się doszukać nawiązań do "Glorii" Van Morissona. "Song With No Name" bazuje na linii melodycznej szkockiej piosenki "Trumps & Hawkers" (wersja irlandzka znana jest jako "Paddy West"), zaś "Rising of the Moon" to stary ludowy utwór. "Her Father Didn`t Like Me Anyway" to z kolei cover Gerry`ego Rafferty.
Ciekawostką jest udział na tej płycie Spidera Stacy`ego z
The Pogues i aktora Johnny`ego Deepa, który zagrał na gitarze.
Reedycja tego albumu (wydana w 1995 roku) zawiera wspomniane wyżej nagrania z
Sinead O`Connor i
Marie Brennan.
W dwa lata po tej reedycji
MacGowan & The Popes podarowali nam nowy album. Jest jednocześnie dużo mocniejszy (brzmieniowo), ale sporo na nim odwołań do muzyki country, jak w "Lonesome Highway", "Céilídh Cowboy", czy "Truck Drivin` Man ". MacGowan zaznaczył w wywiadach, iż uważa że country to druga muzyka Irlandczyków. Jest tam ponoć bardzo popularna, wymienił nawet George Jonesa jako jednego z lepszych wykonawców... do słuchania w samochodzie. Album "The Croc of Gold" mimo iż doskonale sprzedał się w Stanach nie jest jednak na pewno płytą country. Kawałki takie jak "Rock`n`Roll Paddy" (bazujący na linii melodycznej "The Hills of Connemara"), "Back In The County Hell", czy tradycyjne utwory, jak "Come To The Bower", czy "Spanish Lady" przesądzają o folkowym charakterze płyty. Jest na niej też sporo punkowo-alkoholowych songów MacGowana, tak charakterystycznych dla tego artysty.
O ile wszystkie wymienione powyżej płyty, zarówno
The Pogues, jak i SMG & The Popes są w Polsce dość łatwo dostępne, o tyle z kolejną płytą są spore problemy. Ukazała się ona w 2000 roku i nosi tytuł "Holloway Boulevard". Sygnowana jest przez
The Popes, a MacGowan występuje na niej tylko gościnnie. Podobnie jest obecnie z koncertami tej formacji, jak widać zespół bardzo się usamodzielnił. Uzupełnieniem dyskografii są dwie koncertówki – jedna z
The Popes, zatytułowana „Across the Broad Atlantic”, a druga, to „Streams of Whiskey”
The Pogues. Problem z tą drugą jest taki, że członkowie zespołu uważają ją za bootleg i apelują o nie kupowanie.
Gdzieś w międzyczasie Shane wziął też udział w nagraniu płyty swej siostry - Siobhan MacGowan. Są to nagrania bardzo trudne do zdobycia, nie widziałem jeszcze żeby jakiś sklep miał je w swej ofercie. Koniec roku 2001, to koncertowa płyta MacGowana i The Popes, na której większość piosenek pochodzi z repertuaru ...
The Pogues.
W czasie kiedy Shane MacGowan brnął krętymi ścieżkami kariery solowej jego koledzy z
The Pogues nie zasypywali gruszek w popiele. Co prawda od czasu rozstania ze swym liderem zespół kilkakrotnie zawieszał działalność, ale zanim rozpadł się definitywnie nagrał jeszcze dwie płyty.
Pierwsza z nich, zatytułowana "Waiting for Herb" to przede wszystkim poszukiwania nowego stylu. Mimo kilku bardzo dobrych piosenek nie jest to album udany.
Płyta ta ukazała się w 1993 roku, a więc wcześniej niż pierwszy "solowy" album MacGowana. Frontmanem grupy w miejsce Shane`a został Spider Stacy. Próbował on śpiewać z podobną "pijacką" maniera jak Shane. Nie było to jednak to na co czekali fani zespołu. Nie ulega wątpliwości, że muzycy
The Pogues to fachowcy i że podobała im się gra w punkfolkowej kapeli. W końcu to dla dobra zespołu rozstali się z Shane`m. Trudno dziś powiedzieć co by się stało gdyby do tego nie doszło.
