Czw 6 VIII – Brutal Assault XIV 2009
Jeśli nie przeraża cię 5 stron w Wordzie, nadmiar dupereli i przeinaczanie faktów – czytaj.
Dojazd, środa.
Hello, ladies and motherfuckers!
Dojazd do Poznania to była istna mordęga. Przewidziałem 148 sytuacji losowych, z atakiem kosmitów włącznie, ale za cholerę do głowy by mi nie przyszło że pociąg nocny może się opóźnić o godzinę, budzik może następnego dnia nie zadzwonić, a kluczyki od auta mogą zaginąć w akcji. Ostatecznie dotarłem jakoś do Jarocina i Pozen, by koło 10:00 wyruszyć w dziesięciogodzinną podróż do Kudowy. Źle nie było, ¾ drogi przespałem, resztę przegadałem z ludźmi z przedziału. Gdzieś podczas ostatniego postoju poznałem ekipę, której co prawda nie spotkałem już więcej, ale której jestem (zwłaszcza Traktorowi) wdzięczny za umożliwienie mi dotarcia busem do Jaromera. Na pole zawitałem koło 20, polskich flag było od groma, więc z łatwością znalazłem sobie miejsce. Krótka walka z namiotem, piwo w rękę i integracja. Pochodziłem trochę, spotkałem K0stka, Vouka, Futera, errorę i parę innych osób, potem dostałem opaskę i sru, badać teren festiwalu.
Po nastu minutach wróciłem na pole i integrowałem się dalej. Dosiadłszy się do kręgu rodaków gadałem przez dłuższy czas z moim sąsiadem z lewej, potem przewinął się jeszcze Dave z Araiserem, poznałem mojego kompana od późniejszych wariacji – Wiatraka, a w końcu wleciał Mortis z żołądkową i się zaczęło. Nie pamiętam wszystkiego, wiem że skakałem, rzygałem, piłem za dużo, jadłem smażony ser i gadałem chyba z pół godziny z jakimś Szwajcarem o Wacken i Hellfeście. Poznałem też absolutną gwiazdę tej edycji, sympatycznego jak cholera blondyna - Irlandczyka o imieniu (nie jestem pewien, choć chyba z 5 razy mi się przedstawiał) Nathan, który przez całe 4 dni szalał pod namiotami, skakał, śpiewał, tańczył, darł ryja i fikołkował na stołach. Nieziemski facet, drugiego tak pozytywnie pojebanego człowieka chyba już nie spotkam.
Dzień pierwszy, czwartek.
CZARNE ZASTĘPY!
Jak dotarłem do namiotu nie wiem, ale obudziłem się koło 10. Jakieś 15 minut później w moim schronieniu rozwalił się samoistnie stelaż, przez co kolejne 3 noce spałem w czymś a’la wigwam. Ale chuj, zapoznałem się z moimi sąsiadami - trójką Czechów – Barneyem, którego zachowania i odśpiewywanych przez niego tekstów Kata nie zapomnę przez dłuuuugi, dłuuuugi czas, Azim i Leną, a także ekipą z Rzeszowa/Stalowej Góry – Killerem, Kopezem, bratem Jozuego i nim samym, Pacześniakiem oraz kimś jeszcze, kto miał 20. urodziny trzeciego dnia festiwalu :P Jedzenie, piwo, pokaz crashtestów wózków sklepowych i poszliśmy grupką gdzieś do knajpy. Gadugadu, pitupitu, dosiadło się dwóch sympatycznych Czechów, pitupitu, gadugadu, absynt, pitugadu, wybija 15:00, gadupitu. W końcu około 16:30 znaleźliśmy się na polu, by po kilkunastu minutach odpoczynku wybrać się na teren. Tam, w oczekiwaniu na Sadusa, wizytowaliśmy w namiocie piwnym z przygrywającym w tle
Carnifexem. Amerykanie pocinali równo, z przytupem. Słyszałem też, że
War From a Harlots Mouth rozpierdolili publikę bardzo energetycznym występem. Trudno, żałuję.
