
Fri 31 Jul – Przystanek Woodstock 2009

piątek
Pierwszym czego doświadczyłem wkraczając na pole był opad szczęki. Tylu ludzi na raz nie widziałem jeszcze nigdy. Szok to odpowiednie słowo :) Zdzwoniłem się z Marcinem (chłopakiem mojej siostry) i ruszyliśmy do namiotu (nawiasem mówiąc nagle okazało się, że mam miejsce w trzech namiotach do wyboru, a jeszcze dwa tygodnie wcześniej nie miałem żadnego:)). Po zapoznaniu się z ekipą przyszedł czas na kolejne kroki, pierwszym z nich było spotkanie z lastefemowcami z grupy Poland. Wraz z moim kolegą Łukaszem (z którym spędziłem większość czasu w ciągu kolejnych dni) wybraliśmy się więc z wizytą. Hmmm, w zasadzie mogę powiedzieć że poznałem tylko dwóch osobników, tj. Mateusza (-sin) i Piotrka (Kuge <3), z którymi spotykałem się również później pod sceną. Moja znajomość z pozostałymi ograniczyła się do podania ręki i niezapamiętania kto jest kim, ale to ich wina bo jakoś na koncertach ich nie widziałem ;) Anyway Sin i Kuge okazali się spoko ziomami i liczę na ponowne spotkanie gdzieśtam, kiedyśtam. Jeszcze długo później roztrząsaliśmy z Łukaszem dlaczego Kuge wydaje się taki znajomy, pewnie to kwestia swojskiej twarzy, tak jak np. u konia :D
Jeszcze tylko chwila na żarcie u kryszny (kuleczka pycha) i przyszedł czas na koncerty, czyli to po co przyjechałem. W piątek interesował mnie w zasadzie tylko Jelonek, no i oczywiście wspomniany już Caliban. Jeśli chodzi o Jelonka to koncert po prostu dobry, chyba jednak oczekiwałem nieco więcej. Fajnie wypada granie z efektem symulującym brzmienie gitary na skrzypcach, niefajnie niestety wokaliści. Instrumentalnie byłoby o wiele lepiej. Plus za Hendrixowskie Voodoo Child. Kolejne występy, aż do finałowego, miały posłużyć jako czas do integracji itd. Stało się jednak inaczej, gdyż Volbeat zmusił mnie do ponownego udania się w okolice sceny. Musze przyznać, że te mniej elvisowe kawałki wypadają na żywo naprawdę wyśmienicie. Niemal stonerowo, a to lubię. Futureheads sobie odpuściłem, Juliette Lewis widziałem końcówkę i strasznie mnie zmęczyła. No to jesteśmy na Calibanie. I w tym oto momencie mój gniew spada na głowę pana od dźwięku, bo jak ktoś jest przygłuchy to się do takiej roboty brać nie powinien. Gitary do połowy koncertu zupełnie schowane za stopą. Co więcej pan nie znał twórczości zespołu chyba bo drugi wokal był ustawiony jak backing, a przecież to powinno być słychać normalnie! Wybaczcie mi, ale jestem na kwestie brzmieniowe bardzo uczulony i się wkur... zdenerwowałem. Ale na szczęście i tak koncert był udany, w końcu chłopaki z Calibana nie wiedzieli jak są słyszalni i dawali z siebie wszystko :)
Czas na sen. Dobranoc Kostrzynie.
A i byłbym zapomniał. Tego dnia dokonałem też zakupu koszulki i skandalem jest aby już w piątek został tylko rozmiar XXL w wybranym przeze mnie wzorze. Dostaw nie przewidziano. Trudno, kupiłem za dużą :P Po dokładnym zbadaniu okazało się, że nadruki są krzywo. W związku z tym za rok kupuję koszulke przez internet, przynajmniej rozmiar będzie dobry.

sobota
Koncertowo sobota miała być dniem najsłabszym. Wcale jednak tak źle nie było. Jedyne co chciałem zobaczyć to Voo Voo i zgodnie z moimi oczekiwaniami spisali się. Mam tu jednak pewne pretensje, gdyż setlista została praktycznie w całości oparta o nowy album (Samo Voo Voo), co zdeterminowało odbiór koncertu jako rokendrolowy. Ja natomiast wolę zespół w odsłonie jazzujaco eksperymentalnej. Na szczęście Wagiel i spółka jak to zwykle live pokombinowali troszkę, porozciągali utwory, posolówkowali się. Ogólnie pozytywnie. Jako następny przewidziano koncert jubileuszowy - 40 lat Woodstock. Mimo moich obaw było całkiem nieźle. Zobaczyliśmy m.in. Kasie Kowalską, Ewelinę Flintę i Adama Nowaka, a mówiąc zobaczyliśmy mam tu na myśli moją radiową koleżankę Anię, którą bardzo serdecznie pozdrawiam :) Później odprowadziłem ją do namiotu i obejrzałem sobie jeszcze występ Kroke. I tu się zaskoczyłem, bo bardzo fajny folczak, muszę jakąś płytę zdobyć. Tyłów dali za to The Subways, kazali na siebie czekać pół godziny i na scenę weszli z zapowiedzią Jurka, że już nigdy więcej tu nie zagrają. Po dwóch kawałkach, mimo że gitarzystka fajnie zamiatała włosami udałem się do namiotu w celu regeneracji przed intensywna muzycznie niedzielą.