Mimo to na płycie znalazł się jeden z większych przebojów
The Pogues, bardzo dobra kompozycja "Tuesday Morning". Być może zawdzięcza ona popularność temu, ze nalazła się na ścieżce dźwiękowej do popularnego filmu "Eksplozja" ("Blown Away") z Jeff`em Bridgisem i Tommy Lee Jonesem. Do innych ciekawych piosenek na płycie należą: "Sitting on top of the world", "Big city", "Girl from the Wadi Hammamat" i "My baby´s gone".
Kolejna, ostatnia studyjna płyta
The Pogues nosi tytuł "Pogue Mahone". Jest to bezpośrednie odniesienie do korzeni zespołu, a jednocześnie zamknięcie jego kariery. Kompozycje zawarte na tym krążku (pisane przez prawie cały zespół) mają w sobie wiele z klimatu starych nagrań The Pogues. Nawet wokal Spidera, będący tu na pograniczu między własną maniera, a wokalem Shane`a, brzmi tu dużo bardziej przekonująco. Nawet piosenka Dylana „When The Ship Comes In” brzmi jakby była napisana dla Pogues`ów. Piosenki takie jak „How Come”, „Living In A World Without Her”, „Bright Lights”, czy „Pont Mirabeau” spokojnie mogłyby się znaleźć na wcześniejszych płytach zespołu.
Solowe poczynania niektórych Poguesów również zasługują na uwagę, jak choćby dwie, rozprowadzane wśród znajomych płyty
The Wisemen – zespołu Spidera Stacy, czy „Music From Four Corners of Hell” grupy
Woods Band reaktywowanej przez Terry`ego Woodsa. Płyt grupy
Perfect, niemieckiego zespołu prowadzonego przez gitarzystę Jamie`go Clarke`a nie polecam aż tak bardzo, ale też idzie ich posłuchać.
Ciekawostką mogą też być bootlegi z koncertów „Spider Stacy`s Pogue Mahone”, gdzie wokalista i whistler Poguesów wystąpił z zespołem The Boys From County Hell.
The Pogues potrafiło przypomnieć słuchaczom że są zespołem spokrewnionym blisko z muzyką tradycyjną. Świetną okazję mieli podczas sesji nagraniowych ze znanym irlandzkim zespołem folkowym
The Dubliners. Dublinersi to obok
The Chieftains najbardziej znany ze starych folkowych zespołów. Piosenki nagrane przez połączone składy (dwie wersje "Whiskey in the Jar", "Rare Old Mountain Dew", "Jack O`Heroes" i "The Irish Rover") rozsiane są po różnych wydawnictwach składankowych i singlach. Starcie tych dwóch kapel doskonale dokumentuje teledysk (znajduje się na kasecie video "Poguevision") do utworu "Jack O`Heroes", przedstawiający mecz piłkarski pomiędzy oboma zespołami. Dodać należy że dziadki z
The Dubliners nie ustępowali pola swoim przeciwnikom.
Naśladowcy i kontynuatorzy.
Popularność i rozgłos zdobyte przez
The Pogues sprawiły że wiele grup sięgnęło po podobne środki wyrazu. Nie można co prawda mówić o eksplozji punkfolka, ale niewątpliwie Irlandczycy z londyńskiego Soho znaleźli liczne grono naśladowców. Są wśród nich zarówno naśladowcy bezpośredni, którzy inspirują się stylem
The Pogues, jak i tacy, dla których wyznacznikiem jest jedynie łączenie folku z punkiem.
Do tych pierwszych zaliczyć można sporo kapel pubowych, z których większość nie osiąga zbytniej popularności, ograniczając się do przeróbek tradycyjnych utworów, lub nawet coverów
The Pogues. Są jednak i takie, na które warto zwrócić uwagę.
Istnieje kapela nawiązująca do Pogues`ów również nazwą. Nazywa się
The Mahones.