W końcu nadszedł ten moment, pierwsza wizyta pod sceną. Ostatnia piosenka Carnifexu, kilka minut oczekiwania i thrashowcy wyszli na scenę.
Sadus zmiażdżył, od początku narzucili ostre tempo i tak trzymali aż do ostatnich akordów. Był dym, był młyn, groźne miny ze sceny, machanie banią i napierdalanie do przodu. Nie znałem idealnie ich twórczości, ale parę znajomych riffów wychwyciłem. Darren dobrze radził sobie na pozycji śpiewak/solówkarz, miał też zapas chyba 30 kostek, których sukcesywnie się pozbywał, by na końcu wyrzucić kilkanaście jednocześnie. No cholera, musiałem jedną zdobyć :D Amerykanie skończyli, pięć minut przerwy i znalazłem sobie poprawną miejscówkę na
Rotting Christ. Grecy zagrali konkretnie, usłyszałem Athanati Este, In Domine Sathana czy Enuma Elish, więc powodów do radości było sporo, choć klęknąłbym, gdyby dowalili jeszcze Non Serviam. Ogólnie bez zastrzeżeń, lecz nagłośnienie z lekka dało dupy - bas (czy bębny) miażdżyły mi żołądek i jelita, domagając się zwrócenia żarcia. A, no i któryś z gitarzystów łysieje :p
Wysłuchałem chyba jedną piosenkę
Madballa, przez resztę czasu hardkory umilały mi jedzenie i zwiedzanie dalszych zakątków twierdzy. Wróciłem na
Orphaned Land, które oglądałem mniej więcej w całości, z okolic budki dźwiękowców. Koncert poprawny, lecz panowie momentami zamulali i mieli znacznie mniej energii niż w studiu. Były Ocean Land i (chyba) Kiss of Babylon, na którym wy-nananana-nowałem się za cały dzień, więc ogółem pozytywnie. Po orientalnych dźwiękach nadeszła pora na balety w wykonaniu
Pain. O nich mógłbym napisać, że grają techno i są gejowi, ale na Same Old Song czy bisowanym i wyczekiwanym Shut Your Mouth wariowali chyba wszyscy pod sceną. Koncert jak najbardziej udany, jeden z lepszych dnia pierwszego. Biohazard spędziłem na polu, wróciłem na
Brutal Truth mniej więcej w połowie i miałem możliwość obejrzenia nieco groteskowego szoł, kiedy to kaleki fan grindkorowców zaczął ‘tańczyć’ na scenie. Muzycznie bez zarzutu, napierdalanka pełną parą.
Zaczął
Turisas. Lubię folk, ale spodziewałem się czegoś lepszego. Piosenki przynudzały, choć dla babki od akordeonu mógłbym ich słuchać jeszcze godzinę. Był Rasputin, a w końcu hit sezonu, Battle Metal, czyli najlepsza ichnia piosenka. Na scenie folkowe wariacje, muzycy umalowani na czarno-czerwono, niezły skrzypek. Nagłośnieniowiec znów się nie popisał, przez co bas kolejny raz nakłaniał moje wnętrzności do pozbycia się smażonych ziemniaków i piwa. Po Finach przyszła pora na trójkę zupełnie mi obcych gości –
Mithras. Gdy w końcu rozlokowali się na scenie, to patrząc na nich myślałem, że zacznie się słodziutkie indirokowe pierdolenie, a tu zonk. Gitarzysta posuwał na wiośle jak błyskawica, z bananem na mordzie i bez wysiłku serwując kolejne, coraz bardziej skomplikowane solówki. Przez pierwszych kilkanaście minut stałem oszołomiony, ale potem wszystko zaczęło nudzić. Owszem, chłopaki mają umiejętności jak 150, ale dobrych riffów solówkami się nie da zastąpić. Drugiego wioślarza też mogliby zatrudnić, by ubarwić swoje utwory i atakować listy przebojów, bo pomimo sporego potencjału (i 10 lat działalności) właściwie nigdzie o nich nie słyszałem. Ostatecznie ruszyłem dupę 50 metrów dalej jakoś na 15 minut przed końcem ich koncertu, by poszukać dobrego miejsca przed występem kolejnej gwiazdy –