niedziela
Wracając już z daleka słyszeliśmy, że ktoś się ładnie metalizuje na scenie. Okazało się, że to grupa Infernalia. Stąd też nauka na przyszłość, iż nie należy skreślać nikogo z fabryki zespołów. Ja błędnie przyjąłem, że nie będzie to nic ciekawego. Tymczasem najpierw zostałem uraczony niezłym melodic death metalem, a następnie jeszcze lepszym metalcorem pod postacią CHiCO. Kolejną gwiazdą dużej sceny był Dub FX, człowiek znaleziony na youtube, beatboxer, który za pomocą swojego głosu i zestawu efektów tworzy całe struktury piosenkowe. Przyznam, że czekałem na niego bardzo i wnioskuje o złotego bączka dla tego pana. Coś niesamowitego. Jedyny koncert na Woodstocku, na którym wyrwałem się do przodu pod samiutka scenę. Jedyny, na którym bujałem się i tańczyłem (!!!). Zwyczajnie odpływałem. A jak już jesteśmy przy odpływaniu to okrutny upał który panował w niedzielę, pod scena był jeszcze gorszy, no i mogło się to źle skończyć bo gdzieś w połowie koncertu zacząłem trochę tracić kontakt ze światem. Na szczęście wytrzymałem do końca, dałem się ochłodzić z wozu strażackiego i przez następną godzinę dochodziłem do siebie. Na ten czas wypadał akurat występ Budzyńskiego, z którego wiele nie pamiętam (a w zasadzie nic), ale już nadrobiłem wczoraj na Armii, więc Tomek na pewno mi wybaczył :] Po jako takim ogarnięciu się wyruszyłem na Dżem. Wielu obecnym ich koncert bardzo się podobał, mnie tak sobie. W końcu widziałem ten zespół już chyba po raz dziesiąty. Niczym nie są w stanie mnie zaskoczyć, a nowej płyty jak nie było tak nie ma. Z drugiej strony dobrze ich zobaczyć w końcu w pełnym składzie, bo dwa ostatnie razy były bez Adama.
Przyszedł czas na składanie namiotu, tym samym przepadł występ Clawfinger. Nie wiem czy powinienem żałować, ale nie kocham ich więc nie będę się nad tym niepotrzebnie zastanawiał. Powrót pod scenę na Możdżer Danielsson Fresco. Ich muzyka nijak pasuje do dużej festiwalowej sceny, ale jakoś paradoksalnie sprawdzili się. Ludzie też reagowali raczej pozytywnie, co prawda niektórzy piszą że były jakieś nieprzyjemne incydenty, aczkolwiek ja nie doświadczyłem. Największą gwiazdą tegorocznego Woodstocku był zespół Guano Apes. Tak przynajmniej należałoby wnioskować z ilości publiczności i ścisku jaki zapanował pod sceną. Koncert ze wszech miar udany, widać było że muzycy doskonale się bawili, dobrze zatem że doszło do reunion. Królowała oczywiście Sandra, kamerzyści nie mogli się od niej odkleić, nic w tym zresztą dziwnego :) Usłyszeliśmy stały zestaw hitów, oraz nowy utwór, będzie więc nowy album!
Już na Możdżerze troszke pokropiło, ale na bisach Guano Apes wylało na całego. Owsiak zapowiadał wcześniej że będzie deszczyć, ale patrząc na niebo ciężko było uwierzyć. O drugiej w nocy wiara była zbędna, ulewa stała się faktem. I tak już przemokliśmy, wiec nie było sensu stać, udaliśmy się na dworzec gdzie po kilku godzinach koczowania władowaliśmy się do pociągu. Kierunek Gorzów, potem autobus do Drezdenka. Mycie, spanie, żarcie, spanie i można wracać do Bydgoszczy :)

Na koniec taka mała dygresja. Mnóstwo ludzi jedzie na woodstock aby poczuć się wolnymi. I faktycznie to się czuje, bo przez te 3 dni po prostu nic nie trzeba robić. Aż szkoda wracać :) Tym niemniej niektórzy maja spaczone pojęcie wolności, bo wolność jest dopiero wtedy kiedy nie zakłócamy jej innym. Pankole rozpieprzeni na całym chodniku tak że przejść nie można to nie jest już wolność, to zwykłe chamstwo i prostactwo. Podobnie rzecz ma się z kradzieżami i aktami wandalizmu, fajnie że wam się wydaje "możemy wszystko", pamiętajcie jednak o tym aby ktoś inny nie musiał ponosić tego kosztów.