The Mahones, to ciekawa grupa, której nagrania to mieszanka elementów znanych z nagrań
The Pogues, z własnymi, często bardzo ciekawymi pomysłami. Jeden z utworów grupy, zatytułowany "London" został zadedykowany Shane`owi.
The Mahones mają doskonałe wytłumaczenie drobnej wtórności względem stylu The Pogues. Otóż zespół powstał w momencie, kiedy jego członkowie, zadeklarowani fani The Pogues zauważyli że ich ulubiona kapela odchodzi coraz bardziej od klimatów celtyckich i zaczyna się inspirować bardzo odległymi klimatami. Widać to zwłaszcza w utworach takich. jak "Hell`s Ditch", czy "Fiesta". Rzeczywiście
The Mahones brzmi jak wcześniejsze The Pogues, a ich inspiracje są niewątpliwie celtyckie. Słychać to już na pierwszej płycie – "Dragging the Days", oraz na kolejnej – "Rise Again" Jednak już wydany w 1999 roku album "The Hellfire Club Sessions" niesie ze sobą muzykę nieco inną, a na pewno bogatszą. Kontynuacją tej drogi jest ostatni jak dotąd album studyjny The Mahones – "Here Comes Lucky". Uwaga! Nie należy mylić tej kanadyjskiej grupy z niemiecką kapeląo tej samej nazwie.
Warto na pewno zwrócić uwagę na takie "post-poguesowe" zespoły jak
Pint O`Guiness,
Dust Rhinos,
The Greenland Whalefisheries czy kapele niemieckie, czerpiące z
The Pogues, lecz idące własna drogą, jak
Fiddler`s Green,
Waxie`s, czy
Paddy Goes to Holyhead. Zwłaszcza ta ostatnia kapela zdaje się zdobywać coraz większą popularność. Nagrała już kilka płyt i choć w jej aranżacjach znajdują się też elementy muzyki pop, łatwo znaleźć w nich punkowy pazur. Ciekawostką może też być fiński
wild rover, śpiewający The Pogues w swym rodzimym języku, oraz podobnie czyniący słoweński
Belfast Food.
Jak wspomniałem wyżej jest też cała gama kapel o punkfolkowym brzmieniu, które nie starają się bezpośrednio naśladować The Pogues. Może się to wydać dziwne, ale albumem punkfolkowym ochrzczono debiutancki album kanadyjskiego zespołu
Spirit of the West. Jest to jednak płyta w dużej mierze akustyczna i w tym przypadku chodzi raczej o dynamikę i tematykę utworów. Muzycznie porównać ich można z bardziej znanym w naszym kraju zespołem
Great Big Sea.
W środowiskach emigrantów irlandzkich i szkockich za Wielką Wodą muzyka celtycka też jest bardzo popularna. Nic więc dziwnego że i tam młodzi ludzie doszli do tego by łączyć punka z folkiem. Powstało tam sporo ciekawych zespołów, takich jak
Flogging Molly,
The Young Dubliners czy nowojorski
Black 47. Muzycy tej ostatniej kapeli łączą ze sobą prawie wszystko co przyjdzie im do głowy, np. ciężkie gitary, hip hopowe wokale i irlandzkie dudy. I wszystko to w jednym utworze.
Wśród tych kapel wyróżniają się niewątpliwie dwa zespoły grające najbardziej siarczyście i nie bojące się zagrać po prostu punkowo. Pierwszy z nich to Irlandczycy z Bostonu -
Dropkick Murphy`s. Panowie z DM są bostońskimi punkowcami z irlandzkimi korzeniami. Swoje songi o walce i zabawie wyśpiewują z wielkim zapałem. Są też całkiem sprawni muzycznie, poza siarczystymi gitarami operują też takimi instrumentami jak dudy czy tin whistle. Udowodnili że potrafią zagrać zarówno folkowy utwór
The Pogues, jak i oi! z repertuaru
Cock Sparrer - a będzie to dalej brzmiało jak
Dropkick Murphy`s. Na płycie zespołu - "Sing Loud, Sing Proud" pojawia się gościnnie Shane MacGowan.