Cynic. Amerykanie kazali na siebie długo czekać, nastawiając swoje wymyślne gitarki, samplery i mikrofony, ale gdy w końcu poleciały pierwsze dźwięki zrobiło się magicznie. Gra, klimat, wokaliza, koncert był wprost genialny. Zagrali Adam’s Marmur, Evolutionary Sleeper i Veil of Maya. Zamiana godzin z Brutal Truth była świetnym pomysłem, dzięki czemu nikt Paula z ekipą nie ograniczał czasowo. Gdy skończyli publika zaczęła owacyjnie nakłaniać chłopaków do powrotu, czego nie spodziewał ani zespół, ani ekipa dźwiękowa, która zaczęła rozmontowywać sprzęty. Ostatecznie po 5 minutach oklasków Amerykanie wrócili na scenę, dziękując gestami i słowami za ciepłe przyjęcie. Dowalili na koniec How Could I i muzycznie pierwszy dzień festiwalu dobiegł końca. Po koncercie wizyta w domku piwnym, nieugięta Irlandia, trochę śpiewów, masa śmiechu i około 4 powrót do namiotu.
Dzień drugi, piątek.
BANIAAAAAAAA!
Mój wigwam dawał radę, choć rosa wkurwiała niemiłosiernie. Słońce ujrzałem przed 8:00, chwilę się ogarnąłem, poszedłem się umyć, najeść, blablabla, by w końcu ruszyć dupę do marketu. Wróciłem na pole, zawitałem do pobliskiej altanki w poszukiwaniu cienia i otwieracza do piwa i spotkałem Mortisa, jego delirkę poalkoholową oraz Wiatraka, z którymi po dwóch piwach udałem się na festiwal obczaić Obscurę. Na drugiej scenie naparzali goście z
Forgotten Silence, których nie ocenię, bo nie pamiętam za dobrze. Tak czy siak,
Obscura mnie zawiodła - ściana dźwięku, gra bez wyrazu i kiepska wokaliza, więc jakoś przed końcem wróciliśmy na pole, by tu przeczekać, przepić (brzoskwiniówka i absynt były w pytę) i przegadać kilka najbliższych godzin. Mieliśmy iść na
Negurę, ale zamiast tego była bania, która towarzyszyła nam aż do końca festiwalu. Jakoś zebraliśmy dupy, by w końcu coś zobaczyć, toteż pod sceną zameldowaliśmy się w bólach na
Grave.
Cholera, nie pamiętam ich koncertu. Niby słyszałem to łojenie, ale tego, co działo się na scenie nie kojarzę. Nie wiem też, czy Szwedzi naparzali godzinę (bo mająca grać po nich
Dagoba nie dotarła), czy nie, ale niezależnie od sytuacji i tak przespałem gdzieś koło kranów pół
Atheista, choć ludzie obok mówili, że mnie obudzą :P Z koncertu kojarzę Air z ‘Breathe!’ i chyba Mother Man. Żałuję, ale liczę też że ściągną ich np. na przyszłoroczny KnockOut. Chwila relaksu, skok na żarcie i powrót na Vreida. Z boku słyszałem ostatnie utwory
Beneath the Massacre – nawet, nawet, ale mam za duże luki w pamięci, żeby o nich coś więcej opowiedzieć. Podobnie
Vreid – granie mi się podobało, ale szczegółów nie pamiętam. Nieco lepiej ogarniam
Novembers Doom. Na panów liczyłem, nie zawiedli, choć coś zmusiło mnie do zmycia się z ostatnich paru minut. Mają tylko minusa za brak Voice of Faliure w setliście.
Pestilence nie widziałem, tragedia #2. Oby plotki o wizytacji naszego kraju przez nich i Sadusa się sprawdziły, bo będę miał doła z powodu absencji na występie Holendrów. Pod scenę wróciliśmy na pół
Brujerii. Panowie skosili, HOY BRUJERIZMO PA TI SATANISMO! Koncert był mega, Shane zacinał na wiośle, Jeff mu wtórował na bejsie. Na koniec makarena w rytmach marychy i grzać miejsce na występ headlinera tego dnia,
Opeth.
Panie Akerfeldt, klękam przed tobą. Za twoje gadki, grę, rozmowy z publiką, pokazy ruchów scenicznych i masę innych elementów. Teraz dopiero, po zobaczeniu tego, co Szwedzi prezentują na żywo, żałuję, że opuściłem ich koncert w Wawie, bo godzina z Opeth, przy dźwiękach m.in. Deliverance, Ghost of Perdition i The Leper Affinity minęła zdecydowanie za szybko. Nie wiem też, do kogo mam wznosić jeszcze modły, bym doczekał chwili, gdy zagrają na żywo znów coś z Orchid. Po Szwedach na sąsiedniej scenie zaczęli grać Amerykanie z
Testamentu. Usłyszałem New Word Order, co nastroiło mnie pozytywnie do ich występu, ale po kolejnej piosence już wiedziałem, że tego brzmienia nie zniosę długo. Nie wiem, czy łeb mnie bolał, czy brzuch mnie wołał, czy miałem okres, bo w domu panów słucham z radością, a tu ¾ koncertu spędziliśmy za rogiem, podpierdalając Turkom mięso do kebabów :D Zdarłem tylko gardło na Into the Pit, potem gotowaliśmy się na
Ulvera.
Jestem pewien jednego – takiego widowiska prawdopodobnie już nigdy nie doświadczę. Genialny klimat, hipnotyzująca muzyka, połączona z sugestywnymi wizualizacjami na telebimie robiła piorunujące wrażenie. Nie potrzeba blastów i dwóch gitar, żeby zadowolić spory (choć nie tak wielki jak na innych występach) tłum słuchaczy, więc koncert był świetnym czilałtem po całodziennej dawce ostrego grania. A choć nie dotrwałem do końca wpatrzony w scenę, to na długo zapamiętam ten występ jako jeden z najbardziej nastrojowych.
Pod koniec Ulvera nadszedł czas na operację ‘podpierdol pizzę’, co Wiatrakowi wyszło bezbłędnie. Spotkaliśmy Mortisa, wypiliśmy piwo, zebraliśmy siły i ruszyliśmy na spotkanie ze szwedzkimi szatanami –
Dark Funeral. Występ mnie nie powalił, zagrali niby poprawnie, ale czegoś brakowało. Wrażenie zrobiły kostiumy muzyków, miłym akcentem było też zionięcie ogniem przez wokalistę, ale mówiąc szczerze – dwóm gościom, którzy zabawiali publikę przez pierwsze 10 minut koncertu wychodziło to znacznie lepiej pomimo, że obaj zdawali się mieć już kilka promili :D Występ się skończył, na
Evergreen Terrace nikt z nas nie czekał, więc ruszyliśmy na pole, pod namiot piwny. Tam była Irlandia, zabawa w najlepsze, masa piw, krzyków, śpiewów, gadania z rodakami i obcokrajowcami. O którejś poszliśmy z Wiatrakiem pod altankę, gdzie przez kolejnych parędziesiąt minut umilaliśmy czas (i sen) Mortisowi oraz sąsiadom, wyśpiewując całą dyskografię Blind Guardian, przeplataną Queen’em i Depeszami. Do namiotu jakoś dotarłem.
Dzień trzeci, sobota.
Prawdziwi fani Immortala umieją chodzić po górach!