Drugą kapelą, która też wie do czego służą elektryczne gitary (i nie jest to zespół Kuby Sienkiewicza) jest zespół
the Real Mackenzies. Muzycy ci mają z kolei szkockie pochodzenie. Charakterystyczne dla ich muzyki są majestatycznie brzmiące dudy grające razem z gitarami. Wojciech Ossowski w radiowej Trójce prezentował kiedyś koncertowe nagrania tej kapeli i z tego co słyszałem podobała się ona wielu słuchaczom. Na pewno warto zapoznać się ze studyjnym albumem zespołu "The Clash of Tartans".
Niewątpliwie punkowy klimat panuje też w nagraniach
The Tossers. Zespół zaczynał dość oryginalnie, krocząc własną ścieżką przez punkfolkowy światek, kiedy nagle niespodziewanie na przedostatnim albumie "Communication & Conviction" pojawiły się piosenki bardziej "poguesowe", w tym również tematy nad którymi pracowali wcześniej The Pogues: "Young Ned Of The Hills", "Maidrin Rua" i "Irish Rover". Muzyka ta wciąż różni się od tej prezentowanej przez protoplastów punkfolka, ale zapewne spodobałaby się miłośnikom ostrzejszych utworów The Pogues.
Kontynuatorami idei łączenia punka z folkiem jest pochodząca z angielskiego Brighton formacja
The Levellers. Niestety w pewnym momencie muzyka tej grupy skłoniła się raczej w kierunku britpopu niż dźwięków punk-folkowych. Należy jednak przyznać że kapela ta miała spory wpływ na rozwój punkfolka i to nie tylko na Wyspach Brytyjskich. Wspominając o korzeniach muzycznych (i być może ideowych)
The Levellers nie sposób pominąć zespoły
New Model Army i
The Waterboys. Ten drugi zwłaszcza z okresu fascynacji muzyką celtycką (płyty "Room to Roam" i "The Fisherman`s Blues"). Do pierwszego zespołu nawiązuje już choćby nazwa kapeli, zaczerpnięta z angielskiej historii. W połowie lat 90-tych mówiło się że uczniowie (czyli właśnie The Levellers) prześcignęli swoich mistrzów (New Model Army). Ile w tym prawdy - nie wiem, pozostawiam to więc ocenie słuchaczy.
Pierwsze dwie płyty The Levellers - "Weapon Called The World" i "Levelling The Land" - to folkowa akustyka z punkową energią, mieszanka najwyższych lotów. Pochodzą z nich pierwsze hity zespołu, takie jak "Carry Me", czy "One Way". Doskonałe współbrzmienie ostrej niekiedy rytmiki z dźwiękiem akustycznych gitar, charakterystycznym "luzackim" wokalem Marka i świetnymi skrzypcami Jona stanowiły doskonały znak rozpoznawczy The Levellers we wczesnych latach istnienia grupy. Zespół zyskał spore grono zwolenników, a także prężnie działający fan club, który regularnie wydaje bootlegi zespołu, niekiedy znacznie ciekawsze od wydawanych oficjalnie albumów studyjnych. Należą do nich choćby takie rodzynki jak "Subway Songs" – piosenki wykonywane niemal wyłącznie przez Marka (z gitarą akustyczną), brzmiące jak demo ewentualnej solowej płyty wokalisty, "Drunk In The Public" i "Too Drunk In The Public" – nagrania z pubowych sesji z towarzyszeniem przyjaciela kapeli Reva Hammera. Można na nich usłyszeć akustyczne wersje utworów, które na późniejszych płytach Levellersów nagrane były przy pomocy gitar elektrycznych i elektroniki.