Wyjazd z namiotu około 8:30, porządki, jedzenie, piwo, nieudana próba ataku na prysznic (bo woda się skończyła), mycie w rytmach
FDK, kilka luk w pamięci i około 11:30 meldunek pod samymi barierkami na występie irlandzkich thrasherów –
Gama Bomb. Przygrywającego z boku Depresy nie pamiętam, zresztą chuj z nimi, bo młodziaki z wysp zniszczyli system! IT’S TIME TO THRASH LIKE IT’S 86! Pałer jak jasna cholera, pozytywnie napruty wokalista i machanie łbem przez cały czas, to zapamiętam z ich występu. Poleciało Hell Trucker, Hammer Slammer i na koniec najbardziej przeze mnie oczekiwane – Bullet Belt. Po występie kolejny pozytywny akcent, perkusista wyszedł pod barierki, przywitał się z fanami i porozdawał autografy. Sam z koncertu wyniosłem też kapelusz, w którym przez pewien czas ganiał wokalista, a który nie wiem jak znalazł się w moich rekach i chronił mi łeb przed nadmiarem stopni Celsjusza. Potem była gastronomia, merch, pół godzinki w kinie na jakimś gównianym horrorze o maczetach, siekierach i pianie w ryju. Wyrobiłem jakoś na pół występu
The Red Chord, który mi się spodobał. Następni byli
Cripple Bastards. Panów nie znałem, ale z ciekawości (i zachęcony słowami konferansjera) zostałem, czego nie żałuję. Włochów słuchało mi się świetnie, a zachowanie wokalisty co rusz wywoływało u mnie śmiech. Kapitalna sprawa, bo pomimo wczesnej pory z powodzeniem rozruszali publikę.
Na pole wróciłem przy słodkim pipczeniu
Ador Dorath. Przegadaliśmy jakoś ponad godzinę i o 16 kolejna wizyta pod sceną,
Evile. Anglicy zaczęli od ciężkiego We Who Are About To Die, potem rozpierdalali killerami z Thrasherem na czele. Koncert zajebisty, circle pity non stop oraz tańczący i wywijający blondynek z Irlandii, którego dopiero teraz zobaczyłem pierwszy raz na terenie festiwalu :P Po młodziakach na sąsiedniej scenie zaczęło
Hate Eternal. Cięli równo, bez litości.
Raunchy gdzieś spędziliśmy na polu, by potem rozdzielić się na koncercie
Misery Index. Oddałem Pepikom kilka czyichś worków, po czym pobiegłem na spotkanie z chłopakami z Evile. Strasznie sympatyczni ludzie, wyluzowani, z jajem i wielkim poczuciem humoru. Podpisali się na kapeluszu, a dobre parę minut zeszło nam na gadaniu o
TYM. Keep on thrashing i pod scenę na jedną z najbardziej oczekiwanych grup –
Anaal Nathrakh. Przekrojowy set, furia, rozpierdol bez mydła i spore umiejętności wokalne, to zafundował fanom duet z UK. Na koniec Pandemonic Hyperblast, klękam. Chwila odpoczynku, nieciekawa gra
Atrox i powrót jakoś na pół
Suffocation. Amerykanie są świetni na żywo, żywiołowość godna pozazdroszczenia, przez co ich występ z pewnością był jednym z najjaśniejszych punktów tego festiwalu. Ale mniejsza, bo oto nadchodziła chwila, na którą czekali prawdopodobnie wszyscy – występ norweskiego trio,
Immortal. Ten koncert był anonsowany jako największe wydarzenie XIV edycji i z pewnością zasłużył na ten tytuł. Światła, pirotechnika, dym, wiatr, konferansjerka Abbatha (z ‘Hello, ladies and mutherfuckers!’ na czele), a w końcu pokaz zionięcia ogniem przez wyżej wymienionego pana. Poleciało The Sun No Longer Raises, Tyrants, Sons of Northern Darkness i One By One, zabrakło paru klasyków, ale 1,5 h gry Norwegów zrekompensowało wszystkie braki.