Ów elektryczny zwrot w muzyce zespołu nastąpił wraz z wydaną w 1993 roku płytą "Levellers". To płyta która zawiera najmroczniejszą jak dotąd muzykę. Dużo się na niej dzieje, ale mimo iż zyskała sporą popularność nie ma na niej dawnej przebojowości. Jej echa wracają na płycie "Zeitgeist". Wiele tu elektryczno-akustycznych fragmentów i muzyka jest taka jakaś... ładna. Nic dziwnego że utwór "Hope Str." trafił na listę przebojów MTV. Podobnie było z przebojem z kolejnej płyty (album "Mouth To Mouth"), utworem "Beautiful Day", który stał się jednym z letnich hitów. Niestety poza radosnymi kawałkami, które znajdowały się na singlach, oraz poza kilkoma miłymi balladami zespół pod płaszczykiem rozwoju swej formuły zaczął grac coraz bardziej popowo, a nawet britpopowo. Szczytem tego nurtu w twórczości zespołu był album "Hallo Pig". Na szczęście zanosi się na to, że zespół powrócił do punkfolkowych kompozycji, co słychać już na głycie "Green Blade Rising".
Na szczęście Levellersi znaleźli również swoich kontynuatorów, są więc obecnie zespoły punkfolkowe inspirujące się wcześniejszymi i późniejszymi (ale wciąż folkowymi) nagraniami tej kapeli. Osobiście mogę polecić płyty Trick Upon Travellers, zespołu który pochodzi z tego samego miasta (Brighton), co The Levellers. Obecnie co prawda zespół przechodzi pewne perturbacje i nie wiedzą sami czy powinni kontynuować karierę jako Trick Upon Travellers, czy też Trick Upon Travellers 2, lub też pod inną nazwą. Pozostaje jednak faktem że to niezły zespół, którego inspiracje stanowi zarówno punk rock, jaki i folk spod znaku The Levellers i...
Fairport Convention. Właśnie do kompozycji Fairport można porównać niektóre piosenki zespołu, a jednocześnie zespół zachowuje typowe dla siebie garażowe brzmienie.
Znakiem wyróżniającym
The Levellers jest maniera wokalna Marka Chadwicka. Muszę przyznać, że ów charakterystyczny śpiew, brzmiący jakby wokalista śpiewał od niechcenia, jakby mu na niczym nie zależało, nie od razu potrafi do siebie przekonać. Jak się jednak okazuje trudno znaleźć drugi taki głos o podobnym brzmieniu. Jedyny zespół, który posługuje się podobnym brzmieniem wokali to francuski Louise Attaque. Muzycznie pobrzmiewają w nim echa zarówno The Pogues, jak i
Mano Negra.
Kapel grających w sposób zbliżony do
The Pogues i
The Levellers jest niewątpliwie bardzo dużo i trudno byłoby je wszystkie wymienić. Na początku 2001 roku powstała jednak inicjatywa internetowa w postaci web-zina (fanzina internetowego) Shite`n`Onions (
www.shitenonions.com) , poświęconego irlandzkiej muzyce punkfolkowej i punkowej, a ostatnio również o kapelach ska. Jakimś cudem znalazło się tam również miejsce dla Thin Lizzy i Horslips.
Zinowi daleko jeszcze do miana kompendium wiedzy o punk-folku, jednak można w nim poczytać sporo o zespołach, zarówno młodych, jak i starszych, są też recenzje płyt i koncertów, oraz linki do stron internetowych wykonawców. Polecam kontakt z tą witryną, jako swoistym uzupełnieniem i aktualizacją niniejszego artykułu.
Rafał "Taclem" Chojnacki
Artykuł ukazał się w piśmie Gadki z Chatki – 38-39 w roku 2002.
Poprawki i korekta – styczeń 2005.
Na zdjęciach: grupa
Angelic Upstarts,
Shane MacGowan,
The Levellers"
Artykuł pochodzi ze strony
http://folkowa.art.pl/
http://folkowa.art.pl/index.php?opcja=article&&aid=1074&&lang=pl
http://folkowa.art.pl/index.php?opcja=article&&aid=1089&&lang=pl
http://folkowa.art.pl/index.php?opcja=article&&aid=1100&&lang=pl