Walls of Jericho gdzieś spędziliśmy, widziałem ostatnią piosenkę, nawet niezłe, fanom mogło się spodobać. Po hardkorach kolejne szatany,
Marduk. Występ dobry, pomimo perkusisty, który nie ogarniał sytuacji. Szwedzi szli do przodu jak przecinaki, a że mój kark odmówił już posłuszeństwa na Immortalu, to koncert spędziłem w spokoju. Jedyne co znałem, Baptised by Fire, było, więc jestem zadowolony. Na koniec rytualne oblanie się czymś co miało robić za krew i Marduk skończył. Większość skierowała się ku wyjściom, toteż na
Skepticism było znacznie mniej ludzi, co ułatwiało jednocześnie znalezienie dobrego miejsca. Występ mnie zmiażdżył, klimat ponury jak cholera, nawet na pogrzebach jest radośniej. Panowie na scenie we frakach, wokalista świetny, śpiewał odpowiednio, a w przerwach zajmował się grą na wyimaginowanych skrzypcach. Irytowali mnie jedynie dwaj gadatliwi goście, którzy zamiast pod scenę, powinni trafić pod namiot piwny oraz brzmienie klawiszy, które momentami zbyt dudniły, atakując żołądek. Godzina minęła, pora na koniec polski akcent –
Eternal Deformity. Z jednej strony fajnie – jesteśmy na festiwalu, z drugiej, zamiast na BA powinni supportować Depeche Mode, bo to wyszłoby im znacznie lepiej. Nie, że grali tragicznie, ale oprócz rzucania Tyskim ze sceny nic ciekawego mi w pamięć nie zapadło. Na koniec ostatni klaps kamerzystów, ‘SCREAM MOTHERFUCKERS!’ i BA vol. XIV dobiegł końca. Namioooot!
Dzień po, niedziela.
Zamiast klocków kupisz dzieciakowi puzzle z Gorgorothem, niech się bawi.
Pobudka o 7, pakowanie, składanie, pożegnanie i opuszczamy pole. Dojazd do Kudowy miał być bezstresowy, oficjalne taryfy zażyczyły sobie za dużo, więc znaleźliśmy polskiego, tańszego przewoźnika. Chwilę potem Pepiki zaczęły wariować, że za mało, że konkurencja, że wzywamy policję, nojapierdole. Facetowi grozili rozwaleniem samochodu i kazali mu płacić chyba 500 koron za przejazd, ale ostatecznie wszystko jakoś skończyło się pomyślnie. Dotarliśmy do Kudowy, wypiliśmy w końcu polskie piwo i po godzinie czekania ruszyliśmy w podróż powrotną. Pobudka w Poznaniu, przesiadka i 5 dni podróży dobiegło końca.
_______________
Ceny znośne, merchu od cholery, namiot z kinem niezły, piwo
ujdzie w tłumie było chujowe. Stoisk z żarciem dużo, choć wybór jedzenia znacznie mniejszy, przez co 15 minut zastanawiałem się, czy chcę hamburgera tu czy tam. Sceny odpowiednie, nagłośnienie momentami tragiczne, światła świetne. Telebim czytelny, choć praca kamerzystów kiepska, mogliby zainwestować w jakiś bardziej profesjonalny wysięgnik. Liczba tojtojów odpowiednia, tojtojowe krany nieciekawe, ‘prawdziwe’ krany powinny być na polu.
Twierdza Josefov to świetne miejsce na tą imprezę.
Za rok, niech sprowadzą choć kilka z tej listy:
Morbid Angel, Gojira, Municipal Waste, Deicide, Obituary, Cannibal Corpse, Asphyx, Destroyer 666, Eluveitie, Ensiferum, Napalm Death, Overkill, Dying Fetus, Nile, Death Angel, Onslaught, Violator, Toxic Holocaust, Tankard, Annihilator, Ministry, Fear Factory, Unleashed, Immolation, Satyricon, Turmion Kätilöt, Belphegor, Arcturus(!!!), 69 innych.
i Bużum!